Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ślub. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ślub. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 lipca 2013

Trzy ma być liczbą, do której liczyć masz i liczbą tą ma być trzy

Trzy nogi, trzy lata, a nas dwoje. 
I nawet jeśli z jakiegoś powodu miałoby się skończyć na tych trzech latach, to już zdążyło być bardzo fajnie. Wszystkiego najlepszego, R.!

P.S. Czasami zresztą kusi mnie, by napisać Wam więcej o tym, jaki wspaniały jest R., ale są rzeczy, których internety nie pomieszczą.


środa, 16 maja 2012

Całuśna klamerka

Arcyfajny pomysł, a do tego opatrzony instrukcją wykonania. Przed Państwem – zakochana w sobie klamerka! Może służyć jako dekoracja tortu, może spinać zaproszenia ślubne, może stanowić ozdobę domowej zasłonki, zastąpić spinacz do papieru albo znaleźć tysiąc innych zastosowań – szkoda jej tylko do wieszania prania!
A więcej zdjęć pomysłowej klamerki i podpowiedzi, jak ją wykonać, znajdziecie na tej stronie. Cudo! :-)

czwartek, 1 września 2011

Sto warstw fantazji

Nie śledzę blogów ślubnych, ale jest jeden, który od momentu, gdy na niego trafiłam, wzbudził mój entuzjazm. To 100 Layer Cake, poświęcony organizacji przyjęć weselnych „warstwa po warstwie". Poznałam go, niestety, już po swoim ślubie... i sam fakt, że mimo wszystko zostałam, dowodzi, że 100 LC ma wartość uniwersalną! :-)

Na czym polega jego urok? Na bogactwie inspiracji. To blog, który tętni pomysłami – są tu n
ietuzinkowe zaproszenia, oryginalne etykietki z nazwiskami gości, zabawne karty dań, fantastyczne dekoracje stołów, piękne (i bezpretensjonalne) stroje dla druhen... Zachwycające bukiety (te peonie!), fantazyjne woalki we włosach, wreszcie – niezwykłe kreacje panien młodych. A wszystko to ujęte w świetne, wysmakowane kadry. Poniżej parę fotografii, pochodzących z różnych wpisów.
 
100 LC jest znakomitym zaprzeczeniem stereotypu, że na ślubie musi dominować biel – przyjęcia tutaj mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Co jeszcze mnie ujęło: sporo tu akcentów retro, wiele przedmiotów ręcznej roboty, a do tego dużo drobiazgów, które zapraszają gości do zabawy. Bardzo mi się to podoba – sama przy swoim ślubie przygotowywałam pamiątki dla gości (ceramiczne zawieszki i wachlarzyki), miejsce na wpisanie życzeń czy wspomnień (album), liście mięty w kopertach z zaproszeniami... Lubię więc detale, które z jednej strony dodają smaku spotkaniu, z drugiej – zachęcają bliskich do współtworzenia przyjęcia.

Wszystkim, którzy planują ślub, polecam poszukiwanie inspiracji na 100 LC, a pozostałym –  buszowanie wśród bajkowych zdjęć. Sama tymczasem nabieram ochoty na jakieś przyjęcie w ogrodzie... Imprezy pod gwiazdami na 100 LC są tak pięknie udekorowane! :-) Chyba wciąż towarzyszy mi wspomnienie nocnych szaleństw z tego filmu... ;-)

- - - - -
- - - - - - - - - - - - - - -
P.S. Przy okazji życzę wszystkiego najlepszego świeżo upieczonym małżonkom, Marlenie i Adamowi :-)

czwartek, 17 lutego 2011

Prawie jak...

Nie ma to jak znaleźć sobie niszę na rynku...;-) Poniżej fragment ogłoszenia, którego przedmiotem jest tzw. Przedstawienie Ślubne lub Udawany Ślub. Pełną treść znajdziecie tutaj – zachęcam do przeczytania.

Mnie najbardziej urzekł fragment wyjaśniający cenę:

Przerażają Was ceny przedstawienia ślubnego? Ta inwestycja może się zwrócić, a nawet pozwoli Wam zarobić! W jaki sposób? Wszyscy goście przynoszą prezenty ślubne. Bardzo często są to wybrane przez Was i umieszczone na liście prezentów przedmioty lub po prostu pieniądze.

Prawda, że genialne? :-)

- - - - - - - - - 
SUPLEMENT z inspiracji Agaty: znalazłam niszę i dla siebie! Uwaga, uwaga – Przedstawienie Komunijne alias Udawane Przyjęcie!;-) W tym wypadku „naciski rodziny" bywają jeszcze silniejsze, więc i popyt z pewnością się znajdzie – a organizacja prosta, tyle że trzeba zlecenia realizować zbiorowo. Moja koncepcja ma również tę przewagę nad Udawanym Ślubem, że nawet nie trzeba wtajemniczać dziecka!;-) A zarobić można tak samo...

poniedziałek, 17 stycznia 2011

17 stycznia

„Mężowie to doprawdy przejaw życia irytujący i niewydarzony” – mawiał Ogden Nash ustami Stanisława Barańczaka. Mrucząc pod nosem ten tekst, świętuję dziś okrągłe pół roku życia w zalegalizowanym związku ;-)

Dla ilustracji sentymentów – kadry z albumu, który przygotowaliśmy wspólnie z R. przed ślubem. Ze wspólnych zdjęć, pamiątkowych biletów na koncerty, rozmaitych zapisków, wspomnień i wycinków z gazet wykleiliśmy naszą historię... Ja zatem idę się rozpływać, a Wam życzę miłego wieczoru! (Dziś podobno najbardziej depresyjny dzień roku ;-)

środa, 21 lipca 2010

Love and marriage...

W domu wciąż pachnie kwiatami. R. śmiał się ze mnie w niedzielę, kiedy – nie chcąc zostawiać wiązanek stłoczonych w wiadrach i pragnąc nacieszyć się poszczególnymi gatunkami – pół dnia spędziłam w łazience, rozparcelowując bukiety, wyrzucając część celofanów, tnąc kokardy i krepy i łącząc kwiaty w nowe zestawy. Dzięki temu teraz w każdym pomieszczeniu w domu mamy kilka wiązanek goździków, róż, słoneczników, a nawet łubinu... Są przepiękne! Mam nadzieję, że goście nie mają mi za złe kwiaciarnianej samowolki.
Jak się domyślacie, sobota obfitowała w niezwykłe wydarzenia. W morderczym upale, w obecności rodziny i przyjaciół, zgromadziliśmy się w toruńskim Urzędzie Stanu Cywilnego. P., który zawiózł nas na miejsce, prezentował się jak rasowy szofer! W kieszeni miał również kwiatek z mojego bukietu – zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami (pozwolę sobie przytoczyć).
Ewenement: P., słuchaj, czy będziesz mógł mieć butonierkę? Bo właśnie zamawiam kwiaty...
P.: Tak... Pewnie!
Ewenement: OK. Ale na pewno wiesz, co to jest?
P.: Jasne. A nie... czekaj! Pomyliłem z piersiówką!
Posiadanie przez świadka piersiówki i podawanie jej odurzonej pannie młodej nie okazało się konieczne, więc P. wylądował ostatecznie z kwiatem w marynarce. Sama ceremonia – jak to ślub cywilny – była dość krótka, ale nie odczuliśmy tego jako wady. Przeciwnie, mieliśmy z R. poczucie, że uroczystość przebiega harmonijnie i wszystko jest na swoim miejscu. Udało nam się nawet nie zapomnieć obrączek! Skrzypaczka, którą zaprosiliśmy, zagrała My way Sinatry, kawałki Ennio Morricone, a na zakończenie ceremonii – presleyowskie Love me tender. Moim zdaniem było uroczo.

Pewne zamieszanie wprowadzili rodzice panny młodej, którzy utknęli w korku i przyjechali ze sporym opóźnieniem (a spóźnić się na ślub cywilny... to jak spóźnić się na walkę Gołoty – można obejść się smakiem!). W związku z tym panna młoda była nieco rozkojarzona i kilka razy, łopocząc sukienką, wybiegała za drzwi – co z kolei dało jej sposobność osobistego powitania wszystkich spóźnionych gości (a i samo łopotanie sukienką było dość przyjemne). Ostatecznie jednak usadowiła się w wyznaczonym miejscu, zadeklarowała świadomość praw i obowiązków i wstąpiła na nową drogę życia wraz z jedynym i niepowtarzalnym towarzyszem podróży...
Po wyjściu z sali ślubów, zgromadziliśmy się w holu, gdzie przyjmowaliśmy życzenia i upominki (nie powiem, całkiem wdzięczny rytuał!). Niestety, dokuczał nam upał, bo wprawdzie sala była klimatyzowana (chwała kierownikowi USC!), ale w korytarzu było już duszno jak jasna cholera. Tym bardziej, że frekwencja przekroczyła tę pod Grunwaldem (za co gościom bardzo dziękujemy). Drobnym źródłem ukojenia okazały się wachlarzyki rozdawane przybyłym (z nieocenioną pomocą Magdy, piastującej oficjalne stanowisko Konkubiny Świadka. Tłem do życzeń była natomiast tytułowa melodia z Gwiezdnych wojen.

Pamiątkowe wachlarzyki dla gości.
Ceramiczne upominki. Najpierw w fazie surowej, krótko po wyjęciu ich z pieca,
a dalej po powiązaniu z etykietkami. W trakcie życzeń wręczaliśmy je gościom.
Po ceremonii pognaliśmy z rodziną na obiad (jakimś cudem nikt nie zemdlał od upału), a potem – w towarzystwie Arka – na serię zdjęć z Toruniem w tle. Panna młoda w trakcie sesji była już zdrowo potargana, a pan młody uwodził wymiętą koszulą. Na szczęście karta pamięci – jak papier – przyjmie wszystko...

Kiedy wróciliśmy do domu, czekały już na nas kwiaty rozstawione w wiadrach (biedny Adrian przechowywał je przez kilka godzin w wannie – co uniemożliwiało mu skorzystanie z prysznica po upalnym ślubie... W imieniu kwiatów, bardzo dziękujemy!) Błyskawicznie doprowadziliśmy się do porządku, wzięliśmy kilka machów goździków i – zamieniwszy granatowe obcasy na różowe – ruszyliśmy w miasto!

Wieczór upłynął już beztrosko. Słuchając muzyki (w tym, obowiązkowo, filmowej), popijając orzeźwiające napoje (również z tej karty drinków) i od czasu do czasu przytupując na parkiecie, spędziliśmy finał soboty i początek niedzieli. Pogoda, która ewidentnie chciała w dniu ślubu zaprezentować nam się w całej krasie, tym razem uraczyła nas ulewą i błyskawicami. Chciałam pokazać Wam jeszcze album, wspomniany tutaj – do którego goście wpisywali (lub wrysowywali) swoje dedykacje – ale wciąż krąży wśród znajomych.

Niedziela przyniosła już spokojniejszy dzień. Siedząc na kanapie w piżamach, czytaliśmy życzenia i rozpakowywaliśmy prezenty... Było bajecznie.

W tvn24 słyszałam że 17 lipca był najgorętszym dniem roku. Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości? ;-) 


czwartek, 15 lipca 2010

Pojutrze

Film, zdaje się, katastroficzny – ale mam nadzieję, że w naszym przypadku scenariusz będzie bardziej pogodny (choć, przyznam, z radością powitałabym chwilową zmianę klimatyczną w postaci spadku temperatury do 25 stopni ;-)
A zatem nadchodzi pojutrze. Właśnie przygotowuję ostatnie drobiazgi, przewidziane dla ślubnych gości (będzie o nich więcej, ale dziś jeszcze muszą pozostać niespodzianką – drobiazgi, nie goście), zajadam biszkopty (dedykując je dopasowanej w talii sukience) i rozważam wnikliwie, czy obcasy, które sobie wybrałam na sobotę, sprawdzą się na toruńskiej kostce brukowej ;-) W chwili oddechu, postanowiłam zajrzeć do Kieszeni, by podzielić się z Wami pierwszym projektem związanym ze ślubem – zaproszeniem!
Gotowe zaproszenie – przygotowane z nieocenioną Kasią!
Koperty, a nad nimi mięta, której listki dołączaliśmy do zaproszeń.
W tle album – trochę żartobliwy, a trochę sentymentalny –
przygotowany z myślą o sobotnim wieczorze... (c.d.n.)
Jeszcze świeże i pachnące drukiem! Zaproszenia kilka tygodni temu.
Tekst wewnątrz zaproszenia.
Kolory przekłamane, ale odczytać się da (wystarczy kręcić monitorem ;-)
Teraz pozostaje tylko czekać, dokąd nas zaprowadzą te kręte wyroki losu...;-) Do usłyszenia – a w sobotę trzymajcie kciuki!