W domu wciąż pachnie kwiatami. R. śmiał się ze mnie w niedzielę, kiedy – nie chcąc zostawiać wiązanek stłoczonych w wiadrach i pragnąc nacieszyć się poszczególnymi gatunkami – pół dnia spędziłam w łazience, rozparcelowując bukiety, wyrzucając część celofanów, tnąc kokardy i krepy i łącząc kwiaty w nowe zestawy. Dzięki temu teraz w każdym pomieszczeniu w domu mamy kilka wiązanek goździków, róż, słoneczników, a nawet łubinu... Są przepiękne! Mam nadzieję, że goście nie mają mi za złe kwiaciarnianej samowolki.
Jak się domyślacie, sobota obfitowała w niezwykłe wydarzenia. W morderczym upale, w obecności rodziny i przyjaciół, zgromadziliśmy się w toruńskim Urzędzie Stanu Cywilnego. P., który zawiózł nas na miejsce, prezentował się jak rasowy szofer! W kieszeni miał również kwiatek z mojego bukietu – zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami (pozwolę sobie przytoczyć).
Ewenement: P., słuchaj, czy będziesz mógł mieć butonierkę? Bo właśnie zamawiam kwiaty...
P.: Tak... Pewnie!
Ewenement: OK. Ale na pewno wiesz, co to jest?
P.: Jasne. A nie... czekaj! Pomyliłem z piersiówką!

Posiadanie przez świadka piersiówki i podawanie jej odurzonej pannie młodej nie okazało się konieczne, więc P. wylądował ostatecznie z kwiatem w marynarce. Sama ceremonia – jak to ślub cywilny – była dość krótka, ale nie odczuliśmy tego jako wady. Przeciwnie, mieliśmy z R. poczucie, że uroczystość przebiega harmonijnie i wszystko jest na swoim miejscu. Udało nam się nawet nie zapomnieć obrączek! Skrzypaczka, którą zaprosiliśmy, zagrała My way Sinatry, kawałki Ennio Morricone, a na zakończenie ceremonii – presleyowskie Love me tender. Moim zdaniem było uroczo.
Pewne zamieszanie wprowadzili rodzice panny młodej, którzy utknęli w korku i przyjechali ze sporym opóźnieniem (a spóźnić się na ślub cywilny... to jak spóźnić się na walkę Gołoty – można obejść się smakiem!). W związku z tym panna młoda była nieco rozkojarzona i kilka razy, łopocząc sukienką, wybiegała za drzwi – co z kolei dało jej sposobność osobistego powitania wszystkich spóźnionych gości (a i samo łopotanie sukienką było dość przyjemne). Ostatecznie jednak usadowiła się w wyznaczonym miejscu, zadeklarowała świadomość praw i obowiązków i wstąpiła na nową drogę życia wraz z jedynym i niepowtarzalnym towarzyszem podróży...

Po wyjściu z sali ślubów, zgromadziliśmy się w holu, gdzie przyjmowaliśmy życzenia i upominki (nie powiem, całkiem wdzięczny rytuał!). Niestety, dokuczał nam upał, bo wprawdzie sala była klimatyzowana (chwała kierownikowi USC!), ale w korytarzu było już duszno jak jasna cholera. Tym bardziej, że frekwencja przekroczyła tę pod Grunwaldem (za co gościom bardzo dziękujemy). Drobnym źródłem ukojenia okazały się wachlarzyki rozdawane przybyłym (z nieocenioną pomocą Magdy, piastującej oficjalne stanowisko Konkubiny Świadka. Tłem do życzeń była natomiast tytułowa melodia z Gwiezdnych wojen.
Pamiątkowe wachlarzyki dla gości.
Ceramiczne upominki. Najpierw w fazie surowej, krótko po wyjęciu ich z pieca,
a dalej po powiązaniu z etykietkami. W trakcie życzeń wręczaliśmy je gościom.
Po ceremonii pognaliśmy z rodziną na obiad (jakimś cudem nikt nie zemdlał od upału), a potem – w towarzystwie Arka – na serię zdjęć z Toruniem w tle. Panna młoda w trakcie sesji była już zdrowo potargana, a pan młody uwodził wymiętą koszulą. Na szczęście karta pamięci – jak papier – przyjmie wszystko...
Kiedy wróciliśmy do domu, czekały już na nas kwiaty rozstawione w wiadrach (biedny Adrian przechowywał je przez kilka godzin w wannie – co uniemożliwiało mu skorzystanie z prysznica po upalnym ślubie... W imieniu kwiatów, bardzo dziękujemy!) Błyskawicznie doprowadziliśmy się do porządku, wzięliśmy kilka machów goździków i – zamieniwszy granatowe obcasy na różowe – ruszyliśmy w miasto!
Wieczór upłynął już beztrosko. Słuchając muzyki (w tym, obowiązkowo, filmowej), popijając orzeźwiające napoje (również z tej karty drinków) i od czasu do czasu przytupując na parkiecie, spędziliśmy finał soboty i początek niedzieli. Pogoda, która ewidentnie chciała w dniu ślubu zaprezentować nam się w całej krasie, tym razem uraczyła nas ulewą i błyskawicami. Chciałam pokazać Wam jeszcze album, wspomniany tutaj – do którego goście wpisywali (lub wrysowywali) swoje dedykacje – ale wciąż krąży wśród znajomych.
Niedziela przyniosła już spokojniejszy dzień. Siedząc na kanapie w piżamach, czytaliśmy życzenia i rozpakowywaliśmy prezenty... Było bajecznie.
W tvn24 słyszałam że 17 lipca był najgorętszym dniem roku. Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości? ;-)
