Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 maja 2015

Co z tym zrobisz?

Bądź uczynna. Koleżeńska. Zaradna. Nie krzycz. Czy musisz go tak denerwować - przecież wiesz, że tego nie lubi. Nie siadaj jak chłopak. Spróbujże ich pogodzić, skoro tak się kłócą. Nie widzisz, że Asi jest przykro? Czy musisz znowu płakać? Za duża jesteś na takie rzeczy.

Powinnaś już dawno wiedzieć, czego chcesz. Wyznacz sobie jakiś cel, bądź pracowita i konsekwentna, a uda się go osiągnąć. Nie udało się? Źle to rozplanowałaś. Rozwiązuj problemy, zarządzaj sytuacjami kryzysowymi. Inteligencja to przecież elastyczność, szybkie dostosowywanie się do zmiennych warunków. Chyba jesteś inteligentna, prawda? Stało się inaczej, niż zakładaliśmy - co z tym zrobisz? Jesteśmy niezadowoleni - co z tym zrobisz? X zachował się nieprofesjonalnie - co z tym zrobisz? Y zrobił ci krzywdę - co z tym zrobisz?

Zdjęcie: Lara Zankoul

Mantra zaleceń zaczyna się od głosu nauczycielki, która zbyt głośny wybuch śmiechu w szkolnym korytarzu komentuje zimnym "zachowuj się jak dziewczynka". Potem, na pierwszym lub czternastym planie twojego życia, pojawiają się szeregi ludzi, którzy formułują oczekiwania. Korygują, szlifują, wyrażają dezaprobatę wobec ciebie - no jak ty to trzymasz, nie mów do niego tym tonem, ustąp miejsca, nie widzisz, że czeka? Rozsypało się, czego tak stoisz, poskładaj. Popatrz, zdenerwowałaś ją - znowu.

Rejestrujesz to wszystko, żeby następnym razem postąpić inaczej. Nie selekcjonujesz roszczeń i zarzutów, łykasz je hurtem i desperacko próbujesz się do nich stosować. Nie wiesz, że to niemożliwe, że jest ich zbyt wiele, a spora część nieważna, głupia lub fałszywa. Zapamiętujesz - bo jesteś uważna, bo należy słuchać, gdy ktoś do ciebie mówi oraz - bo wierzysz całemu światu, że jest mądrzejszy od ciebie. A nade wszystko chcesz, żeby ten świat był z ciebie zadowolony. Przecież jesteś o włos, wystarczy, że spełnisz jeszcze kilka warunków...


środa, 22 października 2014

Przemoc rodzaju żeńskiego

Jak wyobrażasz sobie pedofila? To proste - otyły mężczyzna po 50-tce, w przepoconym podkoszulku, przyczajony w krzakach przed szkołą albo przygarbiony i zdyszany przed komputerem.

Co myślisz, gdy słyszysz hasło ofiara gwałtu? Naturalnie - kobieta. Często w spódnicy o tej felernej, szeroko dyskutowanej społecznie długości; w parku, wśród ciemności albo na podłodze obskurnego pokoju, z zaplamioną wykładziną i rozbitą butelką w tle.

Pedofilka. To forma żeńska, o której stosowanie nie walczymy ze zbyt dużą determinacją, prawda? Podobnie - gwałcicielka, brzmi to niedorzecznie, po co w ogóle na siłę tworzyć takie słowa? A przecież gwałt to wymuszenie na kimś stosunku seksualnego, to użycie przemocy, aby doszło do współżycia. Niby trywialne, ale najwyraźniej trudno wyobrazić sobie, że dokonuje tego kobieta, bo ofiary agresji seksualnej ze strony kobiet rzadko spotykają się ze zrozumieniem. Tymczasem czy to nieprawdopodobne, że kobieta wykorzystuje swoją przewagę - psychiczną, fizyczną, wiekową, zawodową - do nadużyć seksualnych?

Przemoc seksualna bywa rodzaju żeńskiego. Pedofilia bywa rodzaju żeńskiego. Warto to sobie uświadomić, by móc skierować światło na na ich ofiary i domagać się szacunku dla nich - ze strony policjantów, lekarzy czy rodziny.

Głośno mówi się o tym, jak powinien zachować się policjant, gdy zgłosi się do niego kobieta - ofiara gwałtu. Najbardziej bulwersujące reakcje? Trzeba było nie wracać przez park, Sama ubrałaś się tak wyzywająco albo Prawdę mówiąc, nie dziwię mu się, hehe - pamiętam te przykłady z licznych artykułów, programów telewizyjnych, wypowiedzi odważnych ofiar. No to wyobraźmy sobie, jak reaguje policjant, gdy przychodzi do niego nastolatek, zgłosić, że jest ofiarą nadużyć seksualnych ze strony, przykładowo, starszej koleżanki. Poważnie, wyobraźcie to sobie. Stereotypy w rodzaju: mężczyzny nie można zgwałcić albo przecież gdybyś nie chciał, jej by się to nie udało (cytaty z internetowych wypowiedzi ofiar przemocy) z pewnością nie ułatwiają przełamywania wstydu.

sobota, 22 lutego 2014

A w sercu ciągle Majdan

Ten tekst układał mi się w głowie od kilku dni. Bunt wobec wydarzeń na Ukrainie walczył z poczuciem bezradności, chęć zabrania głosu - z przeświadczeniem, że w tej sprawie potrafię mówić tylko truizmami.
A jednak bunt nie stygł. I nie mogłam nie napisać.





Wczoraj, śladem tweetów przedstawicieli Majdanu, Wyborcza opublikowała zdjęcia ofiar starć w Kijowie. Zdjęcia dwudziestolatków, trzydziestolatków, pięćdziesięciolatków. Spokojnych i zrównoważonych albo narwanych i nieprzewidywalnych. Z rozwianymi włosami albo równo przyciętą grzywką i koszulą zapiętą pod szyją. Z jasną wizją przyszłości albo mglistym jeszcze obrazem samych siebie. Uśmiechniętych, skupionych lub zmęczonych. Z miłością do gór, pasją muzyczną albo papierosami w kieszeni. Z katarem. Z dziećmi. Spontanicznych, cierpliwych albo irytująco marudnych. Żywych.

Co bym zrobiła, gdyby mój przyjaciel zginął w taki sposób? Mój R. albo brat? Nie wybaczyłabym sobie. Nie wybaczyłabym sobie, że go nie powstrzymałam albo że
nie poszłam tam z nim. Nie wybaczyłabym krajowi, w którym policja nonszalancko celuje z broni palnej do demonstrantów. Nie wybaczyłabym Europie, że w 2014 roku, w dobie, gdy prawa człowieka odmienia się przez wszystkie przypadki, a każde dziecko wyrasta wśród przekonań o oczywistości demokracji, dopuszczono do takiego rozlewu krwi (jak pisze Remigiusz Grzela o sankcjach wobec Ukrainy: Logicznie myśląc, jeśli można je wprowadzić teraz, dlaczego nie można było ich wprowadzić miesiąc temu albo dwa, zanim doszło do masakry. (...) Zamrożenie kont bankowych i polityka niewydawania wiz dla ludzi odpowiedzialnych za stan Ukrainy być może powstrzymałyby przelew krwi.). Nie wybaczyłabym światu – tej absurdalnej, niepotrzebnej śmierci, która nic dla niego nie znaczy, a mnie odbiera wszystko.

czwartek, 24 października 2013

Płakałam po Smoleńsku

W czasie, kiedy dyskusja na ten temat stała się parodią samej siebie, w czasie, kiedy widok Antoniego Macierewicza w telewizji wydaje się raczej groteskowym zwiastunem Halloween, niż symbolem debaty, w czasie, kiedy analizy ekspertów oparte są na działaniach naukowych zbliżonych do rysunku Raczkowskiego...

...próbuję przypomnieć sobie, czym były dla mnie informacje o wypadku lotniczym z 10 kwietnia 2010. Z całą świadomością, jak obciachowo brzmi dzisiaj tytuł takiego wpisu.

Pamiętam, że wiadomość o katastrofie bardzo mnie poruszyła. To jedno z wydarzeń, które potrafię odtworzyć ze szczegółami, jak odejście Ciechowskiego. W sobotni poranek, kiedy brat wysłał mi SMS-a, a potem słuchaliśmy z R., że samolot z parą prezydencką na pokładzie prawdopodobnie się rozbił, pomyślałam beztrosko: Wypadek samolotu... Pewnie jakieś awaryjne lądowanie, na pewno ranni, może nawet ktoś zginął... Gdy stopniowo docierały do nas kolejne doniesienia i okazało się, że spośród 96 osób nie ocalał nikt, łzy same mi popłynęły. I przez dobrych kilka dni pozostawałam ze ściśniętym gardłem - słuchałam wypowiedzi mądrych ludzi, podzielałam szok dziennikarzy i płakałam - częściowo z powodu skali wydarzenia, częściowo z żalu po ofiarach, które darzyłam sympatią, a najbardziej - na myśl o tych wszystkich opuszczonych mieszkaniach i tych opustoszałych sercach.

wtorek, 15 października 2013

Czy Makro podkłada świnię klientom?

Głośna zrobiła się sprawa eksponowania na półkach sieci Makro prosiaczków zapakowanych w folię. Oburzyli się zarówno obrońcy praw zwierząt, jak i część konsumentów, która - choć mięso spożywa - poczuła się dotknięta dosadnym sposobem jego prezentacji. Pod wpływem nacisków, Makro wycofało prosięta ze stoiska mięsnego.

Przyznam, że mam ambiwalentne uczucia. Jestem wegetarianką od 13 lat i stoją za tym motywy etyczne. Nie nawracam znajomych na dietę bezmięsną, bo wiem,
że taka decyzja musi wynikać z własnej refleksji, a nie - perswazji innych. Ale owszem, zawsze cieszy mnie, kiedy ktoś przejawia wrażliwość na cierpienie zwierząt, kiedy podejmuje decyzję o przejściu na wegetarianizm albo chociaż stara się kupować mięso pochodzące z hodowli, które gwarantują humanitarny ubój. Cieszy mnie dojrzałe i przemyślane podejście do tematu; szanuję też konsekwentny wybór, by jeść mięso. Nie szanuję - absolutnego braku refleksji.

Czy widok prosiaczków jest dla mnie przygnębiający? Oczywiście, porusza mnie i utwierdza w przekonaniu, że w moim przypadku wegetarianizm był dobrym wyborem. Ale przygnębiają  mnie też krowie ozory, świńskie głowy w gablotach chłodniczych, króliki, które zdarzało mi się widzieć, bezgłowe indyki, kurze łapki - wszystko, co wskazuje, że żywe stworzenie zostało zabite i rozparcelowane na części. Trudno mi więc oprzeć się wrażeniu, że wstrząs w przypadku prosiąt wynika tylko z tego, że się... nie opatrzyły. Jak skomentował ktoś na forum pod tekstem w GW: To musiał być szok. Okazało się, że mięso jest ze zwierząt. Skąd ataki na firmę - czy konsumenci oczekiwali, że Makro zrywa naręcza świńskich nóżek z drzew jak czereśnie? Czytam zarzuty o okrucieństwie, braku empatii przedstawicieli sieci i waham się, czy na pewno tak samo rozumiemy te słowa.


Chciałabym, żeby pakowane próżniowo prosięta nie trafiły w próżnię myśli. Chciałabym, żeby skłoniły do zastanowienia się, w jaki sposób nasze nawyki żywieniowe powiązane są z cierpieniem i zniechęciły do bezrefleksyjnych zakupów. Podzielam zdanie Jana Hartmana, który przymykanie oczu nazywa hipokryzją i argumentuje: (...)
wydaje mi się, że ten produkt nie powinien być wycofywany ze sprzedaży, bo to sprzyja myśleniu "co z oczu, to z serca". (...) A taki widok prosięcia sprzedawanego w całości powinien po prostu dawać do myślenia. Decyzja należy do każdego z nas. Ale moim zdaniem powinna być świadoma.
Designerska świnka-skarbonka z Empiku
Co ciekawe, w sukurs moim wegetariańskim przekonaniom przyszedł dziś - wbrew własnym intencjom - Andrzej Morozowski w programie Tak jest w tvn24 (nie mam dziś szczęścia do wypowiedzi dziennikarzy tej stacji, rano Kuźniar, teraz on). W rozmowie z Hartmanem, który rozwijał myśl z wywiadu dla GW (podkreślając, że wybór, czy jeść mięso, czy nie, jest autonomiczną decyzją każdego człowieka), prowadzący sypał perłami typu: Niedługo zabronią nam ścinania choinek! Choinka też cierpi, kiedy jest ścinana albo Jesteśmy ludźmi dzięki temu, że jemy mięso, nawet ostatnio czytałem artykuły na ten temat... Ponieważ przy takim temacie można rzucić mięsem, podsumuję ostro: o, choinka!

środa, 18 września 2013

Obywatel czy Małgorzata?

Odkąd tydzień temu usłyszałam, że Małgorzata Potocka wydała książkę o Grzegorzu Ciechowskim, zastanawiam się, czy ją kupić. Z jednej strony interesuje mnie wszystko, co ukaże się o Ciechowskim, bo za jego twórczością przepadam (o czym wspominałam przy okazji toruńskich koncertów ku jego pamięci). Z drugiej strony, obawiam się tonu telenoweli i narcystycznych tonów autorki.
Dlaczego? Bo parę lat temu natrafiłam na wywiad z Potocką, w którym aktorka twierdziła z pełnym przekonaniem, że gdyby Grzegorz nie odszedł do innej, wciąż by żył (!). Ja dbałam o jego regularne badania lekarskie – uzasadniała. Potwornie mnie to wkurzyło, nie mogłam uwierzyć, że dorosły i odpowiedzialny człowiek może pisać takie rzeczy, mając świadomość, że na świecie jest ostatnia żona Ciechowskiego i ich wspólne dzieci.  
[Dla tych, którym zawirowania personalno-matrymonialne lidera Republiki nie są znane, krótkie streszczenie: Grzegorz Ciechowski miał pierwszą żonę, gdy poznał Małgorzatę Potocką. Rozstał się z partnerką i związał z Potocką na, jak się okazało, 10 lat; w tym czasie urodziła im się córka, Weronika. Ostatecznie jednak porzucił Małgorzatę dla Anny, z którą również miał dzieci – troje (a która wcześniej pracowała u Potockiej i Ciechowskiego jako opiekunka do dzieci). Przy całym moim przywiązaniu do Ciechowskiego i zachwycie wobec jego twórczości, muszę stwierdzić otwarcie: stałość w uczuciach nie należała do jego mocnych stron.]

Książka Potockiej, Obywatel i Małgorzata, obejmuje wspólną dekadę ich życia – dla mnie ciekawą o tyle, że aktorka miała swój udział w przedsięwzięciach artystycznych Ciechowskiego: reżyserowała jego teledyski, współtworzyła wizerunek sceniczny Obywatela GC, występowała na płytach itd. Potocka deklaruje, że zdecydowała się wydać wspomnienia dla upamiętnienia wielkości Ciechowskiego, dla fanów - czyli na pierwszy rzut oka - wprost dla mnie. Niestety, fragmenty książki
ze Wprost i z Gazety, skupiają się raczej na wątkach emocjonalnych i, co tu dużo mówić, rozczarowują.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że aktorka nie pogodziła się z rozstaniem i wciąż, już bezcelowo, ma potrzebę udowadniania (sobie? światu? wdowie?), że Ciechowski popełnił błąd. O jego odejściu do drugiej kobiety pisze: Bo gdyby przyjechał i powiedział: będąc w Ameryce, zakochałem się w Meryl Streep, tobym zrozumiała. Ale fascynacja kimś, kogo znał od dawna, kimś, kto nie może ze mną konkurować, kto nie da mu tego, co ja mu dawałam? Bo ja wiedziałam, co Grzegorza we mnie porwało i opętało. W jego drugim związku nie mogłam tego odnaleźć. Gdyby powiedział: bo z nią jest ciekawiej, bo to jest fantastyczny świat, bo wchodzimy na wyżyny intelektualne? Ale nie powiedział tego, bo to byłaby nieprawda.


Gdzie indziej wspomina, niby nonszalancko, a jednak zjadliwie: (...) rozstaliśmy się także dlatego, że przestałam fascynować się każdym jego słowem i ruchem. (...) A pojawiła się kobieta, która się do niego niemal modliła. W końcu mu się nie dziwię, bo ja sterczałam rozczochrana i zziajana na drabinie, ustawiając na Grzegorza kamerę, a Ania w pożyczonej ode mnie sukience siedziała w pierwszym rzędzie wpatrzona w niego. No to która z nas była wtedy bardziej interesująca? Ludzie potrzebują takich modlących się wyznawców. 
Ta ironia, ta pożyczona ode mnie sukienka, te wspomnienia, iż Grzegorz nieustannie powtarzał, że jestem kobietą jego życia... No, parafrazując pamiętny filmik z YT - komu to potrzebne? Chciałabym przeczytać ciekawą relację o nietuzinkowym człowieku, a obawiam się, że będą to tylko darte szaty Małgorzaty. Jak sądzicie? Czy ktoś z Kieszeniarzy czytał tę książkę (albo wyszarpał większy fragment w empiku)? Dobra rzecz czy jednak tylko 260-stronicowa Gala?

wtorek, 23 kwietnia 2013

Wystarczająco dobra

Ktoś mądry powiedział mi dzisiaj, że jestem dla siebie zbyt surowym krytykiem. Że bagatelizuję swoje sukcesy, a porażkom nadaję nadmierne znaczenie. Że nad celem, o którym myślałam od tygodni, w momencie, gdy uda mi się osiągnąć, natychmiast przechodzę do porządku dziennego i z miejsca wyznaczam następny, jeszcze bardziej wyśrubowany, odległy, ambitny.


Zadziwiająco zbiegło się to z moimi rozmyślaniami z ostatnich tygodni. Ze zgrozą zauważyłam, że trwam w dzikim przekonaniu o konieczności nieustannego postępu, ciągłego rozwoju, intensywnego dążenia, by wszystko, co robię, robić jeszcze lepiej, szybciej, skuteczniej, bardziej pomysłowo... Słyszę ten wewnętrzny, autorytarny głos szczególnie wyraźnie, odkąd jestem dyrektor kreatywną, ale i wcześniej był donośny.

Nie ukrywajmy, częściowo wynika to ze specyfiki pracy w reklamie, gdzie faktycznie, zawsze można zrobić coś lepiej, szybciej, taniej – zawsze klient może być BARDZIEJ zadowolony. Drugi powód to konkretne środowisko pracy, w którym istotnie często słyszę, żebym spróbowała coś usprawnić lub przyspieszyć. Ale to tylko jedna strona medalu – druga (i na tą, dla odmiany, mam wpływ, jak przy źródłach satysfakcji z Żyj tak, jak chcesz) to moje własne postrzeganie drogi rozwoju.

Absurdalne, bezkompromisowe, zupełnie nie wiem, kiedy wyhodowane (bo właściwie nie pamiętam czasów sprzed niego) przeświadczenie, że TRZEBA lepiej, że każdy kolejny rok ma być etapem postępu, ma przesuwać nas o krok naprzód w wiedzy/ kompetencjach/ doświadczeniu/ profesjonalizmie, niepotrzebne dopisać. Zupełnie, jakbym miała wdrukowaną w świadomość wizję życia jako linii wiodącej konsekwentnie w górę, bez prawa do wahań, spadków czy nawet etapów neutralnych. Jakby należało wciąż tłuc się kijem po plecach i wyznaczać coraz to nowe marchewki. Jakby fakt, że się coś osiągnęło, był wstydliwy, jakby nie należało go artykułować, a zamiast tego – zagryźć zęby i maszerować za nowym celem, wyznaczonym przez innych albo przez własnego wewnętrznego krytyka.


Zatrzymałam się na chwilę nad swoją sytuacją zawodową (bo to ona najczęściej napędza mnie do łapczywej postawy więcej, szybciej, lepiej) i pomyślałam: Wyobraź sobie, że za 5 lat... nic się nie zmienia. Jesteś nadal dyrektor kreatywną, w tej samej firmie. Pracujesz tak, jak teraz – masz określone kompetencje, określony styl pracy, ale nie rewolucjonizujesz, nie szukasz żadnych nowych rozwiązań, okazji do rozwoju i doskonalenia. Jesteś jakaś. Wystarczająca. Z zaskoczeniem zauważyłam, że ta perspektywa jest... przyjemna. Status quo brzmi kusząco. Postanowiłam więc teraz w swojej sytuacji zawodowej pobyć. Nie wspinać się nigdzie. Zachować to, co dobre i zwyczajnie, bez dalekosiężnych założeń, przekonać się, co z tego wyniknie.

A jak jest u Was – czy umiecie sami przed sobą przyznać się do sukcesu? Potraficie docenić swoje osiągnięcia tak, jak doceniacie je u innych, czy też – podobnie jak ja – szybko dochodzicie do wniosku, że jeśli coś Wam się udało, to „musiało być łatwe”? Sama się śmieję, że gdyby ktoś na chłodno, w spokojnej rozmowie zapytał mnie, czy zaczynając pracę w agencji, planowałam dotrzeć do funkcji dyrektor kreatywnej, odpowiedziałabym, że absolutnie nie. W ogóle niczego nie planowałam – pracowałam spontanicznie, sądziłam, że na stanowisko kierownicze pracuje się 20 lat, a kreatywnym był wówczas jeden z właścicieli firmy. Nie przyszłoby mi to do głowy – a tymczasem jestem. Jestem. I co? Oczywiście myślę, że to musiało być proste jak barszcz. (Swoją drogą, nigdy nie ugotowałam barszczu).

Życzę Wam dużo wiary we własne siły i umiejętności celebrowania sukcesów. Zwłaszcza jeśli jesteście kobietami, bo to u nich (u nas) częściej dostrzegam postawę: Udało mi się, to musiał być przypadek... Od dziś będę starała się jeszcze bardziej! zamiast Osiągnęłam coś – jestem dobra! Guzik prawda. Jesteście dobre.

P.S. Chwilowo wróciłam do dawnych szat Kieszeni, bo superekstraśny szablon dynamiczny okazał się nieobliczalny w kwestii komentowania. Czyli krok wstecz zamiast kroku naprzód. Choć nie wiem, czy na stałe, to poniekąd w temacie dzisiejszego wpisu.

sobota, 16 marca 2013

Jak to dobrze, że nie jestem uzdolniona wokalnie

Niedawno ruszyły nowe ramówki telewizyjne, stacje prześcigają się w konkursach talentów – a ja przy każdym zwiastunie tego typu programu, słysząc fragmenty dziesiątych wykonań Niemena czy Adele, nie mogę wyjść z podziwu... jak wielu jest wciąż na świecie młodych, utalentowanych ludzi. Którzy śpiewać potrafią, w zasadzie mogliby uczynić z tego sposób na życie, ale którzy do tej pory nie zostali odkryci i – znamy ten scenariusz – odkryci nie zostaną. 

W większości przypadków, w wariancie optymistycznym, zawładną na kilka tygodni zapowiedziami programów, serwujących wciąż tę samą frazę jednej piosenki, niezapomnianego wykonania kultowego przeboju, okraszonego przejmującym cytat z gwiazdy-jurora (Na taki występ czekałem... Polskiej scenie muzycznej brakuje Twojego głosu!). Potem, wiadomo, koniec programu, odpryski popularności jeszcze w telewizjach śniadaniowych, a następnie już tylko cisza, zwyczajne życie i konieczność znalezienia swojego miejsca w świecie na nowo. Samodzielnie, bez stylistów, bez drogowskazów lśniącego formatu telewizyjnego – gdy okazuje się, że ścieżki na skróty jednak nie ma, że po wszystkich efektownie zrealizowanych występach człowiek i tak pozostaje sam, z odpowiedzialnością za własne życie. I jeszcze epilog, dwa lata później, w postaci artykułu w serwisie plotkarskim: Zobacz, jak teraz wygląda Stefan, który przed laty porwał nas wykonaniem We are the champions! Gruby? ;-)

Patrzę na te wszystkie oczy pełne nadziei i cieszę się, że pracuję w branży, która nie ma swojego show. Że nie bywam poddawana pokusom sprawdzenia się na ekranie, przed kamerami, w rywalizacji np. z copywriterami z castingu z Częstochowy ;-) Że nie ulegam złudzeniu, że teraz ktoś się mną zajmie, odkryje, wywinduje na sceny światowe. Delektuję się tą myślą, że reklama to praca zbiorowa, działanie z natury anonimowe (co ma swoje dobre strony, nie ukrywajmy – nie wszystkie teksty własnego autorstwa chciałabym mieć wyryte na grobie
;-), gdzie talent czy kompetencje nie są mierzone obecnością w mediach. Albo wynikami wyszukiwania nazwiska w google'u. Cieszę się, że nie staję przed takim wyborem, bo moje, nieokiełznane chwilami, ambicje mogłyby mi taki pomysł podsunąć. I nie zazdroszczę wszystkim aspirującym wokalistom takich pokus.

A Wy, wyobrażacie sobie talent show związany z Waszym zawodem? :-) Jak by wyglądał? Mielibyście ochotę wziąć w nim udział?
Tymczasem dzisiaj piękny dzień, dokładnie taki, na jaki czekałam od pięciu weekendów, które R. spędzał w podróżach służbowych. Marzyło mi się, by wyjść na długi spacer, porobić trochę zdjęć, powdychać zimne powietrze. Jedyny warunek – słońce; może rozświetlać piętrowe śniegi albo błotniste ulice, byle się pojawiło. Dziś przyszło, z cudną połacią niebieskiego nieba, ale niestety – dla mnie do oglądania jedynie przez szybę, bo dopadła mnie grypa. Na zdjęciu więc mój pejzaż zastępczy, z Klarą w roli pełni. Miłego wieczoru, Kieszeniarze!

P.S. Szablon może jeszcze się zmienić, bo – choć taki uporządkowany – miewa więcej kłopotów technicznych (np. komentarze, które raz są widoczne, raz nie), niż mój starszy, składany w manufakturze Kieszeni.

piątek, 4 stycznia 2013

Życiowe role

W przedświątecznych Wysokich Obcasach (nr 51, 22 grudnia 2012) natknęłam się na dwa wywiady, które... co tu dużo gadać, złapały mnie za gardło. Dziś zauważyłam, że są dostępne w sieci – postanowiłam podzielić się nimi z Wami w Kieszeniach.
„W środku naprawdę  jestem młoda”
Pierwszy to rozmowa Dariusza Zaborka ze Stanisławą Celińską, rozmowa niespotykana. Celińska opowiada o swoim życiu z tak szczerze, że na przemian wywołuje wzruszenie i śmiech. Mówi otwarcie i bez pruderii, ale z dala od taniej sensacji; z pokorą i wdzięcznością wobec losu, ale i ze świadomością swojej siły. Ma odwagę formułować śmiałe marzenia (!). 
Nie znajdziecie tu łzawych podsumowań czy tonu Odkrywam siebie na nowo albo Już nic nie muszę, tak powszechnego w wywiadach ze znanymi osobami. Rozmowa bez pretensji, bez stylizacji, piękna!
Czapeczka od Oprah 
Bohaterem drugiego wywiadu jest Jody Huckaby, szef PFLAG (Parents, Families and Friends of Gays and Lesbians – Rodzice, rodziny i przyjaciele gejów oraz lesbijek). Droga, którą przeszedł Jody, urodzony w ultrakatolickiej rodzinie na południu USA, jest niewyobrażalna. Równie trudna do pojęcia jest ewolucja świadomości jego ojca. (Nawet teraz, gdy ponownie ją przeczytałam, łzy napłynęły mi do oczu. I przypomniała mi się opowieść o pewnym OK naskrobanym w liście...).
Przejmujący wywiad, który ilustruje, jak wiele pozornie błahych elementów naszej codzienności sprzyja pogłębianiu uprzedzeń i jak obawa przed nieznanym paraliżuje rodzinną bliskość (wyznania rodzeństwa za kulisami telewizyjnego show). A z drugiej strony przypomina, że zjawiska trywialne, a uznawane za wiarygodne wśród sąsiadów czy krewnych, mają ogromną siłę rażenia (patrz: Dear Abby).
Przeczytajcie, dopóki teksty są dostępne. Znakomite historie. 

sobota, 17 listopada 2012

Ja mam tak, że co roku jestem starsza

...powiedziała przed chwilą Maria Czubaszek w jakimś telewizyjnym wywiadzie. Bardzo mi się to spodobało.
Od jakiegoś czasu (ze szczególnym nasileniem w ostatnich miesiącach) moje życie wygląda tak, że tydzień pracy pożera mnie bez reszty, obowiązki absorbują na tyle, że wyżymają do szczętu moją głowę - i z rzadka między poniedziałkiem a piątkiem słyszę jakiekolwiek własne myśli. Dopiero weekend przynosi spokój, przywraca równowagę, pozwala nadać właściwą hierarchię sprawom. I przypomnieć sobie, co lubię, co mnie fascynuje, co sprawia mi przyjemność, a na co w żadnym wypadku nie chciałabym już tracić czasu. 
Wczoraj wieczorem, wchodząc powoli w ten stan, czyli próbując uspokoić narowiste myśli po nerwowym tygodniu, pomyślałam: "Zaraz... Praca zajmuje mnie na tyle, że na pewno mam już jakieś siwe włosy!" (włosy farbuję, więc mogłabym tego nie zauważyć). Podekscytowana tą myślą (tak, wiem... byłam zmęczona ;-), zerwałam się z kanapy i pobiegłam do łazienki. Oglądałam włosy pasmo po paśmie, obracałam w różnym świetle, wytężałam wzrok... aż znalazłam. Trzy. Siwe, koślawe jakieś. Ale były.
Patrzyłam na te włosy z zaciekawieniem, wykręcałam je na wszystkie strony i... cieszyłam się tą chwilą. Tak, cieszyłam. Bo nie da się ukryć - mam tak, że co roku jestem starsza. Ale celebrowałam fakt, że to zauważam, że w tym dzikim tempie zauważyłam ślady upływu czasu, że nie obudziłam się "dużo bardziej siwa, zmęczona i pomarszczona, niż pamiętałam". Że znalazłam taką po prostu chwilę gapienia się na trzy włosy. I zapamiętam ją. 
Życzę Wam, Kieszeniarze, żeby w Waszych głowach rozkwitało jak najwięcej uskrzydlających myśli - nawet jeśli na włosach widać już białą kreskę. Jak na zdjęciu poniżej ;-)
Grafika Marji Inez - ilustratorki, której prace znalazłam kiedyś na zagranicznym blogu, a potem z radością odkryłam, że Marja jest Polką. Jej profil tutaj.

środa, 25 kwietnia 2012

Jesteś, tylko o tym nie wiesz

Ostatnio, będąc u mamy, przeglądałam kwietniowy numer Pani i zatrzymałam się na wywiadzie z Marianem Opanią. Rozmowa dość ciekawa, z całym dobrodziejstwem inwentarza związanym z prowadzeniem Małgorzaty Domagalik (czyli niektóre pytania, owszem, niebanalne, inne – sprawiające wrażeniem, jakby autorka rzucała je w przestrzeń, czekając, aż odpowiedź rozmówcy nada im sens ;-) Moją uwagę zwrócił jeden fragment, obecny zupełnie na marginesie:
Opania: A zasady mam raczej konserwatywne, nie ulega wątpliwości. Ten dzisiejszy świat nie jest już mój. Jestem, na przykład, głęboko przeciwny ruchowi feministycznemu.

Domagalik:
Jestem feministką.

Opania: To akurat nieprawda. Ja panią darzę wielką sympatią. 

Uśmiechnęłam się, bo jest to dokładne przeciwieństwo mojego podejścia do feminizmu. Zawsze, gdy słyszę, że jakaś kobieta gorliwie zarzeka się, iż nie jest feministką, myślę, odwrotnie niż Opania: To akurat nieprawda. Jesteś, tylko o tym nie wiesz ;-)

Dlaczego? Bo feminizm oznacza dla mnie taki zbiór przekonań, że naprawdę trudno mi wyobrazić sobie kobietę, która świadomie by się ich wyrzekała. W moim rozumieniu feminizm to naturalne, odruchowe już dla nas
– żyjących w określonej rzeczywistości historyczno-społecznej – przekonanie, że zasługujemy na swoją niezależność, wolność i swobodę decydowania o sobie, w każdej dziedzinie życia. Feminizm to solidarność jajników, to troska o inne kobiety i przeświadczenie, że gdy można coś zrobić dla przedstawicielki swojej płci – warto. To ciekawe inicjatywy, takie jak udział znanych kobiet w kampaniach na rzecz raka szyjki macicy lub raka piersi, to walka o prawa kobiet dyskryminowanych w pracy (choćby na swoim własnym podwórku – poprzez dążenie do tego, by mężczyźni nie byli wynagradzani za tę samą pracę lepiej niż kobiety). To wreszcie ruch bra-fitterski, w internecie zebrany np. na forum Lobby Biuściastych lub Stanikomanii, a w realu praktykowany w sklepach z bielizną (praktykowany, zaznaczmy, głównie przez kobiety – rzecz jasna, dla innych kobiet).

Feminizm to także wzajemne, prywatne wsparcie, to rozmowy z koleżanką, która – podobnie, jak my – przejmuje się pracą, przeżywa rozterki związane z godzeniem różnych obowiązków albo nieustannie walczy z wewnętrzną matką-Polką (i nie potrafi odpoczywać, nie robiąc niczego pożytecznego). Feminizm to dla mnie żywioł kobiecej energii, realizowany w inicjatywach takich, jak ta animacja.
Słowem – feminizm ze sztandarami to tylko jedna odsłona tego ruchu (również budząca we mnie uczucia pozytywne, nie ukrywam), ale – jedna z wielu. Czasem skrajna, radykalna, lecz towarzysząca tysiącu innych wcieleń feminizmu. Codziennego, oczywistego, moim zdaniem – wpisanego w świadomość każdej kobiety, która chce decydować o sobie.

Myślę, że w powszechnej świadomości feminizm wciąż bywa utożsamiany z fanatyzmem. A, choć może zahaczać o fanatyzm
– jak każdy system przekonań – absolutnie nie jest z nim jednoznaczny.

A jakie skojarzenia hasło feminizm wyzwala w Waszych głowach? Pozytywna energia kobiet czy rozkrzyczane panie z wąsami?
Bajeczne zdjęcie stąd

wtorek, 17 kwietnia 2012

GOWiNO prawda

O polityce piszę rzadko. Choć staram się być z nią na bieżąco, żeby nie przegapić faktów, które mogą mieć wpływ na moje życie (lub o których mogę współdecydować), to polityka nigdy nie była i nie jest moją pasją – a ten blog służy przede wszystkim pasjom i przyjemnościom.
Zdarzają się jednak chwile, gdy ktoś podnosi mi ciśnienie na tyle, że muszę, muszę o tym napisać! W skrócie: Jarosław Gowin, minister sprawiedliwości, stanowczo przeciwstawia się konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet. Dlaczego? Bo zdaniem ministra – którego słuchałam dziś w jednym z serwisów informacyjnych – zapisy dotyczące walki z nierównością płci zagrażają de facto konstytucyjnej definicji małżeństwa, pojmowanego jako związek kobiety i mężczyzny. A zatem konwencję, której głównym celem jest ochrona ofiar przemocy, Gowin postrzega jako próbę "wprowadzenia związków partnerskich bocznymi drzwiami".
Bardzo to przykre, że dokument, który miałby zwalczać problem nierówności płci odczytywany jest przez ministra sprawiedliwości (to drugie słowo wężykiem) tylko przez pryzmat wątku homoseksualnego, na który Gowin ma ewidentną alergię.
Wdech-wydech. Wracam do refleksyjnych ilustracji Erlbrucha. A więcej na temat opinii ministra możecie, jeśli chcecie, przeczytać w artykule z Wyborczej i felietonie o bardzo trafionym tytule.

środa, 9 listopada 2011

Poniżej pasa

Dziś w sejmie Robert Biedroń, broniąc kandydatury Wandy Nowickiej (oboje z Ruchu Palikota) na marszałka sejmu, stwierdził, że argumenty jego oponentów są poniżej pasa. Wywołało to gromki śmiech posłów – OK, nie wnikam w poczucie humoru parlamentarzystów, błaha sprawa.

Nie pomyślałabym jednak, że frazeologia Biedronia może... bulwersować, złościć czy budzić radykalne sprzeciwy. Tymczasem wieczorem obejrzałam Kropkę nad i z udziałem Biedronia i Julii Pitery. Posłanka PO nie kryła irytacji – twierdziła, że wypowiedź mężczyzny była prowokacyjna, że Biedroń wciąż mówi tylko o jednym i kojarzy się z jednym, więc sformułowanie poniżej pasa w jego ustach nie mogło być przypadkowe. Że wszelkie jego dotychczasowe działania w przestrzeni publicznej wiązały się z seksem.

Wtedy zaczęłam się zastanawiać, z czym mnie kojarzy się Robert Biedroń. Nie śledzę specjalnie jego działań, Ruch Palikota nie budzi moich emocji, aktywność Biedronia znam z mediów – czyli chyba podobnie, jak Pitera, która wspominała o publicznym wizerunku. No więc z czym? Bez wątpienia z Kampanią Przeciw Homofobii, z wypowiedziami na rzecz praw osób homoseksualnych, z warszawskimi paradami równości. Z wystąpieniami telewizyjnymi, mniej lub bardziej błyskotliwymi.

Czy z seksem? Z seksem kojarzy mi się Doda albo Janusz Palikot i jego wibratory na konferencji prasowej. Biedroń – z homoseksualizmem.

No i wróciło do mnie pytanie - dlaczego homoseksualizm to zaraz obscena, nimfomania, rozbuchane lędźwia? Dlaczego mówienie, nawet monotematycznie, o orientacji seksualnej redukuje się do preferencji seksualnych? Dlaczego znowu tylko te majtki? Dlaczego w moim heteroseksualnym świecie orientacja obejmuje duchowość, potrzeby emocjonalne, apetyt intelektualny, a w homoseksualnym – tylko seks?

I słuchając Pitery, wobec której miałam dotąd całkiem sporo sympatii, zadawałam sobie pytanie: KTO tu myśli tylko o jednym?

wtorek, 23 sierpnia 2011

Młodość nie dopisała (zakończenia)

Ciekawy artykuł znalazłam w ostatnim numerze Sensu. Autor, Krzysztof Boczek, w przy akompaniamencie amerykańskiej psycholożki (a jakże!), Nancy Kalish, analizuje temat znajomości odnawianych za pośrednictwem internetu. Nie chodzi jednak o googlowe dociekanie, kim jest obecnie dawna koleżanka z klasy, ale o próby odkurzenia przeszłych – niespełnionych – miłości.

Opisywani w tekście kochankowie sprzed lat pochodzą najczęściej z bardzo wczesnej młodości (co bez wątpienia kreuje wokół nich jeszcze silniejszy sentyment). Autor przytacza intrygujące statystyki: Większość, bo aż 55 proc., wydobywa [miłość] z czasów, gdy nie mieli jeszcze 17 lat, a prawie wszyscy (84 proc.) – gdy nie przekroczyli 22. Co ciekawe, osoby starsze, po 65. roku życia, też często starają się wracać do miłości z bardzo wczesnej młodości – nawet z podstawówki.

I druga
charakterystyczna cecha relacji wykopywanych z niepamięci – zwykle są to związki, których przeszłość przekreślili rodzice, przeprowadzka lub inne zdarzenie niezależne od młodych. Rzadko wracają do siebie ci, którzy już w młodości stwierdzili: „nie jest nam ze sobą dobrze” – stwierdza Boczek.

Właśnie ta zależność porażki związku od czynników zewnętrznych powoduje, jak sądzę, że młodzieńcze uczucia bywają tak bardzo idealizowane. Skoro nie miały szansy rozkwitnąć, nie dały nam również możliwości skonfrontowania swoich oczekiwań wobec wybranka z rzeczywistością, więc wciąż budzą nadzieję. Im dalej w las, tym odleglejsze staje się wspomnienie dawnych uczuć – i tym bardziej obraz realistyczny ustępuje miejsca melancholijnemu gdybaniu. A pytanie, czy wybraliśmy właściwą drogę, prowadzi szybko do wahań... czy nie dałoby się jeszcze zawrócić.

Zastanowił mnie ten artykuł. Z jednej strony rozumiem dreszczyk emocji związany z możliwością odnalezienia niedoszłego partnera sprzed lat, zorientowania się, kim jest, czy został dziennikarzem, jak marzył i czy wciąż ma tyle piegów na nosie. Z drugiej – mam nieodparte wrażenie, że jest to... psucie sobie całej przyjemności wspominania pierwszych porywów serca.

Sama lubię wracać myślami do młodzieńczych motyli w brzuchu – ale wolę je właśnie w ich mglistej, odrealnionej postaci. I myślę, że przyjrzenie im się z bliska  – domykanie, dopowiadanie, rozstrzyganie – byłoby jak... rozkładanie przyjaźni na czynniki pierwsze. Taki niepotrzebny transfer niespełnionych i niedoszłych – z łaskawej pamięci do bezceremonialnej prozy życia. B
ałabym się, że odkryję, iż moje motyle są stare, zakurzone i trzymają się tylko dzięki szpilkom. A jeden to nawet już nie ma głowy.

W artykule pojawiają się dość bezlitosne statystyki, określające szanse związków oczyszczanych z rdzy: Jeszcze 14 lat temu, gdy odnalezienie utraconego kochanka wiązało się z dużym nakładem energii i pieniędzy, aż 78 proc. takich powrotów kończyło się trwałym związkiem. Obecnie, gdy kontakt z miłością sprzed lat jest na wyciągnięcie ręki, statystyki są zdecydowanie mniej optymistyczne – tylko 5 proc. dawnych kochanków łączy się węzłem małżeńskim – im starsi, tym większe prawdopodobieństwo, że szczęśliwym i trwałym.

A Wy, czy mielibyście ochotę spotkać się czasem z postacią z dawnego... rozstaju dróg?

środa, 20 lipca 2011

Nie zaglądaj mi w majtki

Czasem ulegam przyjemnemu złudzeniu, że hasło żyj i daj żyć innym to już oczywistość, że ludzie mają rozmaite recepty na szczęście, że dawno już przyzwyczailiśmy się do odmienności.

Potem jednak znajduję takie wypowiedzi dziekanów pedagogiki, a nade wszystko – takie dyskusje światłych, skrytych za forumowymi nickami, Misjonarzy Prokreacji i... ręce mi opadają. A właściwie nie, ręce na oślep szukają klawiatury i układają dla nich piosenkę!

A zatem – w odpowiedzi na wulgaryzmy, na odmieniane przez wszystkie przypadki słowa: dewiacja, zboczenie, wynaturzenie, pedalstwo
(przykłady z cytowanego forum) –  skromna, uprzejma prośba :)

Obrazek via
Nie zaglądaj mi w majtki

Dobry wieczór, czy mogę na słówko?
Wiem, nie jestem tu mile widziany –
Jeszcze sąsiad przyjść może z wiatrówką,
Bo wiadomo, że uszy, że ściany…

Zanim jednak drgawki cię przejmą,
Zanim puls twój raptownie ustanie,
Mam dziś prośbę do ciebie uprzejmą:
Nie zaglądaj mi w majtki, kochanie.

Wiem, że krwi całe litry ci psuję,
Nic nie robiąc – po prostu będąc,
A więc, drogi mój, proponuję:
Poświęć czas tylko własnym popędom.

Przestań tracić już na mnie energię,
Zajmij swoim się życiem, kochany.
Cóż poradzę, że masz już alergię
Na serek homogenizowany.

Nie zaglądaj mi w majtki, kochanie,
Niech sypialnia ma z myśli twych zmiata,
Skoro wciąż – jak na złość, niesłychanie! –
Wyobraźnia figle Ci płata.

Skoro myśl twa cnotliwa i czysta
I trwasz dzielnie pod szyldem normalny,
Czemu tworzysz – jak masochista –
Listę moich pozycji w sypialni?

Wstrzymaj już swych fantazji żonglerkę,
Przestań dzikim oblewać się pąsem –
Ja szanuję, że twoją partnerkę
Kręci taki paradny pan z wąsem.

Nie wyszukuj – no proszę ja ciebie! –
W moim życiu skandalu i grandy;
Cóż poradzę, że w tęczy na niebie
Dopatrujesz się propagandy?

Dodam też (ale głowa do góry!),
Że sam w domu – gdy miasto śpi –
Piór nie noszę, lateksu czy skóry…
Kapcie mam takie same, jak ty.

Jeszcze jedno – choć trudno to mówić
(Zawsze przykro odbierać złudzenia) –
Bądź spokojny, nie zechcę cię uwieść.
Twoja płeć tu niczego nie zmienia.

Teraz wtrącę ostatnie trzy grosze
(Chociaż wiem, że szykują się schody…)
Żeby żyć (ach, nie obraź się proszę!),
Nie potrzeba mi twojej zgody.

wtorek, 30 listopada 2010

Kevin Christ Superstar

Zawsze mi się wydawało, że emisja filmu Kevin sam w domu w święta jest zabiegiem nader irytującym. Że wynika z  oszczędności stacji Polsat, która każdy program i serial powtarza milion razy, że stanowi antenową zapchajdziurę z powodu braku lepszych pomysłów, że dla widzów jest w najlepszym wypadku tłem rodzinnych spędów czy świątecznych porządków.

I OK, rozumiem, że niektórzy lubią przy okazji spotkania przy stole obejrzeć coś wspólnie – ale filmów „pogodnych, lekkich i nastrajających optymistycznie” jest multum – więc zmiana repertuaru tylko wyszłaby na dobre. Mnie osobiście Kevin drażni niemiłosiernie (a w święta należy być miłosiernym), jeśli natknę się nawet na jego zapowiedź – omijam szerokim łukiem, toteż wiadomość o wycofaniu filmu z ramówki tylko mnie ucieszyła.

Domyślałam się wprawdzie, że znajdą się tacy, których zmartwi – ale nie sądziłam, że ta produkcja ma aż tylu zagorzałych obrońców. Oto bowiem okazało się, że Kevin jest narodowym bohaterem. Powstały petycje i grupy na Facebooku (zachwyciła mnie zwłaszcza ta o nazwie Polsat ZABIŁ Święta) postulujące przywrócenie Kevina na antenę – i ostatecznie przyniosły skutek, stacja zmieniła decyzję. No cóż, trudno ;-) Uderzyły mnie jednak komentarze po zapowiedziach ramówki bez Kevina. Oto parę kwiatków:

– swieta do bani jedyne co ze swietami mi sie kojazy to kevin:(:(:(:(
– Ja zaraz umre jak go nie bnedzie (...) Nie odchodz Kevin jestes fajnym i naj najlepszym komediarzem !!!!!!!!!!  
– To jest straszne ! Czy wy sobie wyobrażacie święta bez Kevina ... Koszmar!
– smutnie i nie wyobrażalne po prostu brak słów ...  
– powieszę się lepiej mnie uratujcie to koszmar aż mi łzy ciekną...Protestuję!!!!!!!!!!!CHCĘ KEVINA!
– albo go obejrzę z rodziną na laptopie, albo moje święta będą jednym z najgorszych ;c
– Zrujnowali nam święta ;(  

– Przy dzieleniu się opłatkiem będę wszystkim życzył aby nie powtórzyły się już święta bez Kevina.
– Niee!! Choć rzadko oglądałam, to sama ta świadomość, że nie poleci jest... dziwna.
(stąd)
– Wyjdźmy na ulicę, zastrajkujmy protest, nie płaćmy abonamentu! (stąd; czy abonament obejmuje Polsat?;-)
– zapomniałam ze 2010rok to rok katastrof... (fakt, brak Kevina to drugi Smoleńsk; rzecz stąd)

I tak się zastanawiam... Jestem w stanie zrozumieć przywiązanie do filmu (sama mam parę ulubionych, a gusta są różne), nie podejrzewałam, że masowa widownia zapragnie nagle oglądać w święta Żywot Briana (choć osobiście nie miałabym nic przeciwko temu ;-), znam siłę „nowych świeckich tradycji”, wiem też, że święta się desakralizują (sama z pewnością robię niewiele, by temu przeciwdziałać). Ale żeby jedna trywialna komedia wyznaczała sens wigilijnego wieczoru? Zacytuję jednego z przedmówców – To jest straszne!

czwartek, 28 października 2010

Szczerość Głowińskiego, czyli medal dla Giertycha

Niedawno wspominałam o artykule związanym ze świeżo wydaną książką (listy Osieckiej i Przybory). Dziś sytuacja jest podobna – w moje ręce trafił wywiad prasowy z prof. Michałem Głowińskim, który opublikował właśnie tom wspomnieniowy Kręgi obcości. Rozmowa ukazała się na łamach Polityki nr 43/2010.
Głowiński jest wybitnym teoretykiem literatury – mnie, z racji rozmaitych prac pisemnych na studiach, pewnie zawsze będzie kojarzył się ze Słownikiem terminów literackich ;-) W mediach występuje najczęściej jako znawca i analityk politycznej nowomowy (pamiętam taką akcję z Polityki sprzed trzech lat, gdy wybierano Antysłowo Roku – jednym z jurorów był właśnie Głowiński, a zwyciężył wszechobecny wówczas układ).
Ten wątek przewija się też przez autobiografię – z oficjalnych opisów książki wynika, że językowe absurdy PRL-u zdecydowanie ubarwiają rozważania Głowińskiego. Głównym tematem wspomnień nie są jednak kwestie lingwistyczne, lecz osobiste dramaty autora – dwa kręgi obcości, w które czuł się spychany przez lata.

Pierwszy z nich dotyczy żydowskiego pochodzenia. W rozmowie z Joanną Podgórską na łamach Polityki Głowiński przywołuje bolesne wspomnienia związane z polskim antysemityzmem. Przytacza przebieg lekcji z niejakim ks. Bujalskim w warszawskiej szkole:
To były seanse nienawiści do Żydów, odgrywane w rok po zakończeniu wojny. [Ksiądz] Mówił, że Holocaust to kara za to, że Żydzi zabili Pana Jezusa. Nie ma więc powodu, by tę nację opłakiwać. Opowiadał też, że Żydzi mordują chrześcijańskie dzieci, by z ich krwi wypiekać macę. [...] Bóg z jego opowieści był mściwym, pamiętliwym potworem.
Drugi krąg obcości wyznaczała, jak się dowiadujemy, orientacja seksualna Głowińskiego. Autor zwierza się w wywiadzie z głębokiego poczucia samotności:
Polityka: Napisał pan, że czuł się, jakby był z tym sam jeden na świecie. A przecież w środowisku literackim było mnóstwo homoseksualnych osób, choćby Iwaszkiewicz czy Andrzejewski. 
Głowiński: Ale to nie byli moi znajomi. Ja się dopiero później o tym dowiadywałem. Z pojęciem homoseksualizmu zetknąłem się po raz pierwszy w przedwojennej encyklopedii. Jako dzieciak uwielbiałem czytać encyklopedie i trafiłem na to hasło. Byłem na tyle inteligentny, żeby wiedzieć, że jak rzecz jest w encyklopedii, nie może dotyczyć tylko mnie. Szybko zdałem sobie sprawę, że to nie jest mój wybór. Ale mimo wszystko strasznie się tego wstydziłem, uznawałem za coś zasługującego na potępienie.
Niezwykle gorzko brzmią wspomnienia Głowińskiego, gdy dowiadujemy się, że z powodu lęku i poczucia alienacji praktycznie wyrzekł się swojej seksualności, całkowicie zrezygnował z prywatnej sfery życia. Nadzieję przynosi jednak sam fakt publikacji wspomnień – autor wyznaje, że nie zdecydowałby się na szczerość, gdyby nie zmiany obyczajowe w Polsce – dyskusje o mniejszościach seksualnych i problemie homofobii, które od kilku lat toczą się otwarcie w mediach. Głowiński przewrotnie powołuje się też na inicjatywy działaczy Ligi Polskich Rodzin:
[...] jakieś gejowskie stowarzyszenie powinno przyznać medal Romanowi Giertychowi za szczególne zasługi dla środowiska. Tak ośmieszył i obrzydził homofobię, że przyzwoitym ludziom nie wypada się do niej przyznawać.
Cały wywiad – zatytułowany Podwójne milczenie – możecie przeczytać w zeszłotygodniowym wydaniu Polityki lub jej internetowym archiwum. Mnie tekst zainspirował do sięgnięcia do pełnej wersji wspomnień badacza – na pewno prędzej czy później trafią one do Kieszeni.
A na zakończenie fragment wywiadu niezwiązany z kręgami obcości – dość zabawny. Spodoba się wszystkim, którzy – podobnie, jak niżej podpisana – mają problem z anektującym cały dom księgozbiorem... ;-)
Mam mało rzeczy i nie przywiązuję do nich specjalnej wagi. Z wyjątkiem książek, ale nad nimi już dawno straciłem kontrolę. Stoją w potrójnych rzędach i często zdarza mi się wypożyczać z biblioteki tytuły, które na pewno mam, ale nie potrafię ich odnaleźć.