Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akademickie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akademickie. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 grudnia 2012

Litera prawa (albo litera lewa)

Jak kiedyś pisałam w Kieszeniach, od października prowadzę na uniwersytecie zajęcia z copywritingu. Wśród różnych obszarów reklamy, które przetrząsamy, znalazły się też media społecznościowe - sposoby ich wykorzystania na rzecz marek, mniej lub bardziej udane praktyki promocji firm na FB, wiecie, te sprawy.
W ramach wprowadzenia w temat, tydzień temu powiedziałam studentom: Znajdźcie na Facebooku dwa fanpejdże, które uważacie za szczególnie ciekawe, oryginalne, wciągające. Jeden dowolny i jeden firmowy. 
Przygotowali. Jeden dowolny i jeden filmowy. Wiedziałam, że alternatywna wymowa r mnie kiedyś zgubi.
 
P.S. Tymczasem pozdrawiam Was z Krakowa, gdzie chwilowo bawimy z R. - w ramach rekonwalescencji po tygodniach grzęźnięcia w pracy. Wcielanie w życie pomysłów z przewodnika Zrób to w Krakowie zaczęliśmy od propozycji własnej: Rozchoruj się na Kazimierzu. Jeśli więc zobaczycie gdzieś w okolicach Józefa czy placu Nowego dwie osoby ubrane w szesnaście warstw niedorzecznej odzieży, to my!

wtorek, 15 maja 2012

Maria Antonina w klatce (filmowej)

Ostatnie dni upłynęły mi pod znakiem akademickich zmagań z Marią Antoniną – a konkretnie: z jej obrazem przefiltrowanym przez wrażliwość Sofii Coppoli. Choć nie jestem szczególną entuzjastką filmu, nie mogłam nie zachwycić się niektórymi ujęciami.

Wśród nich – kadr, który przypomina mi aranżacje tapetowe Cecilii Paredes (oraz towarzyszące im ujęcie z Powrotu do Garden State :)
Jest to finał sceny, w której Maria Antonina odczytuje kolejny list od matki – przekonującej, że wyłącznie w gestii kobiety leży powołanie do życia potomka. Młoda królowa, coraz bardziej sfrustrowana obojętnością męża i ciężarem oczekiwań społecznych, wtapia się w tło dworskiej codzienności.

Miłego wtorku – wolnego od pożerających człowieka konwenansów czy wyśrubowanych oczekiwań!

P.S. Rokoko euro spoko! ;-)

poniedziałek, 12 marca 2012

Kryminalne zagadki Torunia

Za mną kolejna konferencja – tym razem dotycząca kryminału. Przedstawiciele różnych dziedzin – literaturoznawstwa, filmoznawstwa, socjologii, antropologii... (wspominałam już kiedyś, że najbardziej lubię konferencje interdyscyplinarne) spotkali się, by porozmawiać o powieściach, filmach i serialach, które  przez jednych są uwielbiane (czasem masowo, windując książki na szczyty list bestsellerów), przez innych – traktowane protekcjonalnie (przykładem komentarz: „A mnie dziwi, że w ogóle czytasz takie rzeczy" spod recenzji Ziarna prawdy Miłoszewskiego).

O przewrotnej sytuacji kryminałów, które to budzą niechęć, to – jak sagi szwedzkich autorów – bywają obiektem snobizmów, mówił Mariusz Czubaj, gość konferencji: "Kiedyś ludzie czytali kryminały, ale się do tego nie przyznawali. Dziś przyznają się, nawet jeśli nie czytają" :-)

Inne ciekawostki z konferencji: pogląd Milana Kundery, że James Bond to epicki dziwkarz, przykłady wykorzystania postaci Sherlocka Holmesa do walki z nazistami (gdzie Moriarty to podły kolaborant), omówienie Dextera jako serialu neonoir, Władimir Wysocki jako bohater radzieckiego serialu kryminalnego (!) czy szerlokowskie ciekawostki z Dra House'a (choćby fakt, że arogancki lekarz mieszka przy Baker Street).

Ja – tu Was zaskoczę! – mówiłam o Woodym Allenie :-) Z jednej strony o jego filmach z wątkiem morderstwa, które staje się punktem wyjścia do rozważań etycznych (Zbrodnie i wykroczenia, Wszystko gra, Sen Kasandry), z drugiej – o kryminałach w ujęciu czysto komediowym, jak choćby opowiadania detektywistyczne Zmierzyć się z inspektorem Fordem (polecam! znajdziecie je w tomie Obrona szaleństwa). Żałuję, że nikt z referentów nie poruszył tematu Sherlocka – to w końcu taka kopalnia inspiracji! Cóż, może następnym razem ;-)

Z pozytywnych zaskoczeń: fakt, że w pakiecie materiałów konferencyjnych (gdzie zwyczajowo trafiają: teczka uczelni, długopis, notatnik itp.) znalazły się dwie powieści kryminalne! Ja dostałam takie:

Myślę, że to świetne dopełnienie tematu spotkania. W pierwszej kolejności przeczytam na pewno Hipnotyzera o przedziwnej okładce ;-)

A Wy, jak zapatrujecie się na kryminały? Uważacie, podobnie jak ja, że to świetny przykład literatury popularnej, sprawdzone źródło rozrywki? (Wspominałam kiedyś, że kryminałom wybaczam więcej niż innym czytadłom – np. powieściom romansowym.) A może fabuły detektywistyczne zupełnie Was nie interesują? Czy zauważacie wśród swoich znajomych kryminalne trendy – np. snobizm na Larssona? Odnosicie wrażenie, że „kryminał napisać może każdy", sądząc po popularności tego gatunku wśród byłych dziennikarzy, publicystów, a nawet aktorów? Czy zdarzyło Wam się, że powieść kryminalna zaintrygowała Was do poszukiwań pozaksiążkowych – jak mnie ostatnio Miłoszewski do wizyty w Sandomierzu? Podzielcie się swoją kryminalną przeszłością! ;-)

czwartek, 21 października 2010

Postaw dziadka na komodzie

Na zabawny pomysł wpadło troje projektantów, którzy postanowili przemycić do Ikei swój własny produkt. Przygotowali więc i odpowiednio oznaczyli (pamiętając o charakterystycznej czcionce, firmowych etykietach i sygnaturach twórców) przedmiot o nazwie... 
Ramka ze zdjęciem starszego pana, który mógłby ozdobić nasze mieszkanie, znalazła się wśród ikeowych obrazów i plakatów na warszawskim Targówku :-) Wszyscy dziadkowie byli starannie ofoliowani i na pierwszy rzut oka niczym nie wyróżniali się na tle innych produktów dekoracyjnych. Dostępni za jedyne 19,99 zł za sztukę! Jak czytamy w artykule na gazecie, ekspozycja nie wytrwała zbyt długo (została szybko usunięta przez pracowników sklepu), ale twórcy zdążyli na czas akcji powiesić nawet prowizoryczny billboard :-)
Pomysłowy happening to niezły sposób na wypromowanie swoich działań. Pewnie prędzej czy później usłyszymy o sukcesach grupy projektantów „od dziadka dekoracyjnego”;-)
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Ja tymczasem spędziłam wczorajszy i dzisiejszy dzień tutaj:

Było bardzo sympatycznie. Miałam tremę, bo burzliwe dyskusje podczas katowickiej konferencji trochę ostudziły mój zapał do wystąpień publicznych ;-), ale wszystko przebiegło bez  problemów. I po raz kolejny przekonałam się, że bardzo lubię mówić o Woodym Allenie :-) Tym razem przedmiotem badań była (nie)poprawność polityczna reżysera – jego przewrotne traktowanie tematów religii, przekonań politycznych czy upodobań seksualnych. Publiczność nie zasnęła, nie opuściła sali oraz śmiała się w odpowiednich momentach, więc jestem zadowolona ;-)
Ach, i znowu przyjemna sceneria dyskusji – Kino Centrum, czyli sala projekcyjna w toruńskim Centrum Sztuki Współczesnej (ta sama, w której byłam ostatnio na przeglądzie Polańskiego). Jak znalazł na konferencję dotyczącą kina!

Na pewno chętnie będę wracać myślami do tego spotkania – ale póki co, ogromnie się cieszę, że przez jakiś czas nie muszę wygłaszać niczego przed większą grupą ludzi (a dla odmiany – mogę wypić wino w bardzo wąskim gronie ;-) Do usłyszenia!

sobota, 16 października 2010

Katowice i panienki z okienka


Uff... Wróciłam do Torunia. Katowicka konferencja – bo to ona była celem mojego wyjazdu – przebiegła bez zakłóceń, dostarczyła mi trochę stresu (zwłaszcza w części poświęconej komentarzom do referatów), ale i sporo inspiracji do dalszej pracy. Ogólny bilans – na plus!
Ilustracja Matte Stephensa
W moim przypadku wyjazd do Katowic oznaczał niemal siedmiogodzinną podróż, miałam więc sporo czasu na czytanie (o czym będzie mowa w oddzielnych notkach), wszelkiej maści rozmyślania, a przede wszystkim – podziwianie dynamicznie zmieniających się za oknem kadrów jesieni. Zawsze zaskakuje mnie, jak łatwo – żyjąc na co dzień w mieście i spędzając większość czasu w biurze lub w domu – zapomnieć, ile jest w Polsce miejsc, w których linia horyzontu nie kończy się na najbliższym budynku :-) Przyjemnie było obserwować jesienne panoramy, wodzić wzrokiem za majaczącymi w tle konturami drzew, liczyć odległe stawy i sadzawki, w których odbijało się słońce... Moje oczy stanowczo odzwyczaiły się od takiej perspektywy.
Zmieniał się pejzaż za oknem, zmieniały się stacje kolejowe, a niebo pozostawało niewzruszone
PKP i chmury idą łeb w łeb!
W Katowicach byłam po raz pierwszy – niestety, nie miałam wiele czasu na zwiedzanie miasta (spędzałam czas głównie w budynku UŚ), ale udało mi się odbyć parę krótkich spacerów. Całkiem przyjemnych, nie powiem, ale Katowice nie zdążyły mnie urzec niczym szczególnym. Może innym razem :-) Przyjemnym akcentem było za to spotkanie z Marysią. Zajadając zapiekane brokuły i popijając wino, ja opowiadałam Marysi o przedziwnych akademickich postaciach, a Marysia mnie – o... żurawiu i czapli ;-)
Niestety, podróż powrotna nie przebiegła tak płynnie, jak oczekiwałam – z powodu zawirowań PKP utknęłam na godzinę na Warszawie Centralnej, gdzie doświadczyłam przedziwnego spotkania z informacją kolejową. Prawdę mówiąc, nie sądziłam, że gdzieś jeszcze stereotyp pani z okienka ucieleśnia się w takim wymiarze ;-) Moja rozmowa z trzema pracownicami informacji wyglądała następująco:
Ewenement (pokazując bilet przy okienku nr 1): Dzień dobry, chciałabym się dowiedzieć, czy z tym biletem mogę jechać pociągiem TLK o 18.55, czy też...
Pani nr 1: Ja nie wiem.
E.: Słucham?
Pani nr 1: Podejdzie pani do drugiego okienka, Wanda tam musi pani sprawdzić w rozkładzie.
E.: Dziękuję.
Przy okienku nr 2:
E.: Dzień dobry, chciałabym się dowiedzieć, czy z tym bilecie mogę jechać pociągiem TLK o 18.55... Miałam wracać pociągiem innej spółki i nie jestem pewna.

Pani nr 2 (stanowczo, nie patrząc na bilet): Nie, nie może pani. (wstaje i odchodzi)
E. (osłupiała, czeka na powrót pani nr 2).
Po jej nadejściu:
E.: Dlaczego nie mogę? To znaczy czy mam zrobić jakąś dopłatę...?

Pani nr 2: Nie, podejdzie pani do okienka nr 3. (znów zrywa się z miejsca i zatrzaskuje okienko).
Ewenement – rozglądając się już powoli za ukrytą kamerą :-) – maszeruje do trzeciego okienka.
 
Pani nr 3 (z wdziękiem uprzedzając moje pytanie): No więc w czym problem?
E.: Mam tutaj bilet, który przeznaczony był na wcześniejszy pociąg...
Pani nr 3: To czemu pani nim nie pojechała?!
E. (zbita z tropu): Bo mój pociąg z Katowic miał spore opóźnienie...
Pani nr 3: No to trzeba drugi bilet kupić. O co chodzi?
E.: Właśnie próbuję powiedzieć! Czy na podstawie tego biletu, mogę jechać pociągiem .. (opisuję godzinę, stację itp.).
Pani nr 3: No oczywiście, że pani może! (po chwili) Wystarczyło zresztą zapytać konduktora w tym drugim pociągu.
(no przecież! ;-)

Dłuższą chwilę nie mogłam wyjść ze zdumienia. Pozostaje mi się cieszyć, że okienko nr 4 było zamknięte! A zupełnie poważnie, to zastanawiam się, jak wygląda sytuacja, gdy o pomoc prosi np. obcokrajowiec.
Natomiast z powodu gorących uczuć, jakie wywołały we mnie trzy gracje z PKP, postanowiłam utrwalić miejsce naszego spotkania
Tymczasem – w sam raz, by zamknąć opowieść klamrą kompozycyjną – tuż po powrocie dowiedziałam się, że moje drogie Toruń i Bydgoszcz odpadły z wyścigu o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury (nie, żebym była tym szczególnie zaskoczona, przyznaję), natomiast wśród miast, które zakwalifikowały się do kolejnego etapu, są... Katowice :-) Więcej w artykule pod uroczym hasłem Koniec mitu śląskiej dupowatości. Powodzenia!

sobota, 9 października 2010

Allen w Słupsku, czyli śledzie ;-)

Jakiś czas temu wspominałam o konferencji w Słupsku, podczas której większość czasu spędziłam w chłodnych murach Zamku Książąt Pomorskich. Po paru miesiącach znów trafiłam do tego miasta – i tym razem udało mi się nawet wybrać na spacer! :-)
Okazję do kolejnego przyjazdu stanowiły tegoroczne Spotkania z Kulturą Żydowską. Między dyskusjami o dialogu chrześcijańsko-żydowskim a lekcją pieczenia tradycyjnej chałki, odbyła się moja prezentacja na temat motywów żydowskich w twórczości Woody'ego Allena. Nieraz pisałam w Kieszeniach, że przepadam za tym reżyserem – przyjemnie było podzielić się swoją pasją z uczestnikami SzKŻ :-) Przyznam też, że po serii konferencji literaturoznawczych, chętnie przygotowałam spotkanie dotyczące kina.

Wykład trwał godzinę i był urozmaicony fragmentami filmów, ale dla tych, których zainteresował temat, drobna migawka. Poniżej jedno z opowiadań Allena, które omawiałam w Słupsku – miniatura z cyklu Opowieści chasydzkich ze wskazówkami interpretacyjnymi znanego uczonego. Znajdziecie tu dość reprezentatywny allenowski portret rabina :-) 


Pewien człowiek, który nie mógł wydać za mąż swojej brzydkiej córki, odwiedził rabbiego Szimmela z Krakowa.

– Moje serce płacze – rzekł wielebnemu mężowi – ponieważ Pan dał mi brzydką córkę.
– Jak brzydką? – spytał mag.
– Gdyby leżała na talerzu ze śledziem, nie odróżniłbyś ich od siebie.
Sztukmistrz z Krakowa myślał długo, aż wreszcie rzekł:
– Z jakim śledziem?
Człowiek, zaskoczony tym pytaniem, zastanowił się szybko i odparł:
– Eee... Z bismarckiem.
– To niedobrze – oświadczył rabbi. – Gdyby to były matiasy, miałaby większe szanse.

Ta przypowieść ilustruje tragedię ulotnych zalet, takich jak uroda. Czy dziewczyna naprawdę podobna jest do śledzia? Dlaczego nie? Widzieliście przecież różne paskudy spacerujące sobie po ulicach, zwłaszcza w miejscowościach letniskowych. Ale nawet jeśli jest podobna, czyż nie są wszystkie stworzenia piękne w oczach Boga? Możliwe. Jeśli jednak dziewczyna lepiej wygląda w śmietanie niż w wieczorowej sukni, to ma kłopoty. Dziwne, ale własna żona rabbiego Szimmela przypominała podobno kalmara, choć tylko z twarzy, jednak nadrabiała to z nawiązką swoim bezustannym kaszlem... ale morału nie potrafię tu dostrzec. 

Urocze, prawda? :-) Na zakończenie jeszcze parę wrażeń ze Słupska. Przy okazji poprzedniej relacji przywołałam bydgoską imprezę poświęconą twórczości Czechowa – wspominałam, że możliwość odczytania referatu na deskach teatru wprowadza szczególną atmosferę konferencji. W Słupsku miałam okazję odświeżyć to uczucie – duża część programu Spotkań odbyła się na scenie Teatru Rondo (któremu króluje przesympatyczna Jola :-) I znów było wyjątkowo...


Deski Teatru Rondo i cień żydowskiej Mamełe, która właśnie odczytuje swoje bajki :-)

Z Mamełe zresztą prowadziłyśmy ciekawe rozmowy na temat obecności religii w szkołach. Marylka przywołała zabawną, acz zatrważającą, historię ze swojego podwórka: w jednej ze szkół katechetka surowo ukarała chłopca, który bezrefleksyjnie bawił się symbolem religijnym. Przyłapała go na tym, że wymachiwał prowizorycznym krzyżem, złożonym z dwóch listewek... Chłopiec na próżno tłumaczył, że to, co trzyma w rękach, to... miecz :-)
[Opowieść ze specjalną dedykacją dla Kasi, dla której temat nauczania religii jest obecnie wyjątkowo aktualny ;-)]


A na zakończenie garść impresji ze spaceru po Słupsku (i podziękowania dla Gosi, która była moim przewodnikiem po mieście :-)

 Na straży sztuki – czyli uliczna ekspozycja dzieł Witkacego ;-)
Nie dajcie się zwieść – to Słupsk, a nie Lądek Zdrój! :-)
Wybrane szyldy, napisy, neony...
Ambient ewangelizacyjny – czyli napis na chodniku przed kościołem św. Jacka :-) Pomysłowe.
 Jeśli wlazłeś między wrony... czyli kaczka zaprzyjaźniona z gołębiami ;-)
Uff... Cieszę się, że udało mi się wreszcie napisać tę notkę – myślałam o niej już od paru dni, ale grypa skutecznie przekreśliła moje plany. Zresztą, co tu gadać – mamy weekend, więc zaraz przywdziewam suknię wieczorową... tj. śmietanę, i ruszam na miasto! ;-) Do usłyszenia!

poniedziałek, 27 września 2010

Weekendy powszednie

Ostatnie dni mijają mi przede wszystkim pod znakiem pracy – również etatowej, ale głównie związanej z doktoratem. Dlatego zamiast zbierać jesienne liście czy opalać nos na Bulwarze Filadelfijskim, tkwię w mieszkaniu – fundując sobie od czasu do czasu niewyszukane, domowe rozrywki ;-)

Rysunek portugalskiej ilustratorki – Ines do Carmo (tutaj jej blog)
Serce i nogi rwą mi się do jesiennych spacerów. I nie jest łatwo oprzeć się pokusie, bo słońce nonszalancko przypomina o swojej obecności :-)
Ilustracja Helen Dardik
A w tyle głowy pobrzmiewają mi tematy, o których chciałabym napisać w Kieszeniach – choćby zamknięcie toruńskiego kina studyjnego, radosna (dla przeciwwagi) wiadomość związana z festiwalem w Kazimierzu, parę ciekawych znalezisk z sieci czy wrażeń książkowych... Póki co, będą musiały poczekać – bo przede mną konieczność doszlifowania artykułów konferencyjnych. Co wcale nie jest tak proste, jak się wydaje ;-)
Ilustracja Ines do Carmo
 Trzymajcie kciuki! A  ja życzę miłego poniedziałku – i do usłyszenia wkrótce :-)

piątek, 30 kwietnia 2010

Konferencja i inne osobliwości

Parę razy w ciągu roku zdarza się, że biorę urlop, porzucam agencyjną codzienność i wyruszam na konferencje naukowe, by wydeptywać swoją alternatywną drogę zawodową ;-) W ten sposób ostatnio znalazłam się w Słupsku, na sympozjum zorganizowanym przez Akademię Pomorską.

Konferencja ma charakter cykliczny – pierwszy raz w Słupsku byłam rok temu – ale i tym razem nie udało mi się zobaczyć miasta ;-) Znów cały dzień spędziłam, uczestnicząc w – mniej lub bardziej burzliwych – wystąpieniach przedstawicieli nauki. Na szczęście już jesienią mam pojawić się w Słupsku z Łukaszem – mam nadzieję, że wtedy uda mi się wybrać na dłuższy spacer. Kto wie, może i pstryknąć parę szyldów ;-)
Słupski Zamek Książąt Pomorskich. Mnie urzekło zwłaszcza jego otoczenie.

Konferencja odbywała się w Zamku Książąt Pomorskich – i w tych murach spędzałam większość dnia. Lubię, kiedy obrady wychodzą poza obszar uczelni; do dziś pamiętam zeszłoroczne sympozjum poświęcone Czechowowi, które odbywało się w bydgoskim Teatrze Polskim. Wspaniale było odczytywać swój referat na deskach sceny kameralnej, naprzeciw słuchaczy siedzących w teatralnych fotelach :-)

Tym razem było również inspirująco, choć wyczerpująco. Słupskie sympozja mają tę  zaletę, że są interdyscyplinarne – cenię takie spotkania, chyba nawet bardziej, niż literaturoznawcze. Podoba mi się, że jeden temat może zrzeszyć grupę ludzi o całkowicie odmiennej specjalizacji; z przyjemnością słucham architektów czy historyków sztuki, którzy mówią o tych samych motywach, które ja śledzę w literaturze – ale ujmując je z zupełnie innej (bo niefikcyjnej ;-) perspektywy.

Najbardziej inspirującym doświadczeniem nie okazał się jednak żaden z referatów ani zwiedzanie regionalnych kości
ołów (choć XIV-wieczny z Iwięcina – prześliczny!), lecz spotkanie z prof. Jadwigą i Edmundem Kotarskimi. Kto zahaczył w swoim życiu o studia polonistyczne, z pewnością kojarzy to nazwisko ;-) Fantastycznie było spotkać ich na żywo – nie z powodu możliwości zestawienia twarzy z nazwiskiem (to już korzyść wpisana w specyfikę konferencji), ale z racji ich błyskotliwości, serdeczności i ciekawości świata. Rozmowy z Kotarskimi – a przede wszystkim ich nieprawdopodobne wspomnienia z okresu wojny (!) – warte były całego wysiłku włożonego w przygotowania do konferencji ;-)

Jednak oprócz rozkoszy umysłowych, doznałam paru... zadziwień estetycznych ;-) Otóż zgadnijcie, co stanowi reprezentatywną ozdobę Zamku Książąt Pomorskich w Darłowie? Co wybrano jako wizytówkę gotyckiej budowli, starannie pielęgnowanej chluby regionu?

Moi drodzy – wypchane cielę z dwiema głowami!:-)
Ozdoba spoczywa na parapecie tuż przy wejściu do Zamku. Kto wyjaśni mi związek książąt pomorskich z nieszczęsnym zwierzęciem*, temu przyznaję medal z ziemniaka :-) Rozglądałam się jeszcze za wypchanym karłem i kobietą z brodą, ale nie znalazłam ich w zasięgu wzroku ;-)

Za to w Darłowie (uprzedzając ewentualne wątpliwości – miasteczku, które lubię, w którym kiedyś spędziłam część wakacji, prowadząc ewidencję gruntów gminy :-) natknęłam się na kilka niezwykłych nadmorskich pamiątek.

Doceńcie precyzję wykonania i obfitość zdobień... i uwier
zcie, że zdjęcia nie oddają ich uroku ;-) Wszystkie obiekty, opisywane jako souvenirs znad morza, są niewielkie, mierzą ok. 30 cm – mogą więc z powodzeniem stać się ozdobą Waszego regału czy biurka! :-)
Elektryzująca kula w wiklinie, kaskada ze słoniem w składzie... czego tam nie ma?!:-) czy wodospad w żabich objęciach – mogą być Wasze za jedyne 75 zł! Do usłyszenia:-)

- - - - -
* Wiem, że zadanie to nie lada trudne – niemal jak skojarzenie wypchanej wiewiórki z kopiarką ;-)