Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toruń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toruń. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 stycznia 2015

Miasto mówi 3

Toruń, moje miasto rozgadane, powraca z kolejną porcją pożywnych sentencji (poprzednia tutaj). Do farszu dorzuciłam wspomnienia z wakacji i złote myśli z telewizora. Niech prowadzą Was przez życie, gwarantując dobrobyt, szczęście i bezpieczną jazdę autobusem.
1.
Sklep Piotr i Paweł, dwie panie stoją przy stoisku do samodzielnego wyciskania soku z pomarańczy.
- Patrz, jakie zrobili.
- E tam, po co to. Zawsze mogę sobie w domu wycisnąć.
- A wyciskasz?
- Nie, ale zawsze mogę. A tu nie zawsze - czynne tylko do 21.

2.
Motto dnia z autobusu nr 18 - rozmowy działkowców:
- Nigdy nie mów nigdy, a przynajmniej do soboty.

3.

Zielona Tawerna w Kazimierzu Dolnym, tata do syna:
- Zobacz, dziecko, tak wygląda zsiadłe mleko.


Napis przed Urzędem Marszałkowskim w Toruniu, uchwycony w czasie spacerów po mieście, a dedykowany obchodom 4 czerwca. Piękny - szkoda, że nie został na stałe!

czwartek, 19 czerwca 2014

Miasto mówi 2

Część 1 tutaj - a dziś jeszcze bardziej pożywna porcja dialogów toruńskich (oczko!). Szczególne miejsce w moim sercu zajmuje naturalnie numer 5, a zawodowo - nr 13. Smacznego! (Tak, wpisuję się tym samym w ogólnonarodową debatę o podsłuchach.)
1.
Lekcja edukacji seksualnej o poranku - jadę taksówką, a kierowca wspomina gorszącą audycję radiową:
- Pani sobie wyobrazi, że ktoś na antenie opowiadał, że uprawiał seks na lotnisku. I to jeszcze... z drugą osobą. Takie coś w publicznym radiu. A seks, proszę pani, to przecież sprawa prywatna, to owoc miłości, sprawa altany... czy tej, alkowy.
2.Ulica Strumykowa w Toruniu. Udział biorą: pan z karkiem w rozmiarze XXL oraz pani u jego boku.
Pan: Ja se na weekend pojadę na działkę. A co!
Pani (zbita z tropu): Wyjeżdżasz..? A mieliśmy razem coś zrobić.
Pan (dziarsko): A wyjeżdżam! Nie chce mi się tu siedzieć!
Pani (rozgniewana): No to jedź! Tam nie ma wody, więc... pasuje, bo i tak się nie myjesz!
Pan (dziarsko): No i co z tego. Jak to mówią, nieważne żeby stał, ważne żeby był czysty, haha! (po chwili, smutniejąc) Yyy... Nie, czekaj... odwrotnie.

3. 
Ekipa stolarzy wymienia nam drzwi. Jeden z nich do R.:
- Jest dobrze. Tylko pan jeszcze kupi 6 wihajstrów.

4.Drogeria, dwie dziewczyny rozmawiają przy regale z kremami:
- Słyszałam, że kobiety w ciąży nie powinny przebywać z kotami.
- No, ja też.
- W ogóle że kobiety nie powinny przebywać z kotami.
- Oo, a czemu?
- Wiesz, chodzi o pH... Tam... na dole.

Hmm. Ja chyba w jakiś nietypowy sposób zajmuję się swoimi kotami.


wtorek, 3 czerwca 2014

Wypadki chodzą po kieszeniach

Cały maj bez postów. Skandal i granda! Skąd taki stan rzeczy? Otóż od kilku tygodni każde wolne popołudnie (a czasem i szybką noc) spędzałam, montując film dla zaprzyjaźnionej/podopiecznej copywriterki. Film powstał, przeszedł żmudny proces eksportu, trafił w ręce (i oczy) adresatki, wywołał radość (więc i uśmiech mojego serca oraz mojego adobe premiere'a). Zaczynam więc niuchać w poszukiwaniu kolejnych projektów - a zanim się pojawią, serwuję Wam garść kieszeniowych przygód.

Podobnie, jak z miejskimi dialogami, są to wypadki, które przewinęły się przez fanpejdż w roku 2013 i 2014. Tym razem jednak kieruję oko nie na pasażerów autobusu nr 18, lecz na siebie. (Dla melodii zdania, ignoruję fakt, że również jestem stałą pasażerką 18-tki.)


 Kadr ze spaceru w ostatnią niedzielę – fragment plakatu w ramach wystawy Plaster w toruńskim CSW.
1.
Jednej z moich kotek, Klarze, zrobił się jakiś wrzód koło tyłka. Wpadam więc wczoraj do weterynarza... i nagle uderza mnie myśl: „Nie powiem przecież – na tyłku jej się zrobił, muszę poważnie, medycznie...". Wypalam więc donośnie, z wystudiowaną powagą:
- Kotce zrobił się wrzód koło odbytu.
Weterynarz patrzy na mnie przez chwilę. Potem na kota. Znów na mnie. I mówi:
- Tak, widzę. Koło ogona.
2.
Dobry prognostyk na Nowy Rok: podbiłam sobie oko butem.
Znajomych proszę o nieobwinianie R. Mąż był wtedy w pracy, żona była trzeźwa.
3.
Czas zrobić zakupy. Zabrałam dziś do pracy mandarynkę, a właśnie się okazało, że to stara pomarańcza.
4.
Popsułam pokrętło do palnika kuchenki gazowej. Już drugie. I choć brak dwóch palników nie wpływa na nasze niegotowanie bardziej, niż brak jednego, to warto by naprawić. Czasem w końcu jednocześnie gotujemy jajka i robimy kawę.

piątek, 25 kwietnia 2014

Miasto mówi

Wyjdź na ulicę i wiedz, że coś się dzieje – takie motto klaruje się z moich spacerów, wylegiwań na bulwarze, wycieczek rowerowych, przejazdów autobusem do pracy. Ludzie wokół mówią, ekscytują się, sprzeczają, dzielą się swoim postrzeganiem świata - a ja z zamiłowaniem wyłuszczam perełki ich wypowiedzi. Niektórymi dzielę się z Wami na blogu, ale zdecydowana większość trafia spontanicznie na Facebooka. 



Ponieważ jednak od czasu do czasu nachodzi mnie obawa, że Mark Cukieras stuknie obcasem i wystrzeli mój fanpejdż w kosmos (a bardzo lubię ten fanpejdż i byłoby mi szkoda), postanowiłam zebrać miejskie dialogi do jednej kieszonki na blogu. Poniżej więc pożywna porcja rozmów zarejestrowanych nausznie (będą kolejne). Smacznego!

1.
Sala kinowa w czasie festiwalu Tofifest. Chłopak mówi do koleżanki:
- No są znani ludzie. W zeszłym roku nakładałem sobie kotleta i ziemniaki obok Geraldine Chaplin.

2.
Dziewczyna czyta koleżance fragment recenzji:

- "Film nawet dla lajków powinien okazać się interesujący"... A nie, czekaj! Dla la-i-ków!


3.
Rano, w sklepie spożywczym, klientka i ekspedientka:
- Będą państwo mieli jeszcze dostawę tej kiełbasy, czy trzeba już kupować na święta?
- Nie będziemy mieli. Dostawy są tylko w środy, bo w piątki ludzie nie kupują. Wie pani, niby nie ma postu, ale ludzie i tak pomstują.

niedziela, 27 października 2013

Sobota pali się w rękach

Nareszcie! Po gorączkowym tygodniu się sobotę poświęcić w całości na festiwal filmowy Tofifest. Wśród jego płomiennych reflektorów i czerwonych plakatów nasyciłam się spotkaniami, nasłuchałam kuluarowych rozmów i nacieszyłam kinem. Toruński Tofifest dziś tworzony jest z coraz większym rozmachem, wypływa na pola międzynarodowe, a w mojej pamięci pozostaje wciąż jako kameralne, offowe toffi, którego początki zbiegły się z pierwszymi latami mojego życia w tym mieście.

Na pierwszy ogień trafił w sobotę temat montażu. W czasie dynamicznej, swobodnej rozmowy w Czytelni toruńskiego CSW, dwoje świetnych polskich montażystów - Milenia Fiedler i Maciej Pawliński - dzieliło się ze słuchaczami nie tylko techniką cięcia, ale przede wszystkim - swoim spojrzeniem na kino i sztukę opowiadania historii. A motyw opowiadania historii zawsze interesuje mnie najbardziej!
Reflektory przed OdNową, w której świeżo wyremontowanym kinie odbywało się wiele seansów (sympatyczne kino studyjne, polecam!)

Milenia Fiedler nawiązywała m.in. do pracy nad filmami Wałęsa. Człowiek z nadziei, Tatarak (urocza anegdota na temat sceny, w której bohaterka odgrywana przez Jandę ulega zauroczeniu młodym chłopcem) czy Dziewczyna z szafy (jedyny minus, że przy okazji zdradziła zakończenie tej ostatniej...). Z kolei Maciej Pawliński zafrapował mnie opowieściami o Miłości Fabickiego (ponieważ od czasu kwietniowego seansu, regularnie wracam do tego filmu myślami, możliwość poznania pytań, jakie zadawali sobie twórcy ekranowej historii, była nie do przecenienia).

sobota, 22 czerwca 2013

Śmiechu w stereo

Weekend zaczął się... samotnie. Są takie dni, kiedy czujemy się zupełnie nieparzyści. Kiedy tęsknimy za światem, a mamy wrażenie, że ten świat nie tęskni za nami. Kiedy serce - niezbyt aktywne w codziennej rutynie - w weekend potrzebuje paliwa, rwie się do kontaktów i rozmów, bycia z kimś lub przy kimś, do śmiechu w stereo. Do spontanicznej wymiany energii. Tymczasem okazuje się, że nie ma adresata tej energii. Że można ją sobie co najwyżej poodbijać jak w squashu solo. Że nasz nastrój najlepiej oddaje atmosfera tej piosenki (pięknej zresztą, polecam całą płytę Kobiety Marka Dyjaka).

Taki stan dopadł mnie wczoraj - spotęgowany nieobecnością R. i faktem, że ostatni tydzień w pracy był bardzo intensywny. Wyczerpana ciągłą koncentracją, manewrowaniem między zleceniami, gorączkowym tempem (i takąż pogodą), reagowaniem na nieustanne zmiany... wyczekiwałam weekendu. Nie myśląc o nim nawet, nie planując, wkładając wiele siebie w obowiązki zawodowe (i to z satysfakcją, bo dużo dobrych rzeczy udało nam się jednak zrealizować), ale licząc, że w piątek wieczorem... wrócę do siebie. Do ludzi. Że coś na mnie czeka, że nie będę musiała już wymyślać, organizować.
Nie czekało. Weekend się zaczął, wróciłam z pracy do domu i... dopadł mnie marazm; żadnej radości wieczoru w pojedynkę (bo i ta mi się zdarza), żadnej ekscytacji na np. nocny maraton ulubionych filmów. Tylko... smutek jakiś denerwujący.

Obudziłam się w podobnym nastroju, niewyspana zresztą, ale postanowiłam nie dać się tej tendencji wycisnąć do cna. Zamiast tego - wyjść do ludzi, wyjść z mieszkania, bo choć bardzo je lubię, to bywa ono odbiciem mojej głowy - kiedy jestem uskrzydlona, wygląda przytulnie i uśmiecha się kolorami poduszek, a kiedy coś mnie dręczy, każda ściana natrętnym szeptem przypomina mi o troskach... Spotkałam się więc z Magdą (również - słomianą wdową), zjadłyśmy leniwe letnie śniadanie i... wydostałam się na zewnątrz. Potem w księgarni znalazłyśmy nowego Miłoszewskiego (słyszałam o premierze planowanej na 26 czerwca, więc to odkrycie bardzo mnie ucieszyło), postanowiłyśmy wieczorem pójść do kina (na nową Coppolę), a w nocy - wdrapać się na wieżę toruńskiego ratusza, bo dziś jest to możliwe. I świat na nowo się otworzył.

Toruń w telefonie, dziś tuż po 12.
Mój plan na popołudnie.
Tymczasem mój brat drugi tydzień spędza w Brazylii (patrz punkt: Magda - słomiana wdowa), gdzie wczoraj był jeden z najkrótszych dni roku. Skoro więc u nas trwają najdłuższe, ale miną, to i największe zniżki nastroju przejdą, prawda? Radosnego weekendu, Kieszeniarze.

sobota, 25 maja 2013

Czy Alicja jest sympatyczna?

W ramach szlifowania wiedzy/ poszukiwania inspiracji wybrałam się w piątek ze swoim zespołem na PLASTER - festiwal plakatu i typografii, organizowany po raz czwarty w toruńskim CSW. Oprócz wystaw (międzynarodowa ekspozycja, współczesny plakat włoski i retrospektywa Tomasza Bogusławskiego – ta ostatnia moim zdaniem świetna), udało nam się zobaczyć dwa wystąpienia twórczych duetów.
Pierwszym z nich była Galeria Rusz - tandem znany w Toruniu z nietypowych akcji billboardowych. Galeria prezentuje swoje prace m.in. przy mojej ulicy, więc śledzę jej kolejne pomysły na bieżąco. I choć doceniam niereklamowe traktowanie billboardu, to rzadko który pomysł Galerii Rusz mnie przekonuje. Większość obrazów wydaje mi się mało błyskotliwa, niezbyt odkrywcza - choć z założenia konceptualna i, jak deklarują artyści, mająca skłaniać do refleksji, poruszać, przełamywać oczywistości. Moim zdaniem nie przełamuje.

Dzisiejsze spotkanie nie zmieniło mojego nastawienia. Spośród zaprezentowanych prac kilka wywołało mój entuzjazm, ale większość przyjęłam obojętnie. Gdy jedno z haseł ujęło mnie grą słów
, chwilę później okazało się, że jego autorem jest... S. J. Lec ;-) Same wypowiedzi artystów też nie wniosły wiele nowego - były dość chaotyczne, rozciągnięte, skupione głównie na wątku mglistych kontrowersji wywołanych przez prace. Rozmawialiśmy zresztą po wyjściu z CSW, że te szumne "kontrowersje" wydają się największym powodem do dumy twórców.
Poniżej przykład billboardu, który mnie przekonuje


niedziela, 14 kwietnia 2013

Trasa bulwarowa

R. bardzo dużo wyjeżdża, a ja – choć jestem istotą społeczną – grono bliskich przyjaciół mam wąskie. Dlatego wiele czasu spędzam sama, zwłaszcza w weekendy.
Do moich ulubionych form spędzania takich single Saturdays należy wylegiwanie się na nadwiślańskim bulwarze. Wspominałam Wam już o tym przy okazji Wody lub kobiecych powieści z ptaszkiem; w sobotę wstaję więc z trzynastym promieniem słońca (a z pierwszym skokiem Figi „na klopsa”), pakuję do torebki książkę, notes i długopis, czasem też aparat i... ruszam pieszo w stronę miasta!
Na zdjęciu jesień 2012. Chleb kupiłam dla siebie,
ale uległam perswazji nowych znajomych - patrz: zdjęcia niżej...
Gdy jestem już na starówce, mijam ruiny zamkowe i na horyzoncie widzę już linię rzeki, ekscytuję się jak w czasie wyjazdów nad morze (wiecie, ostatnie kroki do plaży pokonuje się zawsze najszybciej). Podbiegam więc i pilnuję, by nie rozlać kawy, którą kupiłam chwilę wcześniej (zwykle w Kona Coast, sympatycznej knajpce z wegetariańskim panini, albo Central Perk, kawiarni w duchu serialu Przyjaciele – oba miejsca polecam). 

W tym momencie, radośnie przebierając myślami na widok Wisły i błękitnego nieba, zawsze (_zawsze_, już nieświadomie, bez zastanowienia), zaczynam nucić refren starej piosenki Yugoton:
Późną nocą na bulwarze
na falochronie siedzę sam,
trochę wspominam, trochę marzę,
całą noc dla siebie mam.
(z tą różnicą, że ostatni wers śpiewam jako: Cały dzień dla siebie mam, w odruchu dopasowania tekstu do realiów; pewnie to jakieś natręctwo, choć np. fakt, że nie siedzę na falochronie zupełnie mi nie przeszkadza). 

Potem już sama rozkosz: czytam, popijam kawę, zamykam oczy i grzeję twarz w słońcu, przerywam, żeby zapisać jakiś pomysł, znowu czytam, gapię się na wodę, piszę o tym, że gapię się na wodę, liczę gołębie, znowu czytam... W tle wiatr w przedziwny sposób to tłumi, to wydobywa różne dźwięki – fragment rozmowy rowerzystów, odgłos samochodu jadącego za plecami, śmiech dziecka oddalonego o sto metrów... Przyjemny, wyciszony szmer miasta.

Poniżej kadry z różnych bulwarowych spacerów o różnych porach roku. Cieszcie się wiosną, Kieszeniarze!
Inwazja pożeraczy chleba. A spod torby wystaje program festiwalu filmowego TOFIFEST – pamiętam, że tego dnia kupiłam bilety na cudowną Shirley.
Twórcy murali przyłapani na gorącym uczynku – jesień 2012. W tle majaczy toruńska starówka – tak to właśnie wygląda z bulwaru.
Nie mogło go zabraknąć – jedyny, niepowtarzalny, od dekad będący bohaterem dyskusji, gdzie ma powstać jego następca (teraz, odpukać, następca już rośnie). Tu w weekendowym anturażu – bez korków!
Pamiętam, że to zdjęcie wysłałam z pozdrowieniami Marynie. Wyjątkowo siedzę na ławce – może dlatego, że chwilę wcześniej byłam na rozmowie w sprawie prowadzenia zajęć z copywritingu na UMK – pewnie chciałam wytrwać chwilę dłużej w tej cywilizowanej postaci. Maj 2012.
A tu znów ostatnia jesień, panel książkowy (właśnie sobie przypomniałam, że Masłowskiej też jeszcze nie doczytałam). I uściślenie dla R.: kochanie, tytuł książki to nie jest wyznanie do Ciebie!
Z cyklu Fauna Torunia: żaba na bulwarowym murze, a w tle zacny Toruń turystyczny.
A to z drogi powrotnej z wczorajszego spaceru. Takie promocje mamy w Toruniu, panie!

niedziela, 7 kwietnia 2013

Dwie miłości, jedna nie

Miłość, reż. S. Fabicki
Wybrałam się na nią w tygodniu, sama, dla złapania oddechu od codzienności. Podziałała (choć nie bez znaczenia był pewnie sam rozkoszny fakt siedzenia w sali kinowej, gdzie oprócz mnie były tylko dwie osoby). 
Dobry, dający do myślenia film, z kategorii tych, które na przemian poruszają i irytują postępowaniem bohaterów ("Kto by się tak zachował?!"). Wprawdzie początkowo żachnęłam się na aktorów (Kijowska, Dorociński, Kulesza, Dziędziel... powtórka ze Smarzowskiego!), ale potem uległam im całkowicie – zwłaszcza parze pierwszoplanowej.
O czym opowiada Miłość? Młode małżeństwo (Julia Kijowska i Marcin Dorociński) zderza się z niespodziewanym dramatem – obserwujemy, jak desperacko walczą, żeby nie wpłynął na ich życie. Próba jest z góry skazana na porażkę, ale czy relacja między dwojgiem bohaterów również? Na pewno Fabickiemu udało się wiarygodnie odmalować niuanse związku pomiędzy małżonkami. Warto obejrzeć, choć nie bezkrytycznie.

Miłość, reż. M. Haneke
Film obejrzany z zaskoczenia, w roześmianym gronie, które spodziewało się zobaczyć Fabickiego (do dziś nieznane są przyczyny nieporozumienia!). 


niedziela, 3 marca 2013

Woda

Kieszenie wczoraj otworzyły sezon bulwarowy – zaliczyły pierwszy w tym roku kwadrans siedzenia na betonowych schodach nad Wisłą. Pospacerowały wokół, pomrużyły oczy do słońca, wypisały nawet jedną dedykację. Polecam wszystkim taką aktywność – trasa bulwarowa jest znacznie lepsza niż prasa bulwarowa!

Po raz kolejny też Kieszenie przekonały się, że nieruchoma woda działa kojąco na myśli...


P.S. Tekst miał być dłuższy, ale nie wypada lać wody o wodzie. Radosnej niedzieli!

wtorek, 8 stycznia 2013

Smartphotos 3

Była już kiedyś porcja smartphotos, potem druga – a dziś, gdy po paru miesiącach przypomniałam sobie skomplikowany zabieg zgrywania zdjęć z telefonu na komputer, serwuję trzecią.
Na kawie z pewnym Tomaszkiem. Atmosfera Cafe w Toruniu.
  Kto wyżarł chleb? On!
 Wzywają mnie te Czechy jak nic.
 Reklama sklepu przy ul. Piekary w Toruniu.
Piękne się z Gdańska. 
Mariusz, czy to łosza? Pyta Sopot.
 Przeszwendana moja młodość.
  Sala, w której prowadzę zajęcia z copywritingu; pierwszy dzień. Nie żebym się wtedy emocjonowała i zbiegała pięć razy z góry na dół.
 Kociokwik w Toruniu.
 Jeden z ulubionych pubów Kieszeni.
 Odry; w trakcie pogańskich praktyk z kolegami z pracy.


wtorek, 30 października 2012

Co w Toruniu? A dzieje się...

Zdjęcie z niedzieli – Plac Teatralny.

poniedziałek, 22 października 2012

Paryż, Manhattan, Toruń, a nawet Londyn

Niedzielne popołudnia bywają zwodnicze. Niby wszystko fajnie, niby są jeszcze częścią weekendu, niby zapowiadają się na wielogodzinne, beztroskie i leniwe, a często przepoczwarzają się niepostrzeżenie w przedsmak poniedziałku. Wtedy szlag trafia relaks i niebieskie migdały, umysł zostaje zdyscyplinowany i skierowany na prozaiczne sprawy typu: jaką jutro założyć kurtkę, czy mamy chleb na kanapki, co czeka nas w firmie.

Aby więc jak najdłużej zatrzymać doświadczenie weekendu i do ostatniej chwili wytrwać w stanie "z dala od rutyny, za to jak najbliżej własnych myśli", postanowiliśmy z R. spędzić cały wieczór w mieście. Dopiero co zaczął się toruński festiwal Tofifest, ale nic w jego programie nas nie urzekło - mieliśmy ochotę na kino lekkie i niezobowiązujące. Wybór padł na Paryż - Manhattan Sophie Lellouche. Bohaterką filmu jest trzydziestoparoletnia farmaceutka zafascynowana... Zresztą, zobaczcie sami, kim.
Czy muszę coś dodawać w temacie wyboru seansu? ;) Film okazał się przyjemny, bez fajerwerków dowcipu, ale i bez bolesnej trywialności amerykańskich czy polskich komedii romantycznych. Dużo dobrej muzyki (Cole Porter i inne allenowskie szlagiery), dużo uroczych zdjęć (nie tylko miasta, ale i pięknych wnętrz), no i dla mnie szczególnie cenna - przyjemność śledzenia cytatów i nawiązań do Hanny i jej sióstr czy Manhattanu. Jeśli chodzi o francuskie kino, to stanowczo lepszy wybór niż Niewierni - film, który widzieliśmy tydzień temu; przydługi, wymęczony, chaotyczny, desperacko próbujący skorzystać z popularności Kac Vegas i tylko z rzadka zabawny. A seans Paryża był tym przyjemniejszy, że odbywał się w najmniejszej sali kina, zaludnionej sześcioma osobami - przepadam za taką kameralnością.

Oprócz kina udało nam się uszczknąć trochę nocnego spaceru. Oglądanie toruńskiej starówki w tej wzorcowo londyńskiej mgle, brodzenie w mleku po kostki, wypatrywanie pojedynczych przebłysków wypolerowanego bruku - bezcenne. I pomnik Kopernika, tak już opatrzony i wyświechtany, tak przewidywalny w każdym ujęciu, dziś prezentował się jak postać z allenowskich Cieni we mgle.

Wspaniale jest spojrzeć na oswojony Toruń inaczej. Wspaniale jest przeżyć inaczej oswojoną niedzielę. Dobrej nocy.


* Do opinii o filmie muszę coś dodać, dla szerszego spektrum opinii – moja mama, która widziała Paryż-Manhattan wczoraj, stwierdziła: "Taaa. A ja nakręcę film o swojej bliskiej relacji z Charie Chaplinem. Powieszę sobie jego plakat i będę z nim gadać" ;-)

środa, 29 sierpnia 2012

Lubię w Toruniu*: festiwal Lulu

* Ponieważ chętnie dzielę się z Wami na łamach Kieszeni wrażeniami z rozmaitych podróży, postanowiłam od czasu do czasu napisać również o Toruniu. O miejscach, osobach i wydarzeniach, które ujmują mnie w tym mieście – a które być może i Wam przypadną do gustu.
– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –
Miniony tydzień był dla R. i dla mnie bardzo pracowity (co zresztą widać po częstotliwości wpisów w Kieszeniach). Dlatego z tym większą radością... zarwaliśmy dwie noce, biorąc udział w koncertach Festiwalu Lulu ;-)
Czym jest Lulu? To niewielka impreza muzyczna organizowana w Toruniu przez Mariusza Lubomskiego – przy okazji większego przedsięwzięcia, festiwalu światła Skyway. Tegoroczna, druga edycja objęła trzy koncerty, z których w dwóch mieliśmy przyjemność uczestniczyć.
Koncert pierwszy: Bogdan Hołownia i Katarzyna Groniec
Łagodne wprowadzenie w postaci kompozycji Jerzego Wasowskiego w wykonaniu Bogdana Hołowni i... absolutnie porywający koncert Katarzyny Groniec. Przy okazji uwaga: jeśli nie znacie tej artystki zbyt dobrze albo lubicie słuchać tylko od czasu do czasu, koniecznie wybierzcie się na jej koncert. Na scenie Groniec jest wcielonym żywiołem; ujawnia nie tylko znakomite możliwości wokalne, ale i talent aktorski, kabaretowy (!), niesamowity wdzięk, autoironię i elastyczność nóg. Magnetyzują również jej muzycy (brawa szczególnie dla klawiszowca). I choć pewna nadgorliwie nietrzeźwa pani z publiczności trochę przeszkadzała w występie, wykrzykując czerstwe dowcipy pod adresem artystki, impreza była kapitalna.
Finał koncertu okazał się wprost stworzony dla mnie – Groniec zaśpiewała Przyznaję się do winy Ciechowskiego (co z uwagi na fakt, że zaczęła od swojej piosenki Niewinna, stanowiło zgrabną kropkę nad i). A Lizard King po raz kolejny dowiódł, że jest jedną z najlepszych przestrzeni koncertowych w Toruniu. Polecam.
 Źródło: Wirtualny Toruń
Koncert drugi: Mariusz Lubomski i Renata Przemyk
Lubomski, z właściwym sobie wdziękiem i ekstrawagancją, wprowadził zgromadzonych w żartobliwie-nostalgiczny nastrój. Zaśpiewał kilkanaście coverów, m.in. Ciągle pada, Wspomnienie (Mimozami), Zielono mi czy Dzikie wino. (Zresztą, podczas tego ostatniego usłyszałam, jak chłopak przy sąsiednim stoliku mówi: Łee, za stary jest na tą piosenkę. Wierzcie mi, nie jest).
W repertuarze znalazło się również Jesteśmy na wczasach, dające okazję, by zobaczyć Lubomskiego w bodaj najbardziej zamaszystej choreografii w historii – z grzechotkami w rękach. Szalenie przypadła mi do gustu również aranżacja Babę zesłał Bóg – po którym, przyznam, Kiedy byłem małym chłopcem w wykonaniu Lubomskiego nie wypadło już tak przekonująco ;-) Ogólnie – duża przyjemność, mogłabym takich koncertów słuchać co tydzień.
Drugą część stanowił występ Przemyk – uroczo zaabsorbowanej zmianą butów i ozdób na włosach, wyciąganych z tajemniczej walizki. Na początku koncertu artystka powiedziała: „Toruń zawsze kojarzył mi się z Kopernikiem, Ciechowskim i Lubomskim” – czym natychmiast zaskarbiła sobie moją sympatię, bo w mojej głowie funkcjonuje podobny ciąg skojarzeń. (No, ewentualnie z Kopernika mogłabym zrezygnować.) Potem nastąpiła już seria znakomitych, nastrojowych wykonań, urozmaicanych dźwiękami dzwonków i bębenków. Barrrdzo energetycznie.
Przy tym stoliku siedzieliśmy z Magdą i R.
Czek
to pseudonim artystyczny R.
Nie pytajcie, dlaczego – wie to tylko barman.

Bilet na jeden koncert kosztował w przedsprzedaży 20 zł. To zdecydowanie moje najlepiej wydane 20 zł w tym sezonie. Nie przegapcie Lulu za rok – świetna, kameralna impreza. 
Na zakończenie ciekawostka – czy wiecie, co (oprócz Lulu) łączy Przemyk i Lubomskiego? Postać Sławomira Wolskiego, tekściarza, który napisał m.in. Babę zesłał Bóg i Spacerologię.

poniedziałek, 7 maja 2012

Czarny bez i fioletowe piwa

Kilka wrażeń z pierwszego majowego weekendu w Toruniu (uwaga, pisząc weekend, mam na myśli klasyczny weekend, czyli sobotę i niedzielę z kawałkiem piątku po pracy). Upłynął przyjemnie, rozpoczynając się od śliwkowych piw w lokalu Krajina Piva (polecam wszystkim miłośnikom porterów, pilznerów i innych koźlaków) oraz grą w karteczki na czole (z tego miejsca pozdrawia Was Lucky Luke!).

A w ciągu kolejnych dni, skoro dopiero co widzieliśmy Gdańsk, zaserwowaliśmy sobie widok na Toruń z góry. Konkretnie – z wieży ratuszowej:
Na pierwszym planie Dwór Artusa, na dalszym – most przez Wisłę, jedyny jak dotąd most drogowy w Toruniu, co od lat (a właściwie od dziesięcioleci) jest podłożem groteskowych przepychanek władz miasta. Pamiętam, że kiedy pojechałam do Wrocławia, byłam oszołomiona m.in. dogodną liczbą mostów. A widoki dedykuję Pawłowi, który z przyczyn niezależnych spędził na wieży tylko chwilę. 

Następnie – krótki pobyt nad jeziorem w Osieku pod Toruniem. Krótki, bo oprócz błękitnego nieba towarzyszył nam intensywny zapach obornika. Co zresztą zostało kwieciście skomentowane przez nastolatkę na plaży – cytuję (i przepraszam): O kurwa, ale kurwi! Czy pomyślelibyście, że do zbudowania zdania wystarczą tylko o i a?
W drodze powrotnej odkrycie, że pod Toruniem, w miejscowości Grabowiec, znajduje się taka ulica!
A na zakończenie – winny mojemu nieustannemu zaciąganiu się w czasie spacerów – bez! Znóóów przyszedł w maj, a w maju...
Przy okazji przypomniała mi się historia z czasów z liceum. Ktoś w szkole opowiadał kiepski dowcip: Jak się nazywa wykastrowany Murzyn? Czarny bez! Jeden z kolegów podchwycił kawał, chcąc najwyraźniej zabłysnąć w towarzystwie, i opowiadał go później w formie:
– Jak się nazywa wykastrowany Murzyn? Czarna porzeczka!
I z tym porzeczkowym akcentem zostawiam Was na nowy tydzień.

piątek, 27 kwietnia 2012

Park Bydgoski w kółkach

Park Bydgoski to jedno z sympatycznych miejsc Torunia – choć sympatycznych głównie za dnia. Którejś niedzieli, spacerując sobie (nomen omen, w kółko) po parku, zaczęłam zauważać wokół kuliste kształty... Od zauważania przeszłam do wyszukiwania – i proszę bardzo, powstała relacja ze spaceru narysowana cyrklem (prawie). Zamiast okrągłych słówek – kadry bez kantów! Ciekawe, czy toruńscy czytelnicy Kieszeni rozpoznają tu  zaprzyjaźnioną latarnię lub znak drogowy ;-)

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Co łączy mężczyzn, kawę i czekoladę?

Zanim poznamy odpowiedź, inne pytanie: co zrobić, by oswoić sobotę pracującą? Oczywiście – rozpocząć ją i zakończyć pozytywnym akcentem.
Najpierw – drugie śniadanie z TomaSzkiem, kolegą z liceum. A w trakcie – odkrycia, że Wisła jest zawsze od strony ściany (!), że biedronki marcują w kwietniu oraz że niektórzy autorzy anonimowych donosów proszą o... zachowanie anonimowości. Podczas spaceru również przypadkowa rozmowa z kobietą, która hoduje smoka (a konkretnie – mieszka nad ceramiczną figurą przy ul. Przedzamcze w Toruniu). Dzięki niej zapamiętałam nazwisko autora mieszczan z Podmurnej, o których Wam kiedyś wspominałam (Przewięźlikowski). Podobno gdy gościł na wystawie lub targach we Francji, po bezskutecznych próbach wyartykułowania jego nazwiska, zaanonsowano go po prostu jako „artystę z Polski”. Prawie jak Brzęczyszczykiewicz.
 
Tabliczka z kawiarni Atmosfera w Toruniu (stamtąd też – wystawowe filiżanki),
gdzie piliśmy z Tomkiem pyszną gorącą czekoladę z espresso (polecam!)
Collegium Maius, czyli mój drogi wydział. Kto studiował, rozpozna magnolie!

Pozdrawiam więc Tomka, życząc mu szybkiego znalezienia mieszkania (niekoniecznie z 3,5-metrowym stołem!).
A wieczorem – wyjście do kina z Magdą na Lęk wysokości Bartka Konopki. Film średni, ze wskazaniem na dobry. Temat relacji mężczyzny (Marcin Dorociński) z podejrzewanym o chorobę psychiczną ojcem (Krzysztof Stroiński) bez wątpienia ma potencjał i chwilami był przedstawiony przejmująco, ale skłamałabym mówiąc, że Lęk zaangażował moje emocje (bądź rozum) bez reszty. Miejscami fabuła wydawała mi się chaotyczna, innym razem – nużąca. Co nie zmienia faktu, że parę scen zapadnie mi w pamięć.

Bez wątpienia brawa należą się za aktorstwo – Stroiński był kapitalny (niektóre zbliżenia na jego twarz chwytały mnie za gardło, znacznie skuteczniej, niż sama akcja), Dorociński dotrzymywał mu kroku, ba! – nawet Anna Dymna, która wystąpiła tu w epizodycznej roli, wydawała się znakomita, idealnie skomponowana z różnych środków aktorskich do postaci, w którą się wcieliła. Natomiast o reżyserze, Bartku Konopce, mogliście słyszeć przy okazji Królika po berlińsku, ciekawego dokumentu (o którym kiedyś, zdaje się, wspominałam w kontekście festiwalu w Kazimierzu).
Tyle o filmie, ale samo spotkanie z Magdą, a zwłaszcza rozmowę w drodze do kina, wspominam bardzo ciepło!

Cieszę się z tych przyjemności, bo miniony tydzień dostarczył mi fali uderzeniowej stresu w pracy, którą – jak zwykle – odchorowałam. (Tradycyjne autoterapeutyczne hasło – Nie przejmuj się tak bardzo! – tradycyjnie nie podziałało ;-) Za to w dziedzinie wyzwań zawodowych, szykuje się współpraca z Ł., zapoczątkowana sympatyczną kawą w równie sympatycznym (choć bardzo zimnym) miejscu. Najwyraźniej ten tydzień sprzyjał spotkaniom po latach. Do usłyszenia!

Suplement z 25 kwietnia: Znalazłam dziś pamiątkowe zdjęcie z Królika po berlińsku z festiwalu Dwa Brzegi 2009. Jeśli ktoś nie widział jeszcze tego dokumentu, polecam – bardzo oryginalne ujęcie upadku Muru Berlińskiego. Jeśli ktoś nie był jeszcze na Dwóch Brzegach, polecam – bardzo oryginalne ujęcie wszystkiego ;-)