Pokazywanie postów oznaczonych etykietą allen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą allen. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 września 2014

A Allen siedzi i zawija je w te sreberka

Istnieje parę rzeczy pewnych we wszechświecie. Pewne jest to, że po lecie nadejdzie polska zima, że Ziemia krąży wokół słońca (potwierdzone przez lokatorów mojego bloku), że Figa rzuci się łakomie na drugą każdą miskę karmy oraz że u progu jesieni w Kieszeniach pojawi się recenzja nowego filmu Allena. Magię w blasku księżyca (wyjątkowo wierne tłumaczenie niezbyt wyrafinowanego tytułu - Magic in a Moonlight) obejrzałam wczoraj. Po wykładzie o seksualności w buddyźmie, spacerze po dachu toruńskiego CSW (przepadam za tym dachem), a przed świetnym wieczorem z Olą; słowem - film wpisał się zgrabnie w pasmo sobotnich przyjemności.

I to mogłoby wystarczyć za jego recenzję. Bo Magia to opowieść, którą śledzi się z uśmiechem, ale zapomina po około siedemnastu minutach (zupełnie inaczej, niż na przykład melancholijną i przejmującą Blue Jasmine). Bohater najnowszego filmu, Stanley (Colin Firth), utalentowany acz pyszałkowaty prestidigitator, na prośbę kolegi po fachu przybywa do rezydencji państwa Catledge, gdzie ma zdemaskować Sophie (Emma Stone), podającą się za medium. Niemiłosiernie racjonalny i sarkastyczny mężczyzna nie pozostaje obojętny na urok niebieskookiej mistyczki (a ja wraz z nim, bo Emma Stone to czarujące dziewczę, zwłaszcza w kapeluszu ozdobionym kwiatami).


poniedziałek, 9 września 2013

Blue Blanchett

Nie mogłam nie napisać o tym filmie. Ale celowo nie spieszyłam się z formułowaniem opinii, nie notowałam świeżych wrażeń na skrawku papieru (jak mi się zdarza po udanych seansach), nie bawiłam się wyszukiwaniem w Blue Jasmine ulubionych wątków z twórczości Allena. Zamiast tego pozwoliłam nostalgicznej Cate Blanchett zapaść się miękko w moją pamięć, przejść za mgłę innych wrażeń, skąd jednak - jak się okazało - nie przestała mnie przejmować.
Cate Blanchett - bez wątpienia to jej kreacja decyduje o specyficznej atmosferze filmu. Jej szorstko rozpaczliwe spojrzenia, jej nonszalancja podszyta desperacją, jej przywiązanie do wysokich standardów życia, a jednocześnie tęsknota za prostą, niewymuszoną bliskością. Aktorka wciela się w szykowną Jasmine (a właściwie Janette, bo tak brzmi imię, porzucone przez bohaterkę na rzecz wykwintnej Jaśminy), która wskutek malwersacji finansowych męża straciła cały dobytek. W akcie bezradności przyjeżdża do San Francisco, gdzie przez kilka miesięcy dzieli mieszkanie z siostrą. Skromna kawalerka w robotniczej dzielnicy, hałaśliwe dzieci i dalekie od wyrafinowanego stylu Jasmine gusta Ginger wywołują regularne spięcia między kobietami. Jasmine nie traci jednak nadziei i niezmordowanie zakłada swoje garsonki w eleganckich beżach, wypatruje bankietów, na których mogłaby poznać kogoś odpowiedniego i uparcie udowadnia siostrze, że i ta powinna żądać od życia więcej.

Najsilniejsze wspomnienie z Blue Jasmine to właśnie spojrzenie Blanchett, w którym ironia i pogarda krzyżują się z... przepastnym obszarem złudzeń. Równie silnie, jak dopiec siostrze z powodu obcesowego narzeczonego, Jasmine potrafi zapomnieć się w dążeniu za kolejną wizją nowego życia.
Ci, którzy przeczytali tekst do tego momentu, wiedzą już, jak absurdalny jest zabieg dystrybutora, który Blue Jasmine reklamuje jako komedię. To nie jest komedia, moi drodzy, to film obyczajowy, mocno zaprawiony smutkiem; choć owszem, niepozbawiony błyskotliwych dialogów czy zabawnych scen. Obejrzyjcie, zwłaszcza w ramach rzymskich wakacji od poprzedniego Allena. Może właśnie w taki dzień, jak dziś, gdy po mieście jeżdżą autobusy zapłakane deszczem, a w powietrzu unosi się rytm do łezki łezka, aż będę niebieska w smutnym kolorze blue (jasmine).

środa, 31 października 2012

Mnie się wszystko kojarzy z...

Z kim, no z kim Kieszenie mogą świętować Halloween? Zdjęcie znalezione tutaj.


poniedziałek, 22 października 2012

Paryż, Manhattan, Toruń, a nawet Londyn

Niedzielne popołudnia bywają zwodnicze. Niby wszystko fajnie, niby są jeszcze częścią weekendu, niby zapowiadają się na wielogodzinne, beztroskie i leniwe, a często przepoczwarzają się niepostrzeżenie w przedsmak poniedziałku. Wtedy szlag trafia relaks i niebieskie migdały, umysł zostaje zdyscyplinowany i skierowany na prozaiczne sprawy typu: jaką jutro założyć kurtkę, czy mamy chleb na kanapki, co czeka nas w firmie.

Aby więc jak najdłużej zatrzymać doświadczenie weekendu i do ostatniej chwili wytrwać w stanie "z dala od rutyny, za to jak najbliżej własnych myśli", postanowiliśmy z R. spędzić cały wieczór w mieście. Dopiero co zaczął się toruński festiwal Tofifest, ale nic w jego programie nas nie urzekło - mieliśmy ochotę na kino lekkie i niezobowiązujące. Wybór padł na Paryż - Manhattan Sophie Lellouche. Bohaterką filmu jest trzydziestoparoletnia farmaceutka zafascynowana... Zresztą, zobaczcie sami, kim.
Czy muszę coś dodawać w temacie wyboru seansu? ;) Film okazał się przyjemny, bez fajerwerków dowcipu, ale i bez bolesnej trywialności amerykańskich czy polskich komedii romantycznych. Dużo dobrej muzyki (Cole Porter i inne allenowskie szlagiery), dużo uroczych zdjęć (nie tylko miasta, ale i pięknych wnętrz), no i dla mnie szczególnie cenna - przyjemność śledzenia cytatów i nawiązań do Hanny i jej sióstr czy Manhattanu. Jeśli chodzi o francuskie kino, to stanowczo lepszy wybór niż Niewierni - film, który widzieliśmy tydzień temu; przydługi, wymęczony, chaotyczny, desperacko próbujący skorzystać z popularności Kac Vegas i tylko z rzadka zabawny. A seans Paryża był tym przyjemniejszy, że odbywał się w najmniejszej sali kina, zaludnionej sześcioma osobami - przepadam za taką kameralnością.

Oprócz kina udało nam się uszczknąć trochę nocnego spaceru. Oglądanie toruńskiej starówki w tej wzorcowo londyńskiej mgle, brodzenie w mleku po kostki, wypatrywanie pojedynczych przebłysków wypolerowanego bruku - bezcenne. I pomnik Kopernika, tak już opatrzony i wyświechtany, tak przewidywalny w każdym ujęciu, dziś prezentował się jak postać z allenowskich Cieni we mgle.

Wspaniale jest spojrzeć na oswojony Toruń inaczej. Wspaniale jest przeżyć inaczej oswojoną niedzielę. Dobrej nocy.


* Do opinii o filmie muszę coś dodać, dla szerszego spektrum opinii – moja mama, która widziała Paryż-Manhattan wczoraj, stwierdziła: "Taaa. A ja nakręcę film o swojej bliskiej relacji z Charie Chaplinem. Powieszę sobie jego plakat i będę z nim gadać" ;-)

środa, 5 września 2012

Nie zakochasz się

Nadszedł ten moment. Po raz pierwszy w życiu napiszę: nie podobał mi się nowy film Woody'ego Allena.
I to nie tak, że nagle postanowiłam zacząć porównywać najnowsze filmy Allena z tymi ze szczytu jego formy (to byłoby zbyt proste – dziś wystarczyłoby napisać: gdzie Rzym, gdzie Krym ;-), zasadniczo nie przepadam za recenzjami w tonie to se ne vrati. Kłopot w tym, że w Zakochanych w Rzymie zabrakło mi nawet tej, doświadczanej przy okazji seansów z paru ostatnich lat, niewyszukanej rozrywki. Za Allenem przepadam, na kolejny jego film – jeśli powstanie – pójdę bez dwóch zdań, ale dziś po prostu się nudziłam.
Podobały mi się właściwie dwie rzeczy: wątek Roberto Benigniego ("Noszę bokserki! Białe, luźne!") oraz ostatnia scena w operze. Urocza. Poza tym jednak ani Ellen Page, którą oglądam łapczywie od czasu Juno, ani charyzmatyczna Penelope Cruz, ani Jesse Eisenberg, ani Alec Baldwin (wszyscy w gruncie rzeczy dobrzy, tylko miałko napisani) nie zdołali rozniecić moich emocji. OK, para grana przez Allena i Judy Davies wywoływała mój uśmiech, dialogi o domu pogrzebowym również. Jednak stanowczo miałabym ochotę na więcej!

Co więcej, nie zakochałam się w Rzymie. Tu prozaicznie nawaliła robota operatorska – wieczne miasto z pewnością dałoby się sfotografować bardziej efektownie. Dodam dla ścisłości
– Zakochani w Rzymie to nie jest najgorszy film świata (ba! nawet w tym tygodniu widziałam gorsze), ale jeśli planujecie zorganizować sobie maraton z Allenem, Rzym możecie ominąć. Lepiej zobaczyć Paryż.

poniedziałek, 12 marca 2012

Kryminalne zagadki Torunia

Za mną kolejna konferencja – tym razem dotycząca kryminału. Przedstawiciele różnych dziedzin – literaturoznawstwa, filmoznawstwa, socjologii, antropologii... (wspominałam już kiedyś, że najbardziej lubię konferencje interdyscyplinarne) spotkali się, by porozmawiać o powieściach, filmach i serialach, które  przez jednych są uwielbiane (czasem masowo, windując książki na szczyty list bestsellerów), przez innych – traktowane protekcjonalnie (przykładem komentarz: „A mnie dziwi, że w ogóle czytasz takie rzeczy" spod recenzji Ziarna prawdy Miłoszewskiego).

O przewrotnej sytuacji kryminałów, które to budzą niechęć, to – jak sagi szwedzkich autorów – bywają obiektem snobizmów, mówił Mariusz Czubaj, gość konferencji: "Kiedyś ludzie czytali kryminały, ale się do tego nie przyznawali. Dziś przyznają się, nawet jeśli nie czytają" :-)

Inne ciekawostki z konferencji: pogląd Milana Kundery, że James Bond to epicki dziwkarz, przykłady wykorzystania postaci Sherlocka Holmesa do walki z nazistami (gdzie Moriarty to podły kolaborant), omówienie Dextera jako serialu neonoir, Władimir Wysocki jako bohater radzieckiego serialu kryminalnego (!) czy szerlokowskie ciekawostki z Dra House'a (choćby fakt, że arogancki lekarz mieszka przy Baker Street).

Ja – tu Was zaskoczę! – mówiłam o Woodym Allenie :-) Z jednej strony o jego filmach z wątkiem morderstwa, które staje się punktem wyjścia do rozważań etycznych (Zbrodnie i wykroczenia, Wszystko gra, Sen Kasandry), z drugiej – o kryminałach w ujęciu czysto komediowym, jak choćby opowiadania detektywistyczne Zmierzyć się z inspektorem Fordem (polecam! znajdziecie je w tomie Obrona szaleństwa). Żałuję, że nikt z referentów nie poruszył tematu Sherlocka – to w końcu taka kopalnia inspiracji! Cóż, może następnym razem ;-)

Z pozytywnych zaskoczeń: fakt, że w pakiecie materiałów konferencyjnych (gdzie zwyczajowo trafiają: teczka uczelni, długopis, notatnik itp.) znalazły się dwie powieści kryminalne! Ja dostałam takie:

Myślę, że to świetne dopełnienie tematu spotkania. W pierwszej kolejności przeczytam na pewno Hipnotyzera o przedziwnej okładce ;-)

A Wy, jak zapatrujecie się na kryminały? Uważacie, podobnie jak ja, że to świetny przykład literatury popularnej, sprawdzone źródło rozrywki? (Wspominałam kiedyś, że kryminałom wybaczam więcej niż innym czytadłom – np. powieściom romansowym.) A może fabuły detektywistyczne zupełnie Was nie interesują? Czy zauważacie wśród swoich znajomych kryminalne trendy – np. snobizm na Larssona? Odnosicie wrażenie, że „kryminał napisać może każdy", sądząc po popularności tego gatunku wśród byłych dziennikarzy, publicystów, a nawet aktorów? Czy zdarzyło Wam się, że powieść kryminalna zaintrygowała Was do poszukiwań pozaksiążkowych – jak mnie ostatnio Miłoszewski do wizyty w Sandomierzu? Podzielcie się swoją kryminalną przeszłością! ;-)

środa, 23 listopada 2011

La-di-da

Wyszperane w sieci plakaty do Annie Hall – jednego z najlepszych filmów świata. Oczywiście, obiektywnie ;-)
La-di-da po chińsku. Źródło.
Wariacje homarowe (bo przecież nie krabowe!) autorstwa Shawna Feeney.
Nie ukrywam, homar-Allen podoba mi się bardziej niż homar-Keaton.
Ten sam motyw w innym ujęciu. Obrazek stąd.
Piękno w prostocie – grafika z kabrio-garbusem stąd.
Wariacja z deseni – Craig Redman.
Krąg wspomnień – projekt Olly Moss.
Polski plakat wyszperany na zagranicznej stronie :-)

Zabawy cytatem – autor: Mike Onclay.
Proste skojarzenia – allenowski monokl ;-)
Mój faworyt – projekt na bazie pamiętnego filmowego kadru.
Prosty, a ujmujący. Obrazek stąd.

środa, 31 sierpnia 2011

Blondyn wieczorową porą ;-)

Zaczęło się dość zabawnie – siedzieliśmy w czwartym rzędzie, zadzierając głowy, by cokolwiek zobaczyć, i śmialiśmy się, że dyskusja po filmie będzie wyglądała tak: – Podobała ci się rola Carli Bruni? – A która to? – Ta w wysokich butach, albo – Owen Wilson wyglądał świetnie, te modne nogawki!

Ostatecznie jednak udało się zobaczyć film (tak, ten kasowy film). I nie ukrywam, seans był bardzo przyjemny.
 
 
 
O czym dowiadujemy się o północy w Paryżu? O tym, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, że niektórzy marzą o życiu w stolicy Francji zamiast – w prozaicznej Ameryce, inni idealizują lata 20. XX wieku, a jeszcze inni tęsknie spoglądają w stronę belle epoque lub... renesansu. (Nie wspominając już o tym, jak barbarzyńskie wizje chodzą po głowie Michałowi Aniołowi!). Czyli, jak często u Allena (wspominałam o tym dopiero co przy Brunecie) – u sąsiadów trawa zawsze jest zieleńsza; tymczasem prawdziwe źródło szczęścia bywa całkiem blisko.

Cała ta, oczywiście prosta, treść ujęta jest w autentycznie uroczą i zabawną formę. Główny bohater Gil (Owen Wilson) porusza się na przemian po współczesnym i dawnym Paryżu, to planując przyszłość z piękną acz pretensjonalną narzeczoną, to szalejąc na parkiecie w towarzystwie sław surrealizmu. Nie ukrywam, perypetie Gila w przeszłości są bardziej porywające – wśród nowych znajomych bohatera są m.in.: charyzmatyczna Gertruda Stein (Kathy Bates, j
ak zwykle niezawodna), nonszalancki Ernest „truly brave” Hemingway, ekscentryczny Salvador Dali (i jego nosorożce), nieśmiały Scott Fidgerald z postrzeloną Zeldą u boku... A w tle przygrywa na pianinie Cole Porter, a nogami wywija sama Josephine Baker!

Wyraziste portrety tych postaci, świetne aktorstwo (m.in. Adrien Brody jako Dali) i niebanalne pomysły na epizody z udziałem Gila i artystów lat 20. (bohater podsuwa np. Bunuelowi pomysł na film – Anioła zagłady – na co Bunuel reaguje sceptycznie; gdzie indziej Gil opowiada snobistycznym znajomym o muzie Picassa, którą poznał osobiście itp.) decydują o uroku tego filmu. O północy ogląda się naprawdę z dużą przyjemnością – tym bardziej, że zdjęcia Paryża są zachwycające.

Pewne motywy, rzecz jasna, dobrze znamy – od co najmniej paru filmów, oglądając premiery Allena, widzę i słyszę odblaski dawnych dialogów, dowcipów, typów postaci, relacji między nimi itp. Jednak jako allenowski inżynier Mamoń, wciąż śledzę je bez znużenia ;-)

Z pewnością O północy w Paryżu podobało mi się bardziej niż Poznasz przystojnego bruneta, o którym – istotnie – szybko zapomniałam. Nowy film będę wspominać z uśmiechem – tak, jak sądzę, realizował go sam Allen, bo Midnight wygląda trochę jak filmowa fantazja o baśniowym Paryżu.

Gorąco polecam – nie tylko fanom Allena. A na zakończenie piosenka Cole'a Portera Let's fall in love (tu w wykonaniu Elli Fidgerald). W Paryżu o północy – obowiązkowa!

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Najbardziej kasowy film Woody'ego Allena

Tak O północy w Paryżu reklamuje dystrybutor, Kino Świat. A ja się zastanawiam: czy dla kogoś, kto nie lubi Allena, fakt, że jego nowy film jest najbardziej kasowy z dotychczasowych, będzie zachętą do obejrzenia? Co ta kasowość nagle zmieni? Nie wspominając, że poza twórczością Allena filmów sto razy bardziej kasowych jest na pęczki :-)

A dla wielbicieli twórcy Annie Hall – czy informacja finansowa będzie miała w ogóle jakieś znaczenie?
I czy kasowość filmu Allena będzie kiedykolwiek zaletą na tyle dużą, że warto jako pierwszą eksponować ją w reklamie? :-) Uruchamiam wszystkie swoje reklamowe instynkty i nie rozumiem, do kogo skierowany jest ten komunikat.

Inna kwestia, że – jak słusznie zauważyła Maryna, która odwiedziła mnie w weekend (pozdrawiam serdecznie :-) – ostatnio każdy film Allena promowany jest jako najbardziej jakiś – w zeszłym roku bodaj najzabawniejszy.

 

Tymczasem – odchodząc od dystrybutorskich zabaw słownych – prezentuję oryginalny plakat filmu Midnight in Paris. Co o nim sądzicie? Mnie bardzo się podoba!
W Polsce, niestety, plakat zmieniono (wiadomo, pierwotnie za mało było zbliżeń na znane twarze z dziwnymi grymasami, a za dużo wdzięku ;-), ale spuśćmy na to zasłonę milczenia. Ja czekam na O północy w Paryżu z niecierpliwością – nie tylko dla reżysera, ale i ze względu na Marion Cotillard, za którą przepadam, oraz Owena Wilsona, którego darzę dużą sympatią od czasu The Royal Tenenbaums. Miłego tygodnia, moi drodzy!

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Żyć dalej w swoim mieszkaniu

Jedną z rzeczy, którą lubię w wywiadach z Woodym Allenem*, jest jego dystans do własnej twórczości – dobre samopoczucie, nieuzależnione nadmiernie od recenzji krytyków, i przekonanie, że w robieniu filmów najważniejszy jest nie wkład w historię światowej kinematografii, lecz – osobista przyjemność twórczego działania. I jasne, nie ma gwarancji, że to autentyczna postawa, a nie np. starannie wypracowane i stosowane przez lata zagranie PR-owe, ale wątek ten powraca w wielu wypowiedziach reżysera i często przemawia mi do wyobraźni.
Dlaczego? Bo bardzo podoba mi się stąpanie mocno po ziemi, mimo oczywistych ambicji – chętnie nauczyłabym się działania bez myślenia o rezultatach, pozbyła czasem niektórych aspiracji (zawodowych, twórczych, osobistych...). Ot, by cieszyć się tym, co robię _w trakcie_, dla samej przyjemności wykonywania jakiejś czynności – a nie z półświadomą myślą, co może mi to przynieść potem, gdy już osiągnę mistrzostwo świata w danej dziedzinie ;-) By nie myśleć, że koniecznie i bezapelacyjnie muszę być najlepszym Dyrektorem Kreatywnym świata**, najlepszą blogerką świata, najbardziej zaangażowaną Lobbystką, napisać najbardziej błyskotliwy artykuł na konferencję, najwyżej utrzymać nogę na jodze i w ogóle wszystko naj ;-)

Dodam dla ścisłości, nie sądzę, by moim problemem była chorobliwa ambicja. Po prostu, z racji tego, że zajmuję się wieloma sprawami, czasem mam wrażenie, że ląduję w krzyżowym ogniu różnych aspiracji. I dlatego chciałabym wszczepić sobie przekonanie, że nie wszystko, co robię, muszę robić najlepiej jak potrafię. Nie we wszystkim mogę – i w ogóle chcę!
(tak na chłodno, to potrafię to wyartykułować ;-) – być najlepsza. Zwyczajnie, nie ma takiej możliwości. Ani potrzeby.

Allen w niemal każdym wywiadzie, w którym pada pytanie o jego stosunek do publiczności, deklaruje, że owszem, cieszy go np. zamiłowanie tłumów do Annie Hall, satysfakcjonują wyniki finansowe Match point, ale trudno opierać na tym swoją samoocenę, skoro porażek – zarówno kasowych, jak i artystycznych – było tyle, co sukcesów. Nie łudzi się, jak twierdzi, że wprowadzi rewolucję w kinie – zwyczajnie poświęca czas temu, co sprawia mu radość:

Z wiekiem pojawia się w komentarzach na temat mojej osoby słowo "dziedzictwo", ale ja osobiście nie jestem zainteresowany żadnym dziedzictwem, ponieważ mocno wierzę w to, że nazwanie pośmiertnie ulicy czyimś imieniem w żadnym stopniu nie poprawia jego metabolizmu. Wiem, co się stało z Rembrandtem, Platonem i tymi wszystkim sympatycznymi ludźmi. Po prostu sobie leżą. [...] Nie, żebym myślał, iż zupełnie nie mam talentu, ale nie mam go w wystarczającej ilości, by sprawił, aby moja krew zaczęła krążyć przezwyciężając
rigor mortis. Zatem dziedzictwo tak naprawdę nic nie znaczy. Najlepiej wyrażam to w swej myśli: "Zamiast żyć w sercach i umysłach swoich bliźnich, wolałbym żyć dalej w swoim mieszkaniu". [źródło: W. Allen. O sobie samym. Rozmawia Eric Lax].

Podobne uwagi pojawiają się choćby w świeżym wywiadzie dla Twojego stylu, i serio, w niemal każdej wnikliwszej rozmowie z reżyserem, jaką dane mi było czytać czy słyszeć Dystans prowadzi zresztą do zabawnych rezultatów, bo – zwróćcie uwagę – w różnych wywiadach, spytany o swoje najbardziej udane dzieła, Allen wymienia różne tytuły ;-) Niemniej, lubię to trzeźwe, pozbawione pretensji podejście do twórczych aspiracji, które każe cieszyć się życiem i czerpać przyjemność zwyczajnie. z ciekawej pracy – zamiast zawracać sobie głowę potencjalną reakcją na nasze działania czy możliwymi sukcesami.

To wszystko niby oczywistość, ale czasami warto napisać to sobie dużymi literami...  Co zresztą właśnie robię – nie bez znaczenia jest fakt, że pracuję w tej chwili nad kolejnym artykułem konferencyjnym ;-) Na zakończenie ostatni cytat Allena, mój faworyt od lat:

Nie mam ambicji osiągnąć nieśmiertelności przez swoje dzieła. Wolałbym ją osiągnąć, nie umierając.

Czego Wam i sobie życzę ;-)
Ilustracja Madeleine Stamer, projektantki i właścicielki sklepu Little Circus Design.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
* Wiele rzeczy lubię w jego filmach i książkach, ale w wywiadach – stosunkowo mało.
** Zwykle zmienia mi się tylko to, czy chcę być bardziej dyrektorem, czy – bardziej kreatywnym ;-)

P.S. A rozmowy Erica Laxa z Allenem polecam, ale chyba głównie wielbicielom Allena. Dla mnie były frapujące, bo zawierają wiele smaczków związanych z realizacją filmów; reżyser z dużą drobiazgowością opowiada o swoich źródłach inspiracji, współpracy z aktorami itp. Nie jestem jednak przekonana, czy dla osób spoza grona allenoholików te 500 stron zwierzeń będzie porywających ;-)


sobota, 2 kwietnia 2011

Brunet wieczorową porą wg Allena

Po wyjściu z seansu Poznasz przystojnego bruneta (You Will Meet a Tall Dark Stranger)) – nowego filmu Woody'ego Allena – pomyślałam sobie: Sympatyczny film, ale pewnie szybko o nim zapomnę. Przepowiednia spełniła się na tyle dosłownie, że niemal zapomniałam napisać recenzję ;-)

Nadrabiam więc zaległości. Rzecz dzieje się w Londynie, gdzie poznajemy Helenę (Gemma Jones) – elegancką, choć przygnębioną starszą panią, porzuconą przez męża. Nie mogąc poradzić sobie z samotnością, Helena szuka pomocy u wróżki – desperacko licząc na znalezienie w jej przepowiedniach źródła nadziei (wróżka dzieli się z Heleną nie tylko przeczuciami, ale i whiskey ;-). Wkrótce ukazuje się nam i winny sytuacji Heleny – jej były mąż, Alfie (Anthony Hopkins). Ten – na przekór upływowi czasu – postanawia radykalnie zmienić swoje życie, zapisuje się na siłownię i spotyka z coraz młodszymi, niewymagającymi kobietami. Życiowe perypetie Heleny i Alfiego śledzi ich córka, Sally (Naomi Watts) – nieco znużona codziennością, rozdarta między marzeniami o dziecku, planami rozwoju kariery zawodowej a nagłym zauroczeniem... Towarzyszy jej mąż, niespełniony pisarz, Roy (Josh Brolin).


Bohaterowie, jak zwykle u Allena, wikłają się w pogmatwane sytuacje, podejmują pochopne decyzje i trwają w bezustannej pogoni za szczęściem – w jego mniej lub bardziej prozaicznej postaci (patrz: obiekt westchnień Alfiego).
Podobało mi się to, co zwykle lubię w allenowskich opowieściach – dystans do bohaterów, wiarygodne ujęcie ich marzeń, drwina z przekonań o wielkim i wciąż niezrealizowanym potencjale, wreszcie – nieśmiertelny motyw wiary, że za płotem trawa jest zieleńsza (rzecz znana u Allena choćby z Hanny i jej sióstr, a w Brunecie zilustrowana dobitnie przez Roya, który podgląda przez okno swoją sąsiadkę).

Odpowiadały mi również akcenty melancholii, które przewijały się w tle – podsumowane w ostatnim komentarzu narratora: To już koniec tej nic nie znaczącej historii, a zasygnalizowane już na początku, w cytacie z Makbeta o życiu jako opowieści idioty. Celnie, choć w lekkiej formie, Allen przedstawił
motyw bezcelowości ludzkich dążeń, przypadkowości działań i nieskuteczności planów.

Ogólnie jednak Poznasz przystojnego bruneta nie wywarł na mnie szczególnego wrażenia. Ot, prosta historia, obejmująca parę ciekawych spostrzeżeń, miejscami przenikliwa, miejscami pełna wdzięku, ale jako całość – nieszczególnie wciągająca. Polecam głównie wielbicielom Allena, fanom Anthony'ego Hopkinsa lub Antonio Banderasa – albo tym, którzy mają ochotę na słodko-gorzki film między pracą a kolacją. I jeszcze jedno uściślenie – określanie Bruneta komedią jest, moim zdaniem, nieporozumieniem – choć pewne akcenty komiczne tu bez wątpienia są.

P.S. Dzisiejszy dzień poświęcam w całości pracy nad jednym tekstem... ale jako, że tekst dotyczy Allena, to blogowa recenzja to idealny pretekst do przerwy, prawda? ;-) Miłej soboty (a zainteresowanym – poznania przystojnych brunetów!).

czwartek, 16 grudnia 2010

A po pracy...

...wybieram się tutaj :-) Temat już znany ze Słupska, ale dziś w nowej odsłonie. Trzymajcie kciuki!
 P.S. Plakat autorstwa niezrównanej Kasi! :-)

sobota, 9 października 2010

Allen w Słupsku, czyli śledzie ;-)

Jakiś czas temu wspominałam o konferencji w Słupsku, podczas której większość czasu spędziłam w chłodnych murach Zamku Książąt Pomorskich. Po paru miesiącach znów trafiłam do tego miasta – i tym razem udało mi się nawet wybrać na spacer! :-)
Okazję do kolejnego przyjazdu stanowiły tegoroczne Spotkania z Kulturą Żydowską. Między dyskusjami o dialogu chrześcijańsko-żydowskim a lekcją pieczenia tradycyjnej chałki, odbyła się moja prezentacja na temat motywów żydowskich w twórczości Woody'ego Allena. Nieraz pisałam w Kieszeniach, że przepadam za tym reżyserem – przyjemnie było podzielić się swoją pasją z uczestnikami SzKŻ :-) Przyznam też, że po serii konferencji literaturoznawczych, chętnie przygotowałam spotkanie dotyczące kina.

Wykład trwał godzinę i był urozmaicony fragmentami filmów, ale dla tych, których zainteresował temat, drobna migawka. Poniżej jedno z opowiadań Allena, które omawiałam w Słupsku – miniatura z cyklu Opowieści chasydzkich ze wskazówkami interpretacyjnymi znanego uczonego. Znajdziecie tu dość reprezentatywny allenowski portret rabina :-) 


Pewien człowiek, który nie mógł wydać za mąż swojej brzydkiej córki, odwiedził rabbiego Szimmela z Krakowa.

– Moje serce płacze – rzekł wielebnemu mężowi – ponieważ Pan dał mi brzydką córkę.
– Jak brzydką? – spytał mag.
– Gdyby leżała na talerzu ze śledziem, nie odróżniłbyś ich od siebie.
Sztukmistrz z Krakowa myślał długo, aż wreszcie rzekł:
– Z jakim śledziem?
Człowiek, zaskoczony tym pytaniem, zastanowił się szybko i odparł:
– Eee... Z bismarckiem.
– To niedobrze – oświadczył rabbi. – Gdyby to były matiasy, miałaby większe szanse.

Ta przypowieść ilustruje tragedię ulotnych zalet, takich jak uroda. Czy dziewczyna naprawdę podobna jest do śledzia? Dlaczego nie? Widzieliście przecież różne paskudy spacerujące sobie po ulicach, zwłaszcza w miejscowościach letniskowych. Ale nawet jeśli jest podobna, czyż nie są wszystkie stworzenia piękne w oczach Boga? Możliwe. Jeśli jednak dziewczyna lepiej wygląda w śmietanie niż w wieczorowej sukni, to ma kłopoty. Dziwne, ale własna żona rabbiego Szimmela przypominała podobno kalmara, choć tylko z twarzy, jednak nadrabiała to z nawiązką swoim bezustannym kaszlem... ale morału nie potrafię tu dostrzec. 

Urocze, prawda? :-) Na zakończenie jeszcze parę wrażeń ze Słupska. Przy okazji poprzedniej relacji przywołałam bydgoską imprezę poświęconą twórczości Czechowa – wspominałam, że możliwość odczytania referatu na deskach teatru wprowadza szczególną atmosferę konferencji. W Słupsku miałam okazję odświeżyć to uczucie – duża część programu Spotkań odbyła się na scenie Teatru Rondo (któremu króluje przesympatyczna Jola :-) I znów było wyjątkowo...


Deski Teatru Rondo i cień żydowskiej Mamełe, która właśnie odczytuje swoje bajki :-)

Z Mamełe zresztą prowadziłyśmy ciekawe rozmowy na temat obecności religii w szkołach. Marylka przywołała zabawną, acz zatrważającą, historię ze swojego podwórka: w jednej ze szkół katechetka surowo ukarała chłopca, który bezrefleksyjnie bawił się symbolem religijnym. Przyłapała go na tym, że wymachiwał prowizorycznym krzyżem, złożonym z dwóch listewek... Chłopiec na próżno tłumaczył, że to, co trzyma w rękach, to... miecz :-)
[Opowieść ze specjalną dedykacją dla Kasi, dla której temat nauczania religii jest obecnie wyjątkowo aktualny ;-)]


A na zakończenie garść impresji ze spaceru po Słupsku (i podziękowania dla Gosi, która była moim przewodnikiem po mieście :-)

 Na straży sztuki – czyli uliczna ekspozycja dzieł Witkacego ;-)
Nie dajcie się zwieść – to Słupsk, a nie Lądek Zdrój! :-)
Wybrane szyldy, napisy, neony...
Ambient ewangelizacyjny – czyli napis na chodniku przed kościołem św. Jacka :-) Pomysłowe.
 Jeśli wlazłeś między wrony... czyli kaczka zaprzyjaźniona z gołębiami ;-)
Uff... Cieszę się, że udało mi się wreszcie napisać tę notkę – myślałam o niej już od paru dni, ale grypa skutecznie przekreśliła moje plany. Zresztą, co tu gadać – mamy weekend, więc zaraz przywdziewam suknię wieczorową... tj. śmietanę, i ruszam na miasto! ;-) Do usłyszenia!

wtorek, 7 września 2010

Talia i Melpomene

Rzadko się zdarza, że nie kojarzę któregoś z filmów Woody'ego Allena. Zwykle albo znam je na pamięć (jak Miłość i śmierć), albo wspominam jako silne rozczarowania (jak Koniec z Hollywood). Tym bardziej zaskoczyło mnie odkrycie, że ni w ząb nie przypominam sobie, o czym była Melinda i Melinda. Ba, zapomniałam nawet o istnieniu tego filmu. Sięgnęliśmy po niego z R. w poniedziałkowy wieczór, w mglistym przeświadczeniu, że dotąd nie mieliśmy okazji Melindy oglądać. W trakcie seansu stopniowo docierało do nas, że byliśmy w błędzie.
Rzecz dzieje się – tu zaskoczenie! ;-) – w Nowym Jorku. Kilkoro bohaterów w średnim wieku spotyka się w restauracji. Popijając drinki i śmiejąc się, dyskutują na temat tragicznego i komicznego wymiaru ludzkiego życia. Dla potwierdzenia swoich opinii zaczynają snuć opowieść o losach młodej kobiety – Melindy – która ni stąd, ni zowąd pojawia się w mieszkaniu swoich nowojorskich znajomych.
W tym momencie losy Melindy rozgałęziają się w dwa możliwe scenariusze – jeden lekki i optymistyczny, drugi – przesycony rezygnacją i melancholią głównej bohaterki. Granice między nimi dość szybko się zacierają i – moim zdaniem trochę przedwcześnie – zaczynamy te opowieści rozróżniać tylko po postaciach drugoplanowych.
Jednak całkiem przyjemnie śledzi się te równoległe wątki – zabawnie jest wychwytywać szczegóły (przedmioty czy miejsca), które rozbłyskują w obu historiach, a zdarzają się i akcenty typowo komediowe (zwłaszcza w wydaniu Willa Ferrela, który uosabia tu wiele cech, odtwarzanych zwykle przez Allena ;-) 
Ogólny wydźwięk filmu – a zdaje się, że i opinię samego reżysera – zdradza krótka wypowiedź Melindy. Rozmawiając na przyjęciu z utalentowanym pianistą, bohaterka wyznaje, że piosenka, którą usłyszała, przypomina jej początki pewnej znajomości. Widząc łzy w oczach Melindy, mężczyzna pyta:
– To z żalu czy z radości?
– A czy to nie wszystko jedno?
– odpowiada kobieta.
Tę tonację znamy doskonale – w większości filmów Allena wątki tragiczne i komiczne przeplatają się, dowodząc, że to, co w danej chwili wydawało nam się życiowym dramatem, po roku sprowadza się do lekkiej anegdoty. Lubię ten allenowski dystans, ironiczne spojrzenie na ludzkie ambicje i wzniosłe, dalekosiężne plany – tyle, że Melinda po prostu nie jest zbyt błyskotliwą wypowiedzią w tym temacie.
W skali filmów Woody'ego Allena przyznałabym Melindzie i Melindzie 3/ 6 punktów (gdzie 6 ma Annie Hall, a 5 – Złote czasy radia czy Miłość i śmierć ;-) Natomiast w generalnej skali kina – 4/ 6. Ot, jest to sympatyczna opowiastka, która może uprzyjemnić jesienne popołudnie, ale po paru tygodniach raczej nie będzie się jej pamiętać. Patrz: dowód w postaci pierwszego akapitu tej notki ;-)
P.S. Na koniec parę słów o formie. Całkiem niedawno pisałam o filmie, który w przewrotny sposób ilustruje temat opowiadania historii – Melinda i Melinda to kolejny przykład z tej kategorii. Gdyby więc kogoś interesowały zabawy kompozycją ramową czy przenikanie się różnych narracji w filmie, niech sięgnie po te dwa tytuły. Zabawne zresztą, że jedną z głównych ról w Melindzie zagrał wspomniany już Will Ferrell – dla mnie najbardziej rozpoznawalny po filmie Przypadek Harolda Cricka (Stranger than Fiction), sztandarowego dla wątku „opowieści w opowieści”.

piątek, 27 sierpnia 2010

Myśl na weekend


Cieszę się, że ten tydzień już się kończy. Wyjątkowo często w ciągu ostatnich dni dopadały mnie przygnębiające myśli i frustracje związane z pracą (na różnych polach). I choć obiektywnie nic szczególnego się nie wydarzyło, choć nie nastąpiła żadna realna katastrofa, to jakoś trudno mi było racjonalnie wytłumaczyć sobie, że nie warto pogrążać się w rezygnacji. Jak powiedział kiedyś Woody Allen – Fakt, że jestem paranoikiem, nie oznacza jeszcze, że cały świat nie sprzysiągł się przeciwko mnie ;-)
 
Autor ilustracji: Andrew Bannecker (skądinąd już znany)

Zniechęcenie owładnęło mnie do tego stopnia, że prawie w ogóle nie poświęcałam uwagi wycieczce nad morze, na którą wybieramy się w kilkuosobowym gronie. Turnus rozpoczyna się dziś i trwa do niedzieli – więc najwyższy czas odwrócić wzrok od codzienności! Niniejszym więc ogłaszam początek pogodnego weekendu :-) Za chwilę wyjeżdżamy – stroje kąpielowe  już spakowane!


Kalosze, które mierzą poziom deszczu :-) Produkt stąd. 

Życzę Wam miłego tygodnia. Takiego, żebyście raczej latali na parasolach, niż stali smutno w strugach deszczu ;-)

wtorek, 20 kwietnia 2010

Whatever works

Za mną pracowity weekend, spędzony głównie na szlifowaniu artykułu na przyszłotygodniową konferencję w Słupsku – dlatego tym bardziej radośnie powitałam inicjatywę wyrwania się z domu na nowy film Woody'ego Allena.

Kiedyś już wspominałam, że jestem zagorzałą fanką Allena – dlatego wybaczcie, jeśli ta notka będzie nieco... hermetyczna – w tym jednym przypadku trudno mi uwolnić się od dziesiątek skojarzeń i rozmaitych filmowych wspomnień.

Co nas kręci, co nas podnieca* (ponieważ bojkotuję durne tłumaczenia tytułów, użyję tej frazy tylko raz, a dalej będę posługiwać się oryginalną wersją – Whatever works) okazał się znacznie ciekawszy, niż przypuszczałam. Może wynikało to z braku wygórowanych oczekiwań (co towarzyszy mi przy wszystkich filmach Allena z ostatniej dekady), może mój entuzjazm spotęgowała prozaiczna radość z powodu oderwania się od pracy). Tak czy inaczej, Whatever works przywołał wspomnienia tych filmów Allena, do których mam największą słabość – wielkomiejskich historii, rozgrywanych wśród nietuzinkowych postaci, które borykają się z rozmaitymi problemami osobistymi – jak choćby w Hannie i jej siostrach. Tu również przez ekran przewija się gromada bohaterów – bliżej lub dalej ze sobą spokrewnionych – których spotkania prowadzą do konfrontacji gustów, światopoglądów, zapatrywań politycznych czy orientacji seksualnych (niekiedy – konfrontacji dość widowiskowych).
Najmocniej zarysowaną postacią jest z pewnością główny bohater, Boris Yelnikoff – około sześćdziesięcioletni, zgorzkniały intelektualista o przesadnie wysokim mniemaniu o sobie. Yelnikoff otacza się wąską grupą znajomych, żyje samotnie w nędznie utrzymanym mieszkaniu, a jego źródłem dochodów są lekcje szachów udzielane dzieciom (choć sposób prowadzenie zajęć absolutnie nie zdradza talentu pedagogicznego Borisa). Bohater zmaga się z rozmaitymi neurozami – dręczy go strach przed ciemnością, paniczny lęk przed śmiercią, symptomy urojonych chorób, wreszcie – obsesyjna niechęć do ludzi.

Pewnego dnia u progu mieszkania Borisa (na tym progu rozegra się zresztą wiele znaczących zdarzeń ;-) zjawia się młoda kobieta – Melody – która deklaruje, że uciekła z domu. Naiwna, niezbyt rozgarnięta prowincjuszka budzi antypatię i pogardę Borisa, ale ostatecznie udaje jej się
skłonić mężczyznę do udzielenia jej noclegu. W ten sposób rozpoczyna się właściwa akcja filmu, która – jak się domyślacie – rozwinie się w sposób dość zaskakujący.

W trakcie seansu nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Boris to nowojorskie wcielenie bohatera Dnia świra Koterskiego. Wypowiedzi amerykańskiego inteligenta, który obdarza pogardą całą ludzkość, w swoich rozmówcach czy uczniach widzi tylko "nędzne owsiki", a na ludzi, którzy nie sprzątają po swoich psach, postuluje nakładać karę śmierci – brzmią dość znajomo.

Podobieństw dostarczają też codzienne, niedorzeczne rytuały. Pamiętamy Adasia Miauczyńskiego, który mieszając herbatę, wykonywał zawsze tę samą liczbę ruchów łyżeczką – Boris z kolei podczas mycia rąk dwukrotnie śpiewa Happy birthday to you, bo tylko w ten sposób, jak twierdzi, ma gwarancję usunięcia bakterii;-) Z racji jego rzekomych osiągnięć naukowych (Boris twierdzi, że otarł się o nagrodę Nobla z fizyki) wydaje się to dość zabawne.
To jednak tylko dygresja. Wielbiciele filmów Allena z pewnością rozpoznają w Borysie wiele cech, w które reżyser nieraz wyposażał swoich bohaterów – zwłaszcza tych odgrywanych przez siebie ;-) Hipochondria Borisa i jego histeryczne odkrycie w środku nocy ("Umieram! Umieram! Ale nie dziś... tak w ogóle umieram"), przywodzi na myśl sytuację Mickeya z Hanny i jej sióstr. Tamten bohater – po euforii wywołanej diagnozą, że jednak nie ma raka – raptownie wpada w przygnębienie, uświadomiwszy sobie, że brak śmiertelnej choroby nie uwolni go od śmierci.

Znajomy wydaje się też wątek znajomości Borisa z młodą Melody – postawa bohatera jest pełna wyższości, krytyczna wobec ignorancji dziewczyny, protekcjonalna – ale jednak niepozbawiona zachwytu wobec jej szczerości i beztroski. Przypomina stosunki dwojga bohaterów z Jej wysokości Afrodyty – inteligenta i prostytutki, która okazała się biologiczną matką jego genialnego dziecka

W Whatever works powraca też, częsty we wczesnej twórczości reżysera, motyw wypowiedzi formułowanych w pierwszej osobie, kierowanych z ekranu wprost do widza. Choćby w Annie Hall Alvy (Allen) stojąc naprzeciw obiektywu, wykładał drobiazgowo swoje spostrzeżenia; w Whatever reżyser idzie o krok dalej – w słowa Borisa wplata jeszcze wątek „interaktywny” (bohater zwraca się do widzów siedzących na sali kinowej, których rzekomo widzi; odwołuje się do ich cierpliwości itp.).

Gdybym miała – całkowicie subiektywnie – wskazać przewagę nowego filmu Allena nad Vicky Christiną Barceloną, powiedziałabym, że w Whatever relacje między bohaterami są ciekawsze, nie ma postaci tylko ornamentowych, jak Scarlett Johansson w Vicky*, cała opowieść jest po prostu bardziej zajmująca. I OK, nie są to może wnikliwie rozpracowane charaktery czy wyjątkowo wiarygodnie nakreślone sylwetki, ale razem tworzą całkiem interesującą galerię osobliwości. Do tego – okraszoną humorem i ironią. Mnie ta konwencja bardzo odpowiada.
- - - - -
* Zupełnie nie rozumiem takich zabiegów marketingowych, jak nadawanie „kręcących” tytułów – które sugerują coś, czym film naprawdę nie jest. Wprowadzanie odbiorcy w błąd to chyba najgorsza z możliwych praktyk, bo sukces może przynieść jedynie na krótką metę. W przypadku Co nas kręci... szczerze współczuję widzom, którzy spodziewali się lekkiej, zabawnej komedii romantycznej – posiłkując się dodatkowo fatalnym (!) zwiastunem – bo dla kogoś nie znającego twórczości Allena, film mógł wydać się po prostu ględzeniem starego ramola.

** No OK, tu mamy młodego aktora zauroczonego Melody, ale jest on postacią drugoplanową ;-)

sobota, 19 września 2009

Czyste Alleństwo!

Lubię filmy dołączane do gazet. Cieszę się, kiedy mogę za 9,99 czy 14,50 zł stać się posiadaczką porządnych kopii filmów, które kiedyś mnie zachwyciły lub które od lat chciałam zobaczyć. W ten sposób ze Zwierciadłem dorwałam kiedyś parę filmów Almodovara i Jarmuscha, z Vivą czy Galą – Godziny, niedawno z Twoim stylem – Niczego nie żałuję itp. Poza tym – wyłączając sytuacje, kiedy nie miałabym szans na obejrzenie filmu legalnie – nie lubię ściągać filmów z sieci. Dlatego w miarę możliwości staram się śledzić nowości prasowe, słuchać w reklamach kobiecych magazynów informacji o „prezentach dla czytelniczek” czy kolekcjach filmowych, i wychwytywać te – zaskakujące niekiedy – okazje (np. zakup Billy'ego Elliota z Panią domu ;-)

Nie dziwi więc, że nowa kolekcja Wyborczej mnie zachwyciła. Po pierwsze dlatego, że – tradycyjnie – umożliwia wzbogacenie domowej filmoteki o świetne tytuły za przyzwoitą cenę (pierwszy numer kosztuje 9,99, kolejne – jak to bywa w kolekcjach GW – 29,99 zł – a niektóre z filmów Allena w regularnej sprzedaży są naprawdę znacznie droższe), a po drugie – co ważniejsze – promuje reżysera, który jest szczególnie bliski memu sercu :-)

Z pewnością nie kupię całej kolekcji, bo wiele filmów już mam – ale fakt, że te wydania nie ułożą się na mojej półce w obrazek z Allenem, specjalnie mi nie przeszkadza ;-) Na pewno będę polować na Wrzesień, Alicję, Miłość i śmierć czy Wnętrza; spośród tytułów, które mam szczęście posiadać, cieszy mnie obecność w kolekcji Hanny i jej sióstr, Annie Hall czy Seksu nocy letniej. A tym, którzy jeszcze nie kupili Manhattanu, polecam błyskawiczną wyprawę do kiosku! O cenach kolejnych tomów można dyskutować, ale 9,99 zł za TAKI film to naprawdę żaden wydatek ;-)