Pokazywanie postów oznaczonych etykietą festiwal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą festiwal. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 sierpnia 2014

Dwanaście wypowiedzi z Dwóch Brzegów

Kto czyta Kieszenie, ten wie, że festiwal filmowy w Kazimierzu lubię w dużej mierze ze względu na spotkania. Z reżyserami, scenarzystami, pisarzami, muzykami, aktorami... Przed dwoma laty szczególnie ujął mnie Koterski (i jego Dzieła zebrane z podstawówki), w tym zachowałam w kieszeni więcej wrażeń.

Oto barwne wypowiedzi z tegorocznych spotkań, odnotowane w parnym kinie, pod namiotem Empiku,
na drewnianej podłodze Kina pod srebrną gwiazdą lub na pufach Cafe Kocham Kino.


1.
Paweł Pawlikowski, reżyser Idy, o sukcesie frekwencyjnym filmu:
- Jestem zaskoczony tym pozytywnym przyjęciem. Ja bym sam na podstawie opisu nie poszedł na ten film. Pomyślałbym: "Kurczę, znowu jakieś nudy".
2.
Jerzy Bralczyk, odpowiadając na pytania publiczności przy okazji premiery książki Jeść!:
- Jakie zjawisko we współczesnej polszczyźnie uważa pan za najbardziej szkodliwe?
- Zawsze to, o którym aktualnie myślę. Myślę sobie: "Wulgaryzmy... To okropne!". Po chwili przychodzi mi do głowy jakieś powszechne zapożyczenie i oburzam się: "Och, nie, to jednak bardziej okropne!". Kiedyś nawet jednego dnia, w odstępie kilku godzin, udzieliłem wywiadu radiowej Dwójce i Czwórce. W obu mówiłem o rozwoju języku, w obu z przekonaniem i całym arsenałem argumentów. I w obu zupełnie sprzeczne rzeczy.
[Inny cytat ze spotkania z Bralczykiem - oraz moja fantastyczna pamiątka! - tutaj.]
3.
Tadeusz Sobolewski, krytyk filmowy, relacjonując rozmowę z włoskim reżyserem, Ermanno Olmim:
- Rozmawialiśmy przez tłumacza. Olmi ubolewał, że musi uciekać się do takich środków. "Przecież znam trzy języki!" - mówił - "Włoski, mediolański i bergamaski".

niedziela, 27 października 2013

Sobota pali się w rękach

Nareszcie! Po gorączkowym tygodniu się sobotę poświęcić w całości na festiwal filmowy Tofifest. Wśród jego płomiennych reflektorów i czerwonych plakatów nasyciłam się spotkaniami, nasłuchałam kuluarowych rozmów i nacieszyłam kinem. Toruński Tofifest dziś tworzony jest z coraz większym rozmachem, wypływa na pola międzynarodowe, a w mojej pamięci pozostaje wciąż jako kameralne, offowe toffi, którego początki zbiegły się z pierwszymi latami mojego życia w tym mieście.

Na pierwszy ogień trafił w sobotę temat montażu. W czasie dynamicznej, swobodnej rozmowy w Czytelni toruńskiego CSW, dwoje świetnych polskich montażystów - Milenia Fiedler i Maciej Pawliński - dzieliło się ze słuchaczami nie tylko techniką cięcia, ale przede wszystkim - swoim spojrzeniem na kino i sztukę opowiadania historii. A motyw opowiadania historii zawsze interesuje mnie najbardziej!
Reflektory przed OdNową, w której świeżo wyremontowanym kinie odbywało się wiele seansów (sympatyczne kino studyjne, polecam!)

Milenia Fiedler nawiązywała m.in. do pracy nad filmami Wałęsa. Człowiek z nadziei, Tatarak (urocza anegdota na temat sceny, w której bohaterka odgrywana przez Jandę ulega zauroczeniu młodym chłopcem) czy Dziewczyna z szafy (jedyny minus, że przy okazji zdradziła zakończenie tej ostatniej...). Z kolei Maciej Pawliński zafrapował mnie opowieściami o Miłości Fabickiego (ponieważ od czasu kwietniowego seansu, regularnie wracam do tego filmu myślami, możliwość poznania pytań, jakie zadawali sobie twórcy ekranowej historii, była nie do przecenienia).

wtorek, 20 sierpnia 2013

Dwa filmy z Dwóch Brzegów

Filmowych wspomnień z Kazimierza ciąg dalszy (tu pierwsza porcja)! Ponieważ szkoda mi czasu na recenzje letnich filmów, przywołam tylko te, które obudziły silne emocje - niekoniecznie pozytywne... Pierwszy tytuł dedykuję Pawłowi, bo prawie wydrapaliśmy sobie oczy w dyskusji nad nim.

Polowanie, reż. T. Vinterberg, Dania 2012
Osochozi?
Lucas żyje w niewielkiej szwedzkiej miejscowości. Rzetelnie wykonuje swoją pracę w przedszkolu, zabiega o częstsze kontakty z synem (który mieszka z byłą żoną Lucasa), a czas wolny spędza z przyjaciółmi na tradycyjnych polowaniach (bardzo tradycyjnych – zwierzęcy temperament szwedzkich mężczyzn to soczysty element filmu!). Nagle spokojną egzystencję Lucasa burzy oskarżenie ze strony podopiecznej z przedszkola, kilkuletniej dziewczynki... Rozpoczyna się konflikt: wyobcowana jednostka vs. zwarta społeczność miasteczka.

Moja opinia:
Polowanie byłoby znacznie lepszym filmem, gdyby reżyser mocniej skupił się na relacji głównego bohatera z jego przyjacielem - relacji, która zostaje wystawiona na dramatyczną próbę. Niestety, wątek ten przez sporą część akcji ustępuje miejsca zmaganiom samotnej jednostki z ostracyzmem społecznym. A w tym obszarze Vinterberg idzie już utartym szlakiem. Wyobraźcie sobie wszystkie możliwe sposoby piętnowania człowieka przez zbiorowość, wszystkie przejawy wykluczenia w małym miasteczku, wszystkie odcienie niechęci ze strony sąsiadów... Macie? Vinterberg odhacza je w scenariuszu jeden po drugim, przewidywalnie i typowo. A szkoda, bo na linii Lucas - Theo reżyser wykazuje się dużą wrażliwością i z tego powodu kilka scen z Polowania bardzo mnie poruszyło. Film zyskałby na pogłębieniu wątków osobistych zamiast grubo ciosanych portretów społeczności - póki co, bardziej polecam Festen tego reżysera.

Stacja Warszawa, reż. M. Cuske, K. Lisowski i in., Polska 2013
Osochozi?
Film utkany z kilku osobnych wątków (prowadzonych wspólnie przez aż 5 reżyserów), które - jak zwykle bywa w przypadku takiej konwencji - w pewnym momencie stykają się ze sobą. Galeria postaci obejmuje przedstawicieli różnych środowisk - od zagubionej pracownicy korporacji, poprzez zbuntowane dziecko z prowincji, ekspedientkę w parszywym sklepie z gadżetami erotycznymi, aż po więźnia przekonanego, że jest mesjaszem. W tle wiele problemów społecznych z pierwszych stron gazet - fanatyzm religijny, pedofilia, pracoholizm, alkoholizm...

Moja opinia
Chaotyczny, wtórny i banalny film. Z założenia, jak sądzę, obraz problemów współczesnej Warszawy (czy dużego miasta w ogóle), dalekich od lukrowanej rzeczywistości seriali tvn. W efekcie - nieudany splot epizodów, nużących, przewidywalnych albo niedopracowanych. Nie pomogli znakomici aktorzy: Eryk Lubos, Zbigniew Zamachowski, Janusz Chabior, Marta Lipińska...).

(Maryna, to film, który ilustruje wszystkie Twoje negatywne opinie o polskim kinie - absolutnie nie oglądaj!)

środa, 31 lipca 2013

Pierwsza z Brzegów - 2013

Tym razem nadawanie z festiwalu Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym zaczynam już teraz, w czasie jego trwania. Bo wprawdzie Kazimierz już opuściliśmy i od ostatnich seansów dzieli mnie 29-godzinna podróż samochodowa (tak, tak... piszę do Was z Czarnogóry!), to kilka tytułów wciąż chodzi mi po głowie.

A i sam festiwal jeszcze trwa - do niedzieli możecie wpaść na projekcję. Relacje z wcześniejszych edycji Dwóch Brzegów, który od czterech lat są stałym punktem naszych z R. wakacji, możecie zobaczyć pod etykietką kazimierz. Tymczasem kino!

Koneser, reż. G. Tornatore, Włochy 2013
Intrygujący film, który tylko na pozór opowiada o trywialnej fascynacji dojrzałego mężczyzny młodą kobietą. Warto poznać jego drugie dno - tym bardziej, że Koneser lada moment wchodzi do polskich kin!
Reżyserem filmu jest Giuseppe Tornatore, twórca m.in. uroczo sentymentalnego Cinema Paradiso. Koneser poniekąd też oddaje hołd historii kina - jest wysmakowany wizualnie, zachwyca kompozycją kadrów. Na długo zapamiętam np. scenę, w której bohater (Geoffrey Rush), siedzi w minimalistycznej, sterylnie białej kuchni, a jedyną plamą koloru jest obraz, który mężczyzna dopiero co kupił na aukcji. Albo ujęcie garderoby wypełnionej w całości tylko rękawiczkami - takiego kadru nie powstydziłby się Seks w wielkim mieście! Warstwa wizualna filmu jest zresztą istotna, bo Oldman to nie tylko esteta, ale i niecierpliwy pedant, który na powitanie podaje dłoń w rękawiczce, a korzystając z czyjegoś telefonu, chwyta go... przez folię.
Dlaczego piszę o filmie od końca, zaczynając od kwestii scenograficznych? Aby nie zdradzić Wam zbyt wiele z fabuły, bo tę dobrze poznać samodzielnie... Dodatkowej przyjemności dostarcza para ekranowych protagonistów - Geoffrey Rush i Donald Sutherland - w roli przyjaciół i współpracowników przy pewnych branżowych przekrętach. Miód!
Na zakończenie - po seansie mam jedną wątpliwość: czy scenariusz, choć misterny, nie posiada jednak dziur i błędów w rozmieszczeniu akcentów? Czy to po prostu ja dałam się zwieść i aby zrekonstruować całą historię, musiałam podyskutować z przyjaciółmi? Jestem ciekawa Waszych opinii!

Osochozi?
Virgil Oldman, ok. 60-letni koneser sztuki i znawca antyków (Geoffrey Rush), cieszy się renomą na rynku kolekcjonerów. Prowadzi firmę, która zajmuje się wyceną zabytkowych obrazów i mebli, osobiście angażując się tylko w poważne zlecenia. Pewnego dnia bohater  otrzymuje telefon od tajemniczej kobiety. Mężczyzna jest poirytowany jej nonszalancją, ale zagadkowa sytuacja klientki bardzo go intryguje...

Festen, reż. T. Vinterberg, Dania - Szwecja 1998
Film, dzięki któremu wybaczyłam Skandynawii całą Dogmę ;) Zrealizowany w 1988 roku obraz Thomasa Vintenberga przynosi przejmujący obraz rodziny, która zostaje skonfrontowana z bolesną tajemnicą. Festen to trochę szwedzkie Wesele Smarzowskiego - utrzymane w innej tonacji, oparte na odmiennej historii, ale równie demaskatorskie i przenikliwe. Tu także rodzinna uroczystość zostaje zgrabnie wykorzystana do przedstawienia problemów społecznych i relacji między ludźmi.Trafia w serce!
A dlaczego "wybaczam" Dogmę? Bo filmy z jej nurtu, oprócz naturalnej rejestracji dźwięku i szorstkich ujęć, cechuje jednak często pretensjonalność. A Festen, mimo tematyki ciężkiego kalibru, zachowuje lekkość opowieści, nie udaje, nie odwołuje się do banałów - snuje po prostu dobrą historię.

Osochozi?
Grupa braci i sióstr spotyka się przy okazji 60. urodzin ojca. Podniosły charakter ceremonii zakłóca nagłe wyznanie jednego z synów, Christiana. Niechciany sekret uderza nie tylko w jubilata, ale i w sztywne, rodowe rytuały, zwyczajową kurtuazję, uświęcone tradycją uprzedzenia, a wreszcie - w wygodne pragnienie, by wszystko zostało tak, jak jest...
 
Wkrótce w Kieszeniach kolejne porcje wrażeń - będą recenzje filmowe (m.in. z najnowszego filmu reżysera Festen), wspomnienia ze spotkań z artystami w Kazimierzu, wreszcie - ślady wojaży po byłej Jugosławii!

poniedziałek, 8 lipca 2013

Nie matura, lecz chęć szczera, wyśle cię na Openera

Długo wahałam się, czy jechać. R., wraz z Pawłem i niejakim dj Filcem, miał karnet już od stycznia, urlop wypisany (przynajmniej mentalnie) równie długo, nocleg zarezerwowany, a koncerty wyśledzone. A ja do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy dołączę. Głównie z przyczyn finansowych - hiszpańskie wojaże pożarły sporo funduszy, w międzyczasie zdarzyło się parę nagłych acz ekscytujących wydatków typu dentysta, a bank z niewiadomych przyczyn wciąż domaga się rat kredytu (skandaliczna nachalność, doprawdy). Poza tym festiwale muzyczne nie pociągają mnie tak bardzo, jak filmowe - cały dzień spędzony w kinie może upłynąć mi emocjonująco, a na kilku koncertach z rzędu już się nudzę i wywijam myślami.
 Open'ER, czyli ewenement i R. na wolnym powietrzu

Ostatecznie pojechałam, na jeden dzień. I nie żałowałam ani przez chwilę. (No, może z wyjątkiem jednej, gdy zatrułam się czymś na trasie, a PKP akurat zaserwowało nam dodatkową godzinę postoju w trawie - ale tę kwestię pozostawię na marginesie).

Czwartek spędzony na Open'er Festiwalu okazał się bez wątpienia najlepszym dniem koncertowym tego roku. Klucz do sukcesu? Nick Cave and The Bad Seeds! Jeśli kiedykolwiek poczujecie się starzy i zmęczeni, obejrzyjcie ich koncertowy występ - taką porcją charyzmy nie sposób się nie zarazić. Cave śmiało wychodził do publiczności, przechadzał się po ramionach rozentuzjazmowanych fanów i śpiewał, śpiewał tak elektryzująco, że nie tylko Babie Doły były rozkołysane. Do tego prowadził ujmującą konferansjerkę (People ain't no good... except people here, in Poland - co podobno wcale nie było wytrychem na każdym koncercie). Nie ustępowali mu pozostali, fantastyczni muzycy, jak skrzypek, Warren Ellis, który co drugi, dynamiczny występ kończył wyrzuceniem smyczka na scenę (po czym przez połowę kolejnego utworu szukał go wokół siebie). Znakomite widowisko!
Zdjęcie ze strony Polskiego Radia
Jakie inne rytmy trafiły mi się podczas koncertowego czwartku? Fragment występu Kim Novak, zespołu braci Waglewskich, których kilku piosenek wysłuchaliśmy w wymarzonych dla mnie okolicznościach (leżąc na trawie, jeszcze bez deszczu); Ras Luta, znany z przeboju Znowu nie mam hajsu, odrobina Łąkiłan (nie jestem wielką fanką, ale na koncertach bardzo lubię, o czym wspominałam kiedyś przy okazji przyjemności) i na deser Maria Peszek. Dla mnie okazało się to porcją w sam raz.
Co jeszcze zanotowałam w czasie Open'er Festivalu?
1. Świetną organizację. Open'er jest wielkim przedsięwzięciem, a wszystko chodzi jak w zegarku; darmowe autobusy co chwilę kursują z centrum Gdyni na lotnisko Babie Doły (przestrzeń festiwalu); cały teren jest zmyślnie zagospodarowany; oprócz scen koncertowych, nie brakuje miejsc, gdzie można coś zjeść (jako wegetarianka, byłam mile zaskoczona wyborem), żeby nabrać sił w czasie maratonu koncertów. Poza tym kusi scena teatralna (to mój jedyny żal: nie udało mi się zdobyć wejściówki na Warlikowskiego), sala kinowa, namiot designu, stoiska znanych butików, np. mojego ulubionego Pantuniestał... Dużo atrakcji, również pozamuzycznych.
2. Kalosze. Nigdy nie widziałam w jednym miejscu tak wielu różnych fasonów i kolorów.

3. Plaża. Położona niedaleko głównego miejsca akcji, wymagająca wprawdzie wspinaczki po dziko zdeformowanych schodach, ale urocza. Zapas jodu uzupełniony nie mniej, niż zapas Nicka Cave'a.
Open'erowa bluza Pawła. Do dziś trwają spory, czy kosmata kula to po prostu logo festiwalu ze sceną, czy też naprawdę kot ;)
Co tam koncerty, gdy jest diabelski młyn!
Babie doły, czyli Magda i ja na plaży miejskiej w Gdyni.
R. i ja, a jakże! Plaża miejska w Gdyni.
Skoro już fauna, to i pasażer w pociągu powrotnym (zdjęcie znane już z kieszeniowego facebooka).
A teraz? Znowu nie mam hajsu. Ale warto było!

sobota, 27 października 2012

Napisz "Grecja" na ścianie

Jedyne teatry, które odwiedzam dość regularnie to toruńskie, czasem – bydgoskie. Dlatego zawsze, kiedy wyjeżdżamy gdzieś z R., przeglądam repertuary teatrów, a gdy jakaś impreza kulturalna ściąga do Torunia spektakl z innego miasta, rzucam się na niego łakomie. Tak było np. w zeszłym roku przypadku Kozy Och-teatru, tak było w ostatni czwartek z Shirley Valentine, która odwiedziła Tofifest.

Cudowne przedstawienie. Nie chcę pisać wiele, bo cały czar Shirley płynie z bezpretensjonalności i autoironii głównej bohaterki, ale ta tragikomiczna historia ujęła mnie bez reszty. Przekonuje i porusza wizją kobiecych rozczarowań, bawi dystansem bohaterki do siebie, zachwyca temperamentem scenicznym Jandy. C
hoć, jak zwykle bywa w sali pełnej ludzi, irytowały mnie chóralne salwy śmiechu płynące od pewnego momentu już machinalnie, z rozpędu, niezależnie od tego, czy jakaś scena naprawdę była komiczna – to chłonęłam wyznania Shirley z zachwytem.
 Fotosy ze spektakli Shirley z różnych lat możecie zobaczyć tutaj.
Janda dowiodła, że jest w stanie powołać do życia każdą postać, która jej się zamarzy – na scenie w ciągu 145 minut monodramu obserwujemy nie tylko Shirley w jej różnych emocjonalnych wcieleniach, ale i całą galerię jej rozmówców – szkolną koleżankę-prymuskę, która wyrosła na luksusową prostytutkę, egoistyczną córkę, znajomą bigotkę, która podsuwa Shirley ekstrawagancką koszulę nocną, męża przywiązanego do rutyny, niesprawiedliwą nauczycielkę, czarującego znajomego z plaży (którego brat posiada łódkę o nazwie Noe)... Wszystko to składa się na żywą, pełnokrwistą opowieść – aż trudno uwierzyć, że wykreowaną od początku do końca przez jednego człowieka.
I choć druga część spektaklu podobała mi się mniej, bo przywodziła na myśl recepty na szczęście w stylu Jedz, módl się i kochaj, to całość zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie. Dlatego jeśli jeszcze nie widzieliście Shirley Valentine, wybierzcie się na nią koniecznie – do Teatru Polonia w Warszawie lub na wyjazdowe przedstawienie.
P.S. Dla szerszego spektrum opinii dodam komentarz współtowarzyszy: nuda, Janda świetna, ale cały scenariusz to seria gagów jak z kabaretu, chwilami zabawnych jak Marian i Hela. Całkowicie dementuję, ale przytaczam dla sprawiedliwości ;-)

P.S.2 W Toruniu nie ma ani grama śniegu. Wciąż widać żółte liście; śnieg pokrywa tylko sine niebo.

czwartek, 20 września 2012

Moja prawda ma rację bytu

Parne, przeszło dwugodzinne spotkanie z Markiem Koterskim, o którym wspomniałam Wam przed chwilą, to bez dwóch zdań najbarwniejsze wspomnienie z tegorocznych Dwóch Brzegów.
Zdjęcie: Tomasz Stokowski, źródło
Koterski gościł w festiwalowym małym kinie, gdzie – po seansie swoich wczesnych etiud – odpowiadał na pytania widzów. „Odpowiadał na pytania” to zresztą określenie bardzo nieprecyzyjne – reżyser Dnia świra rozwijał w swoich wypowiedziach tyle swobodnych myśli i dygresji, że zagajenia ze strony widowni okazały się w zasadzie zbędne.

W fantastyczny sposób, z pokorą, ale i nutą szaleństwa, opowiadał o początkach swojej filmowej drogi: krytyce ze strony profesorów, na których wsparcie liczył, kiepskich wynikach w roli asystenta reżysera, podczas gdy marzył już o samodzielnym filmie, kontaktach z MONAR-em przed realizacją Przyczyn narkomanii (krótki metraż z 1982 r.). Przyznał, że na sto stron jego zapisków, które później trafiają do scenariusza, przypada jakieś dziewięćset wyrzuconych do kosza. Regularnie odwoływał się do postaci żony, pochylając się w jej stronę – gdy nagle, z przeciwnej strony sali, rozległy się słowa:
– Kochanie, ja tylko chciałam powiedzieć, że jestem tutaj, bo ty ciągle zwracasz się do tej pani w marynarce...
Pytany o słynne dziwactwa Adasia Miauczyńskiego, Koterski stwierdził:
– Interesują mnie rzeczy, które nie mają wymiaru heroizmu, do których się najtrudniej przyznać. Przecież łatwiej przyznać się do morderstwa, niż do tego, że miesza się siedem razy herbatę. (to zdanie, rzecz jasna, podzielam tylko częściowo)
Szczególnie jednak poruszył mnie, dzieląc się swoimi wątpliwościami:
– Wszystko, co staram się zrobić, to uwierzyć, że moja prawda ma rację bytu. Każdy z nas to kropla w beczce wody – pojedyncza, ze swoimi problemami, obserwacjami. Kiedy o czymś opowiadam, pilnuję, by nie ulegać złudzeniu, że wiem o świecie cokolwiek więcej, niż o sobie samym. Muszę pamiętać, że mówię wyłącznie o sobie, o tej jednej kropli. Modląc się oczywiście, by inne krople stwierdziły, że to także o nich.
Pytany o ścieżkę kariery, Koterski kilkakrotnie powtarzał, że jedyne, co robił w życiu, to podążał za marzeniami. Gdy któraś z pań na widowni dociekała, jakie marzenia z młodości pamięta, odpowiedział po namyśle:
– Kiedy byłem w trzeciej klasie szkoły podstawowej, gdzie wolno było mieć tylko zeszyty 16-kartkowe w podwójną linię, kupiłem sobie zeszyt 100-kartkowy w kratce i na pierwszej stronie napisałem: „Marek Koterski. Dzieła zebrane”. I to było wszystko, co zapisałem w tym zeszycie.
Ulegliśmy jego czarowi wszyscy, bez wyjątku (nawet R., który wychodząc z seansu został zaatakowany przez przejedzone ptactwo). Do tego stopnia, że postanowiliśmy po powrocie zrobić sobie retrospektywę filmów Koterskiego. Czas odkurzyć ten pomysł!

Relacja z podróży – Kazimierz Dolny

Choć od mojego urlopu minęło już sporo czasu, a późniejsza fala pracy skutecznie zatarła wspomnienia z wakacji – tym chętniej je odświeżę.
Kto czyta Kieszenie dłużej, ten wie, że Kazimierz Dolny to od paru lat stały punkt naszych letnich wojaży. Jednym z powodów jest urok samego miasteczka, drugim – przytulność festiwalu Dwa Brzegi, na który z wielkim entuzjazmem wracamy. Dlaczego? O tym pisałam przed dwoma laty i moje odczucia zasadniczo się nie zmieniły.

Tym razem odwiedziliśmy Kazimierz w większym, siedmioosobowym gronie. I niestety, pozostał we mnie pewien niedosyt – poczucie, że nie udało mi się przedstawić przyjaciołom pełni kazimierskich uroków. Po pierwsze dlatego, że trafiliśmy na morderczy upał (wdrapanie się na Górę Trzech Krzyży, z której pochodzi zdjęcie powyżej, i skąd przesłałam Wam pocztówkę, stanowiło nie lada wyczyn). Czas wolny spędzaliśmy więc głównie snując się w rozpaczliwym poszukiwaniu cienia. Wysokie temperatury dały się we znaki i podczas seansów, zakłócając odbiór do tego stopnia, że prawie mdleliśmy (Paweł dosłownie stracił kontakt z rzeczywistością). Po drugie, spędzenie na Dwóch Brzegach tylko weekendu jedynie rozbudziło mój apetyt na spotkania z twórcami, a nie pozwoliło nam na skosztowanie wielu z nich – zahaczyliśmy o spotkanie z Kondratem, wysłuchaliśmy Więckiewicza i Koterskiego, ale ominęli nas Danuta Szaflarska, Janusz Głowacki czy Magdalena Cielecka.

Niemniej to, co udało się zobaczyć, pożeraliśmy łapczywie. Do bezcennych wrażeń zaliczam spotkanie z Robertem Więckiewiczem, który w bezpośrednim kontakcie okazał się równie bezpretensjonalny, jak w mojej wyobraźni, a przede wszystkim – cudowną gawędę Marka Koterskiego (!). O niej za chwilę napiszę Wam więcej.

Stanowczo wracam do Kazimierza za rok. Na cztery – pięć dni.



Na koniec jeszcze garść wrażeń. W Kazimierzu:
  • obejrzeliśmy świetny dokument Uwikłani Lidii Dudy
  • zjedliśmy dobre naleśniki francuskie przy ul. Krakowskiej
  • kupiliśmy książkę o Freddiem Mercurym (Marlena i Łukasz)
  • wysłuchaliśmy koncertu Diego el Cigala, siedząc na murku i jedząc gofry (Magda, Paweł i ja)
  • wygłosiliśmy szaleńczy monolog na temat Lewisa Hamiltona (Łukasz)
  • nie zadaliśmy Więckiewiczowi pytania o fortele Ukraińca z W ciemności (R.)
  • wychyliliśmy kilka piw U Fryzjera
  • spotkaliśmy Grażynę Torbicką, której Adam nie poprosił o autograf dla Mariana
  • prawie wskoczyliśmy na barana, nago, Robertowi Więckiewiczowi celem znalezienia się na Pudelku (Paweł).
Tak... Kiedy to czytam, dochodzę do wniosku, że jednak całkiem sporo tych wrażeń udało się zebrać ;-)

poniedziałek, 30 lipca 2012

Pocztówka z Kazimierza

Kanikuła trwa. Właściwie dopiero jutro oficjalnie się rozpoczyna, ale dzięki temu, że wyjechaliśmy w sobotę rano, pławimy się już po szyję w wakacyjnym nastroju. W Kazimierzu morderczy upał, ale i cudowne lenistwo. Nowy film Kena Loacha, The Angel's Share, bardzo sympatyczny. Wieczorna ulewa ożywcza. Robert Więckiewicz jak zwykle wspaniały. Do usłyszenia!


czwartek, 25 sierpnia 2011

Maria Kornatowska

To będzie wpis-niezapominajka. W ostatnią niedzielę dotarła do mnie wiadomość o śmierci Marii Kornatowskiej, świetnej filmoznawczyni i – jak się przekonałam – nietuzinkowej, charyzmatycznej osoby.

Miałam szczęście zobaczyć Kornatowską na tegorocznych Dwóch Brzegach, gdzie współtworzyła cykl Viaggio in Italia (Podróż do Włoch) – jedną z sekcji programowych festiwalu. Przed seansami Rosselliniego czy Viscontiego Kornatowska prowadziła krótkie prelekcje, przytaczając anegdoty i nieznane fakty z realizacji filmów. Największe wrażenie zrobiło na mnie
dłuższe spotkanie z nią w Cafe Kocham Kino – Kornatowska żywiołowo opowiadała o swojej miłości do filmu włoskiego i zachwycie wobec Anny Magnani, muzy Rosselliniego. Pamiętam, że po tej dyskusji mówiłam do R. że to świetnie, gdy w spotkaniach festiwalowych biorą udział pasjonaci i znawcy kina, a nie tylko aktorzy czy reżyserzy (których wrażenia z ich własnych produkcji są jednak specyficzne). I że mam nadzieję spotkać Kornatowską również w przyszłym roku.
Zdjęcie ze strony Dwóch Brzegów, fot. T. Stokowski

Erudycja autorki, jej barwny język, oryginalny styl i chęć dzielenia się wiedzą były absolutnie ujmujące. I elektryzujące – widziałam, jak ludzie, czasem przypadkowo przechodzący obok kawiarni, nieświadomi, z kim odbywa się spotkanie – zatrzymywali się i zaczynali słuchać...  W czasie Dwóch Brzegów odbyło się wiele rozmów z postaciami znacznie bardziej rozpoznawalnymi i częściej obecnymi w mediach, niż Kornatowska – a jednak to ona (nie przesadzam) otrzymała po spotkaniu największe brawa. Śmiejąc się, zareagowała na nie słowami: Dziękuję państwu,
poczułam się jak Anna Magnani!

Ogromna szkoda. Cieszę się, że miałam okazję posłuchać jej na żywo.

piątek, 12 sierpnia 2011

Dialogi filmowe

Parę sytuacji zarejestrowanych podczas pobytu w Kazimierzu.

SCENKA 1
W Kazimierzu Dolnym, wśród różnych kramów i stoisk, można znaleźć stanowiska z szyldem: HEL DO GADANIA. Ekspedientka napełnia baloniki helem i podaje klientom, którzy – po solidnym machu – mówią w charakterystyczny, piskliwy sposób. Scenka rozgrywa się przy jednym z takich stoisk.
Ekspedientka ostrożnie napełnia balonik helem.
Klient: No już mogłaby pani więcej tego wpuścić!
Ekspedientka: Zamówił pan za 5 zł, to napełniam za 5 zł.
Klient: No tak, bo przeszkadzałoby pani, gdybym (patrzy na szyld stoiska)... gdybym miał więcej do gadania!

SCENKA 2
Stoję wśród publiczności na spotkaniu z pewnym reżyserem; spotkanie prowadzi Grażyna Torbicka. Obok mnie mężczyzna ok. 50-tki gimnastykuje się, wymachując aparatem fotograficznym.


Mężczyzna
: Ech... No znowu! Ciągle zasłania i zasłania!

Patrzę przed siebie – nie widzę nikogo, kto by stał w naszym polu widzenia; większość ludzi siedzi dalej.

Mężczyzna (niecierpliwie): No nie da się normalnie zdjęć robić!

Zaintrygowana patrzę na wyświetlacz aparatu mężczyzny... Zasłania... reżyser – Grażynę Torbicką :-)

SCENKA 3 (zasłyszana przez R.)
W jednym z barów przy rynku.

Klientka: Poproszę trzy kawy, jedną pięćdziesiątkę i dwie setki.
Ekspedientka: Dobrze, do którego stolika przynieść?
Klientka
(konfidencjonalnie): Wie pani, stały klient...
Ekspedientka: Niestety, nie kojarzę pani...
Klientka (zniecierpliwiona ignorancją kelnerki): No przecież to nie ja! To kierownik piekarni!

SCENKA 4 Nastolatka do koleżanki, oglądając program spotkań festiwalowych.
Nastolatka: Ja to na pewno pójdę na Możdżerza. Słyszałam, że fajne są spotkania z Możdżerzem.

– – – – –
Miłego weekendu, moi drodzy! Nie dajcie się zwieść sugestiom, że dziś światowy Dzień Pracoholika, i wylegujcie się ostentacyjnie i beztrosko.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Przyjemności z importu

Wrażenia z Dwóch Brzegów postanowiłam wypunktować w cyklu przyjemnościowym (o filmach będzie jeszcze mowa oddzielnie), dlatego notka szykuje się długa i pełna dygresji. Ale w ten sposób mam szansę podzielić się z Wami emocjami, póki są jeszcze ciepłe :-)

(Przyjemności dedykuję też Arkowi, który zapowiedział, że za zachwyty wobec Kazimierza zatłucze
mnie młotkiem ;-)

1. Podróż przez Polskę – z R. za kierownicą, kamerą na kolanach i nogami opartymi o przednią szybę ;-) Spokojna jazda, Kocham pana, panie Sułku w radiu (tak się składa, że zawsze jadąc na Dwa Brzegi, trafiamy na tę audycje w Trójce) i cudowne uczucie oczekiwania na wakacje, które są tuż za zakrętem...

2. Świty w Kazimierzu. Pobudki bez budzika, a wcześniej barwne sny. Uświadomiłam sobie, że pobyt na Dwóch Brzegach to pierwszy tydzień od wielu miesięcy (a z pewnością – pierwszy w tym roku), podczas którego – w całości – byłam wyspana. Nawet w trakcie wakacji, choć fantastycznych, zarywałam noce; nie wspominając o tym, jak często zarywam je (niestety...) w dni powszednie. Po tym tygodniu czuję się, jakby powietrze wokół mnie się przerzedziło, mój wzrok wyostrzył, a szare komórki... nabrały rumieńców ;-) Warto spać, mówię Wam!

3. Sielskie śniadania i planowanie dnia – podczas których jedyną troską było to, czy lepiej wybrać się na film, czy np. na spotkanie z reżyserem :-)
Tempo życia biegunowo odmienne od codziennego.
4. Poranna kawa w Cafe Kocham Kino – przy czym „poranna” oznacza tu mniej więcej godzinę 11 (patrz: pkt 2 ;-) Spokojne oczekiwanie na pierwszy seans, uśmiechy na kilku – znajomych już – twarzach. Wertowanie programu imprez, krótkie lektury między filmami, przeglądanie ciekawostek w namiocie Empiku... Przy okazji dowiedziałam się np. że Elisabeth Duda popełniła książkę Żożo i Lulu – z ilustracjami Agaty Dudek, którą bardzo lubię. Tekst nie wydał mi się porywający, ale polecam przejrzenie grafiki – poniżej próbka.
Ilustracja z bloga Książki z naszej półki

5. Dłuuugie czytanie na kazimierskim rynku, przy kawie lub przy Perle. Spędziliśmy z R. kilka takich popołudniowych sesji, schronieni pod parasolem (na przemian – przeciwsłonecznym lub przeciwdeszczowym) i zanurzeni w lekturze – Marka Krajewskiego (to R., choć zamierzam dołączyć), Jeża Jerzego (urocze stworzenie, polecam tym, którzy nie znają :-) czy Murakamiego.

Tego ostatniego czytałam tym razem Po zmierzchu – i odczucia mam... dość letnie. Powieść napisana jest trochę jak scenariusz filmowy (więc na festiwal, zdawałoby się, jak znalazł ;-) i rozgrywa się w ciągu jednej nocy – śledzimy tajemnicze, nieco odrealnione wydarzenia.  Wszystko jednak, jak dla mnie,
mało wciągające i zbyt banalne. Nie sądzę, bym wracała do tej powieści (chyba tylko dla skojarzeń z Kazimierzem ;-) Moim absolutnym faworytem u Murakamiego pozostaje Norwegian Wood.

Gdyby natomiast ktoś z Was chciał przeczytać Po zmierzchu, chętnie przekażę/ prześlę mu tę książkę – za darmo, w ramach promowania idei bookcrossingu :-)

6. Pokrętne spacery
, czy też – spacery kręcone. Wyszukiwanie ujęć, które być może zostaną umieszczone w projektach filmowych, jakie chodzą mi po głowie...

7. Noclegi u Najbardziej Uprzejmego Człowieka na Świecie :-)

8. Spotkania z twórcami. Różnych dziedzin, różnych doświadczeń, różnych temperamentów (kompletną listę festiwalowych gości możecie zobaczyć tutaj).


Szczególnie lubię słuchać twórców, których talent podziwiam – a którzy jednocześnie zachowują dystans wobec swojej dyscypliny sztuki, wykazują otwartość i ciekawość świata. Takich, którzy potrafią dzielić się swoim sposobem widzenia rzeczywistości i nie trwają w przekonaniu, że ich recepta na sztukę jest jedyną i niepowtarzalną. Nie zamykają się w jednym filmie, jednej generacji czy jednej stylistyce, twierdząc, że wszyscy spoza niej nie zasługują na miano artysty (a i takich typów, jak możecie się domyślać, nie brakowało).

Słowem – cenię tych, którzy nie przestają być uważni. Takie wrażenie zrobili na mnie Zbigniew Zamachowski (nie tylko podczas rozmowy w Cafe Kocham Kino, ale i przed filmami, np. śpiewając wraz z reżyserką, Moną J. Hoel, norweską kolędę :-) oraz Leszek Możdżer (polecam jego nową płytę – z kompozycjami Komedy). Jeśli kiedykolwiek natkniecie się na spotkania z nimi, nie przegapcie.

Zdjęcie ze strony Dwóch Brzegów, autor: Tomasz Stokowski

Z innych ciekawostek – m.in. sympatyczna rozmowa z Marią Szabłowską (Wideoteka Dorosłego Człowieka), która wspominała, że gdy zaproszono do programu Irenę Jarocką, artystka przyniosła ze sobą dżinsową sukienkę z filmu Motylem jestem, czyli romans 40-latka. Twórcy Wideoteki postanowili powtórzyć ten pomysł przy spotkaniu z Marylą Rodowicz – poproszono ją o przyniesienie do studia którejś z pamiętnych scenicznych kreacji. Rodowicz, nie mogąc się zdecydować, przyniosła sukienek... kilkadziesiąt :-)

Chętnie wysłuchałam
też Zygmunta Miłoszewskiego – autora Domofonu (o którym wspominałam tutaj), ale i ekranizowanego niedawno Uwikłania. Wielbiciele komisarza Szackiego mogą już zacierać ręce – jesienią ma ukazać się druga część kryminalnej serii Miłoszewskiego, a wkrótce po niej – trzecia. Co ciekawe, Miłoszewski zdecydowanie dystansował się do ekranizacji Jacka Bromskiego – wytykał różne nieścisłości i błędy, podkreślał, że adaptacja znacznie odbiega od pierwowzoru literackiego (aż nabrałam ochoty na lekturę książki – tak się złożyło, że najpierw obejrzałam film, a potem natknęłam się na twórczość Miłoszewskiego). Spytany, czy zgodzi się, by Bromski zekranizował drugą powieść, pisarz odpowiedział jasno: Pozostając w żargonie kryminalnym – po moim trupie ;-)

9. Maliny kupowane na kazimierskim rynku. Pachnące latem, a smakujące beztroską.

10. Wieczorna muzyka
– czy to w postaci radosnego koncertu melodii klezmerskich U Fryzjera, czy to w formie instrumentalnych popisów grajków na rynku, czy wreszcie – w ramach oficjalnych występów w Domu Architekta. Tam najbardziej urzekła mnie lubelska grupa Miąższ – z wyjątkowo charyzmatyczną wokalistką :-) Misz masz gatunków muzycznych i instrumentów (np. gra na pile), niesamowita energia sceniczna i nieprzewidywalność (słuchając jednego utworu, nie mieliśmy pojęcia, co czeka nas przy następnym) rozgrzały moje serce do tego stopnia, że...  że zapomniałam o zziębniętych dłoniach (a nie było łatwo, wierzcie mi).

Nie powtórzyły już tego ani świetna Rykarda Parasol (czyli Nick Cave w spódnicy – z tym, że Nick Cave o wyjątkowo pięknym, nagim ramieniu :-), ani inspirująca grupa Hemail (choć ich wysłuchałabym jeszcze kiedyś z przyjemnością), ani radośnie improwizujący Ludojad (ten ostatni w ogóle trafił do mnie najmniej – spodobały mi się chyba tylko sceniczne kreacje ;-)

To tyle, jeśli chodzi o dwubrzeżne przyjemności. A teraz – czekam na młotek Arka... ;-)

niedziela, 7 sierpnia 2011

Pierwsza z Brzegów - 2011

Pierwsza notka z Dwóch Brzegów zawsze jest nieco sentymentalna i chaotyczna. Tak będzie i tym razem. W estetycznym wycinku moje wspomnienia z minionego tygodnia wyglądają tak:
Natomiast bardziej realistyczne ujęcie prezentuje je tak:
Czyli: masa kolorów faktur i skojarzeń. Wymięty program filmowy, który niemal rozpada się już na zgięciach. Poprzedzierane bilety, przywiezione we wszystkich kieszeniach, torebkach i... w jednym bucie :-) Rozmaite gadżety – wachlarz sponsora festiwalu (naprawdę bezcenny), cegiełka na kazimierską szkołę, przypinki Narodowego Instytutu Audiowizualnego... Odręczne notatki – zapis pomysłów na nowe teksty, scenariusze czy... przemeblowania w mieszkaniu. Intrygujące książki (od Jeża Jerzego po reportaże Szczygła – w sumie wszystko w kategoriach fauny ;-). Cudowna muzyka.

A poza kadrem: różowe buty, całkowicie przemoczone pierwszego dnia festiwalu. Nagrania filmowe, zbierane z wypiekami na twarzy podczas spacerów. Łydki pogryzione przez komary. Uśmiechy.

Na razie wrażenia z Dwóch Brzegów są więc... bezbrzeżne. Stopniowo będę je porządkować, segregować i przekładać – z pamięci do Kieszeni. 

A póki co, prezentuję Wam filmik Drżące trąby Natalii Brożyńskiej, wyróżniony w niezależnym konkursie filmów krótkometrażowych na Dwóch Brzegach. CU-DOW-NY! Będzie można go zobaczyć również w oficjalnej dystrybucji, w kinie  – przed filmem Klatka (reż. J. Lundborg, J. Storm). Tymczasem rozkoszujcie się niedzielą, bo wiecie – jutro z samego rana trzeba znów stanąć w pozie człowieka sukcesu – jak Kalasanty! ;-)
z

wtorek, 28 czerwca 2011

Zbiór klatek, czyli minirecenzje

Spośród kilkudziesięciu festiwalowych filmów udało nam się obejrzeć tylko pięć, ale i tak jestem zadowolona. Oto seria świeżych kadrów – a przy każdym krótka recenzja.

Made in Poland, reż. Przemysław Wojcieszek, Polska, 2010.
Mam problem z filmami Wojcieszka. Zwykle przez pierwsze 15 minut waham się, czy są bardziej szczere i bezkompromisowe, czy jednak pretensjonalne, demagogiczne i oparte na kliszach... i ostatecznie przychylam się chyba do tej drugiej wersji. W Made in Poland bohaterem jest Boguś, człowiek  – jak sam twierdzi – wkurwiony, który w ataku wściekłości na otaczający świat biega po mieście, demoluje samochody i szuka partnerów do rozpoczęcia rewolucji. Oddajmy sprawiedliwość, Wojcieszek pokazuje go nie bez ironii (w którejś ze scen sfrustrowany Boguś stwierdza: Wypowiedziałem wojnę tym świniom! Minęły 24 godziny, a oni jeszcze o tym nie wiedzą! Co mam robić? :-), zasadniczo jednak – dość schematycznie.

Scenki z jego udziałem Wojcieszek rozdziela cytatami słuchaczy Radia Maryja (tak sądzę, niektóre z nich przypominają mi zasłyszane wcześniej) – z perłami typu: Mój mąż nawrócił się 4 lata temu. Teraz planujemy nawrócić syna – skonfiskowałam mu wszystkie płyty albo: W świętej rodzinie nie było seksu. Dlatego seks jest niepotrzebny, seks jest złem. Umówmy się, są to pewne samograje – zabawne i przerażające zarazem (ich proporcje wahają się generalnie między tymi dwoma biegunami), i prawdę mówiąc, na ich tle zasadnicza fabuła wypada blado. Słowem – chyba nie dla mnie to kino.

Samotność długodystansowca, reż. Tony Richardson, Wielka Brytania 1962.
Przyjemna porcja klasyki. Sztandarowy film z brytyjskiego nurtu młodych gniewnych – opowieść o nastolatku, który za włamanie trafia do domu poprawczego. Kontestacja, nonkonformizm i próba określenia własnej tożsmości. I mimo oczywistych anachronizmów (przez 50 lat w kinie wiele się wydarzyło), dla mnie bardziej świeży i autentyczny niż... wiele współczesnych ;-)

Lincz
, reż. Krzysztof Łukaszewicz, Polska 2010.
Solidny, przyzwoity film. Nie wiem, dlaczego, ale spodziewałam się po nim czegoś  kartonowego, kina z pogranicza programów interwencyjnych i ekranizacji lektur szkolnych ;-) Tymczasem wyszłam z kina pozytywnie zaskoczona – ze wspomnieniem przejmującego i dość wiarygodnego obrazu.

Film jest inspirowany głośną sprawą samosądu we Włodowie – i prawdę mówiąc, zastanawiam się, na ile na mój odbiór wpływa znajomość faktów i dość emocjonalny stosunek do nich*. Tak czy owak, myślę, że Lincz to film wart obejrzenia i obiecujący debiut reżyserski Łukaszewicza.

A'propos – po raz kolejny przekonałam się, że zabiegi dystrybutorów zarzynają filmy. W zwiastunach i na plakatach można spotkać porównanie Linczu do Długu Krauzego – w rezultacie wiele krytycznych recenzji zaczyna się w tonie: Jaki tam z niego Dług! Moim zdaniem to nieporozumienie. Dług jest znakomitym filmem doświadczonego reżysera, Lincz to sprawnie zrealizowany debiut. Ja za Łukaszewicza trzymam kciuki :-)

Wtorek, po świętach, reż. Radu Muntean, Rumunia 2010.
Prosta historia o mężczyźnie uwikłanym w pozamałżeński romans. Sprawnie opowiedziana, wciągająca, miejscami błyskotliwa – przyjemny seans, mimo zdecydowanie gorzkich scen. Nie sądzę, by na długo zapadł mi w pamięć, ale cenię reżysera za garść celnych spostrzeżeń oraz oko do talentów aktorskich – Mirela Oprisor w roli żony była fantastyczna. A pierwsza i ostatnia scena filmu, moim zdaniem, świetne – choć każda z innych powodów ;-)

Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł, reż. Antoni Krauze, Polska 2011.
Skoro przy Linczu zaświtała mi obawa, że na mój odbiór filmu wpływała znajomość autentycznych wydarzeń, przy Czarnym Czwartku musiałabym tę wątpliwość pomnożyć przez tysiąc. Wstrząsający, pełen emocji film, który każdym ujęciem uzmysławiał mi rozmiary tragedii grudnia '70.

Powściągliwie opowiedziana, pozbawiona patosu, tchnąca autentyzmem historia. Chciałabym, aby o wielu wydarzeniach z historii Polski opowiedziano w ten sposób – bezpośrednio, ale przejmująco. Doceniam grę aktorską – niezbyt przekonała mnie tylko Marta Honzatko w roli żony Brunona.

- - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - -
* Ciekawostka dla tych, którzy film widzieli (uwaga, będzie SPOILER) i zastanawiają się nad stosunkiem przedstawionych wydarzeń do rzeczywistych działań recydywisty z Włodowa. Podczas rozmowy po seansie Łukaszewicz zaznaczył, że starał się zachować maksymalną wierność wobec faktów i że „konfabulacji" dopuścił się jedynie w dwóch przypadkach: koloryzując próbę samobójczą jednego z braci (Nie odbyła się w tak dramatycznych okolicznościach – nie na moście, nad torami, stwierdził reżyser) oraz dodając drastyczności zabiciu psa przez Zaranka (Owszem, zabił psa, ale nie obciął mu głowy jak pokazałem w filmie). Poza tym, jak deklaruje reżyser, wydarzenia ekranowe wiarygodnie odzwierciedlają rzeczywistość.

Tofifest

W Toruniu trwa festiwal Tofifest. Nazwa wywodzi się ze skrótu Toruń Film Festiwal, ale odkąd impreza nabrała rozpędu na arenie międzynarodowej, nikt już tej nazwy nie rozwija (kiedyś, w zamierzchłych czasach, było jeszcze Toffi, czyli Toruński Offowy Festiwal Filmowy, ale wiedzą o tym już tylko takie dinozaury, jak ja ;-)

Lubię Tofifest. Jest przyjazny, różnorodny i... pod ręką – co ważne, bo naszemu miastu nie dolega nadmiar przeglądów filmowych ;-) Z Tofifestu pochodziła zresztą pierwsza recenzja, którą zamieściłam w Kieszeniach. Kiedyś wspominałam też o plakacie – jego soczysta koncepcja wciąż obowiązuje.

Pomarańcze królowały w tym roku nie tylko na plakatach. Inauguracja festiwalu promowana była hucznie pod hasłem pokazu Mechanicznej pomarańczy Kubricka – w odrestaurowanej kopii (Drugi po festiwalu w Cannes pokaz w Europie – pisano na stronie Tofifest). I to, niestety, stanowiło pewien niewypał, gdyż seans, do którego tak gorąco zachęcano (Zapraszamy na ten wyjątkowy pokaz. Tylko raz, tylko w Toruniu, tylko na Tofifest) okazał się... imprezą zamkniętą :-) Po co więc zapraszać i krzyczeć, skoro nie było żadnej możliwości zakupu biletów?
Jak mówi dyrektor festiwalu, Kafka Jaworska: Tofifest to festiwal świeżości i młodości, tworzony z pasją i z niezgody na rzeczywistość – i wielokrotnie, podczas tej i poprzednich edycji, kładziono nacisk na bliski kontakt z widzem, na dostępność kina (hasło zeszłorocznego festiwalu to Filmy są dla ludzi) itp. Stąd zgrzyt – z całym tym wizerunkiem niepokornego festiwalu, dalekiego od czerwonych dywanów i festiwalowego nadęcia (cytat stąd), trochę kłóci mi się gala otwarcia przeznaczona tylko dla VIP-ów. Rozumiem, że inauguracja festiwalu jest dużym wydarzeniem, ale można po prostu sprzedać na nią ograniczoną liczbę wejściówek.

Drugi zgrzyt (za chwilę kończę narzekania organizacyjne, przyrzekam ;-) polegał na tym, że kupując zestaw wejściówek, nie mogliśmy z R. od razu odebrać biletów na wybrane filmy – trzeba było zgłaszać się po nie pojedynczo, w dniu seansu (czyli: musieliśmy pięć razy, oddzielnie, gnać po bilety, co dla osób pracujących wiązało się z dużym kłopotem). Do kasy festiwalowej czynnej od 10. nie mogliśmy jechać przed pracą, a dojazd po pracy oznaczał w niektórych przypadkach brak wejściówek. Szkoda.

Poza tym jednak – przyjemne wydarzenie i z pewnością będę mu kibicować :-) Jeśli ktoś z Was znajdzie się w najbliższym czasie w okolicach Torunia, polecam zahaczenie o Tofifest – program festiwalu znajdziecie tutaj (duży plus za przeglądarkę filmów – jest wygodna i przejrzysta :-). Zachęcam zwłaszcza do seansów w Kinie Centrum (w toruńskim CSW), gdzie z okazji festiwalu zaprezentowano wystawę archiwalnych plakatów filmowych. Prze-pię-kne! Kto nie może przyjechać, niech zobaczy filmik :-)

Dla mnie, jak zwykle, jedną z największych atrakcji festiwalowych są spotkania z twórcami – dlatego z R. staraliśmy się wybierać takie seanse, po których zaplanowano rozmowę z reżyserem. Skutki były mniej lub bardziej inspirujące, ale zawsze – umożliwiające wyrobienie sobie opinii – czy to o estetyce danego twórcy i jego filmowych fascynacjach (Przemysław Wojcieszek), czy to o zaangażowaniu społecznym (Krzysztof Łukaszewicz), czy też o poglądach politycznych (Michał Lorenc). To ostatnie było dla mnie najmniej interesujące...

Dość jednak o samym festiwalu – szczegóły Tofifest interesują pewnie tylko torunian, więc za chwilę napiszę o filmach :-)

P.S. Wspomnienie z serii przyjemności: moment z soboty, kiedy między jednym a drugim filmem natknęliśmy się z R. na koncert muzyki filmowej na toruńskim rynku. Symfoniczne wykonanie standardów amerykańskich (m.in. Gershwina)* pod gołym niebem,
pośród toruńskiej architektury, wypadło świetnie i pozwoliło nam przez chwilę spojrzeć na Toruń z innej, niż codzienna, perspektywy. Szkoda, że nie zawsze w soboty w okolicach godz. 22 toruński rynek tak tętni życiem. Do usłyszenia!

- - - -
- - - - - - - - - - - - - 
* Okazało się, że koncert nie miał związku z Tofifest, lecz inaugurował festiwal Muzyka i architektura, w ramach którego co tydzień na starówce będą się odbywały koncerty muzyki poważnej :-)