poniedziałek, 4 listopada 2013

Z zaskoczeniem czy bez

Zdarzają Wam się sytuacje, gdy książka wybrana losowo z regału w księgarni okazuje się fantastyczną powieścią, a długo oczekiwany film ulubionego reżysera rozczarowuje doszczętnie? Dziś moje ostatnie przypadki zderzenia oczekiwań z rzeczywistością.
 
1. Bez zaskoczenia - książka

Pamiętam dokładnie tę niedzielę. Zjadłam śniadanie w Kefirku na toruńskiej starówce (ok. 13, co czyniło ten dzień jeszcze przyjemniejszym), pospacerowałam po bulwarze i wpadłam do Empiku kupić bilety na koncert Czesława-Śpiewającego. Miałam jeszcze ponad godzinę do spotkania z Asią i Arkiem, których miałam odwiedzić na kawie, więc postanowiłam rozejrzeć się po księgarni. "Może wpadnie mi w oko jakieś wdzięczne czytadło, które dziś wieczorem otworzę i od razu wskoczę w inną rzeczywistość..." - zdążyłam pomyśleć, gdy rzuciła mi się w oczy okładka Strażnika tajemnic. 

Aż podskoczyłam z radości! Kate Morton to autorka, która w moim prywatnym rankingu plasuje się w czołówce twórców świetnych czytadeł - opowiadałam Wam o wrażeniach z lektury jej pierwszej powieści, potem buszowałam zawzięcie po Domu w Riverton, by z największymi emocjami przeczytać Milczący zamek (paradoksalnie, na blogu tylko wspomniany). Bez wahania chwyciłam więc drugi z brzegu egzemplarz (wiadomo, zasady obowiązują nawet przy spontanicznych gestach) i popędziłam do kasy!
Zaczęłam czytać jeszcze tego samego dnia, a potem pożerałam kolejne wydarzenia z Anglii lat 40. XX wieku w każdej wolnej chwili - w autobusie, na przystanku, przed snem... I powiem wprost: w gruncie rzeczy książka spełniła moje oczekiwania. Zaciekawiła, kazała niecierpliwie wertować kolejne strony, dostarczała rozrywki. Ale też... nie przyniosła niczego więcej.

To nie ten przypadek, gdy ulubiony autor wydaje kolejne powieści i nowsze wydają nam się o dwie długości lepsze od debiutu - bogatsze, bardziej błyskotliwe albo oryginalniejsze. Dziś, gdyby znajomy zapytał mnie, od której powieści zacząć przygodę z Morton, poleciłabym Milczący zamek. W Strażniku (tytuł oryginalny - The Secret Keeper) przeszkadzało mi powtarzanie niektórych informacji - miałam wrażenie, że autorka podkreśla odkrycia swojej bohaterki zbyt łopatologicznie, przypomina oczywistości, artykułuje wnioski wielkimi literami. Skojarzyło mi się to z powieściami Kraszewskiego na studiach - tam też każdy fakt bywał parafrazowany sześć do ośmiu razy, aby nawet nie nieuważny, co pogrążony w głębokim śnie czytelnik, zrozumiał o co chodzi. Uważam, że Strażnik zyskałaby, gdyby był o jakieś 50-100 stron mniej rozgadany. 


Co nie zmienia faktu, że na lekturę w długie, jesienne wieczory nowa Morton nadaje się znakomicie. Może się też sprawdzić jako prezent gwiazdkowy dla miłośników zapętlonych historii z tajemnicami rodzinnymi w tle.

2. Z zaskoczeniem - film

Poszliśmy na ten niego wyłącznie dla towarzystwa, z Pawłem, który - jako miłośnik Formuły1 - wypatrywał premiery. Chodzi o Wyścig (Rush). Wyluzowana, bardziej zaabsorbowana tym, jaki wariant kawy wybrać, niż nadchodzącym seansem, usiadłam w fotelu i myślami uciekałam do lokalu, w którym potem wypijemy piwo.
Aż nagle, kurczę, naprawdę dałam się wciągnąć tej historii! Emocjonowałam się rywalizacją kierowców rajdowych (Niki Lauda i James Hunt - scenariusz oparty jest na autentycznych wydarzeniach), załamywałam ręce nad ówczesnymi standardami bezpieczeństwa w sporcie, wstrzymywałam oddech przy wirażach i dawałam się ująć grze aktorskiej Daniela Brühla (no i - przymykałam oczy przy ujęciach obrażeń powypadkowych). A na deser - celebrowałam akcję osadzoną w latach 70., czyli piękne fryzury, wzorzyste koszule i retro bolidy z nazwiskami zawodników wypisanymi zgrabną czcionką. Mniam!

Dopiero później dowiedziałam się, że reżyserem filmu jest Ron Howard, którego cenię m.in. za Piękny umysł i Oszukaną. I przyszła mi do głowy myśl, która przyświeca tej notce: o ileż przyjemniej by się żyło, gdybyśmy pozbyli się wszelkich oczekiwań! Wobec książek i filmów, wobec ludzi, wobec pracy, wobec siebie. Gdyby wszystko dawało się przyjmować z beztroską ufnością, lekką nonszalancją, bez wiedzy, która obciąża oczekiwaniami...Udanego tygodnia, Kieszeniarze (niczego się nie spodziewajcie)!

6 komentarzy:

  1. Zaskoczenie: Kieszenie chodzą na filmy o formule1 :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy, zaskoczenie również dla mnie ;)

      Usuń
  2. Życie niespodziankami sypie na codzień, choć nie zawsze.
    Przeczytawszy, że o ok. 13 śniadanko na starówce, potem Empik, Czesiek, Asia, Arek, kino i na piwko pomyślałem: w CZEPKU rodzona.
    A potem spojrzałem w prawo, na kąpielowe akcesoria.
    Cóż, Torunianka, ZERO ZASKOCZENIA :-)
    TKO

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na starówce oczywiście zawsze w czepku (a potem kąpiel w Wiśle!).

      Usuń
  3. Miałam to samo z ostatnim kryminałem Johana Theorina (którego wielbię i ubóstwiam na przemian). Napaliłam się na jak szczerbaty na suchary i przez to tylko się rozczarowałam, bo choć "Święty Psychol" jest naprawdę dobry, to jakoś tak nie w moim klimacie. Ale, ale ja nie o tym miałam. Dziś zaczęłam czytać "Umarli tańczą" Piotra Głuchowskiego i tak sobie pomyślałam, że może Cię zainteresuje ten tytuł (jeśli jeszcze go nie znasz), bo akcję umieścił Głuchowski Toruniu (co dla mnie jest plusem ogromnym, bo ja Toruń uwielbiam)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zosik, dzięki za rekomendację - nie znałam tego tytułu, a toruńska sceneria (i kuszący temat tańczących umarłych ;) przemawiają do wyobraźni. Pozdrawiam!

      Usuń

Wyraź swoje zdanie w Kieszeniach.