Zaskoczyła mnie bujna reakcja na poprzedni wpis (chyba nic się tego dnia nie działo w internetach), więc dziś, dla oddechu, odkrycie z nieśmiertelnej dziedziny designu. Proszę Państwa, oto alfabet projektowania mebli! (Maryno, dzięki za podsunięcie)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą typografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą typografia. Pokaż wszystkie posty
środa, 22 maja 2013
Tabisso, czyli posadź D na D
Etykiety:
plastyka/ design,
typografia,
wnętrza
czwartek, 21 marca 2013
Wyszło szydło z worka! (czyli historia pewnej znajomości)
Zaczęło się niepozornie. Ot, pewnego dnia, w odpowiedzi na jego czułe spojrzenia, ONA zadała kilka pytań…
„Będziesz moim przyjacielem?
Kupisz nowy mi pędzelek,
dłuto albo akwarele?
Na kolację w tę niedzielę
zrobisz pastę z beszamelem?
Dojrzysz bóstwo w moim ciele
(już nie wspomnę, że w mej duszy
wnet zakochasz się po uszy)?
Będziesz mówił do mnie śmielej
i mnie kręcił jak serdelek,
śpiewał mi słowicze trele
i rysował mi piksele?
I odważysz się, by lato
spędzić ze mną w Ułan Bator?"
A on na to: „Mój aniele!
Od dziś stale, przez dni wiele,
(a nawet przez kilka wcieleń)
chcę podziwiać Twe piszczele,
kręcić z Tobą karuzele,
wina wypić sto butelek,
kupować Ci na niedziele
Guczi, Diory i Szanele.
Moja droga, powiem śmielej –
lubię cię, że ja pierdzielę!”
(Tu popatrzył w jej źrenice,
mierząc pizzy jej średnicę).
[Jak się domyślacie, dzisiejszy wpis to dedykacja :) Najlepszego, J&T!]

„Będziesz moim przyjacielem?
Kupisz nowy mi pędzelek,
dłuto albo akwarele?
Na kolację w tę niedzielę
zrobisz pastę z beszamelem?
Dojrzysz bóstwo w moim ciele
(już nie wspomnę, że w mej duszy
wnet zakochasz się po uszy)?
Będziesz mówił do mnie śmielej
i mnie kręcił jak serdelek,
śpiewał mi słowicze trele
i rysował mi piksele?
I odważysz się, by lato
spędzić ze mną w Ułan Bator?"
A on na to: „Mój aniele!
Od dziś stale, przez dni wiele,
(a nawet przez kilka wcieleń)
chcę podziwiać Twe piszczele,
kręcić z Tobą karuzele,
wina wypić sto butelek,
kupować Ci na niedziele
Guczi, Diory i Szanele.
Moja droga, powiem śmielej –
lubię cię, że ja pierdzielę!”
(Tu popatrzył w jej źrenice,
mierząc pizzy jej średnicę).
[Jak się domyślacie, dzisiejszy wpis to dedykacja :) Najlepszego, J&T!]

L... is in the air!
Etykiety:
moje,
piszę i wymyślam,
typografia
środa, 13 lutego 2013
Neon zawodowiec
O istnieniu Neon Muzeum wiedziałam od paru miesięcy i regularnie śledziłam jego zasoby na Facebooku. Dlatego gdy postanowiliśmy z R. wpaść na sobotę i niedzielę do Warszawy, nie miałam wątpliwości: tego miejsca ominąć nie mogę! Po kilku żarliwych rozmowach i trzech grzańcach tych wątpliwości nie miał również R.
Muzeum mieści się na Pradze, w kompleksie budynków Soho Factory. Wygląda niepozornie, ale... Co tu dużo mówić, ewenement w Muzeum Neonów jest jak dziecko w sklepie z cukierkami! Kręciłam się w kółko, nie wiedząc, w którą stronę spojrzeć, wzdychałam, dotykałam starych liter i marzyłam, by co drugi napis zabrać do domu. Zwłaszcza neony dawnych kin o niezwykłej historii, jak ten z Kina Helios w Grudziądzu – zamkniętego w marcu 2012 na rzecz multipleksu... sieci Helios.
Jeśli Wy, podobnie jak ja, jesteście światłoczuli, polecam Wam te przykłady z wrocławskiej wystawy, a zaraz potem – krótki wypad do warszawskiego Neon Muzeum. To w gruncie rzeczy niewielka galeria, cała podróż dookoła światła zajmie Wam kwadrans, ale możliwość obejrzenia pamiątek miejskiej typografii jest bezcenna. Wstęp bezpłatny, można jedynie wnieść dobrowolną opłatę w formie cegiełki, można też kupić sobie kubek (ja nabyłam Sarenkę). Na zachętę strona internetowa Neon Muzeum oraz jego fanpage.
A samemu Muzeum życzę, cóż... świetlanej przyszłości :)
Etykiety:
typografia,
wystawa
wtorek, 29 stycznia 2013
Konie na spadochronie i trawa w kaloszach
Krakowski Kazimierz od lat figurował na liście moich podróżniczych marzeń. Odkąd na początku studiów (lepiej nie liczyć, ile to już lat) zakochałam się w samym Krakowie – bawiąc tam z Anią i gronem z koła teatrologicznego – postanowiłam kolejnym razem zapuścić się poza starówkę stare miasto ;) i zobaczyć dzielnicę, o której tylko słyszałam.
W grudniu 2012 udało się spełnić to marzenie – z R. Początek był niestety dość marny, bo (pewnie w ramach reakcji alergicznej na dni wolne od pracy) dopadło mnie paskudne przeziębienie. Potem jednak wróciłam do życia, ubrałam się ciepło (nie macie pojęcia, ile warstw człowiek jest w stanie zmieścić pod spodniami!) i wraz z R. ruszyłam w głąb Kazimierza...
Ulica Józefa.
Dla zmyły - kadr ze starówki Starego Miasta, chciałam powiedzieć ;)
Od lewej: szyld na placu Nowym, ścienne scrabble w dzielnicy Podgórze, sufit naszej kwatery i uczuciowe kłódki z Kładki Bernatka.
Pytanie dla młodszych czytelników Kieszeni - z czego wykonane jest to krzesło? W tle ewenement w czapce. Okolice pl. Nowego.

Ulica Szeroka. Czarująca.
Powiem krótko: Kazimierz to cudowna dzielnica. Kameralna (mimo hipsterskiego sznytu – nie odczuliśmy go w czasie tych kilku dni, ale też pewnie nie zaglądaliśmy do najmodniejszych lokali), pełna oryginalnych knajpek, przytulnych sklepików z mydłem i powidłem, barów, z których każdy zaskakiwał jakimś elementem wystroju czy nietuzinkowym menu. W Krakowie spędziliśmy kilka dni, ale zdecydowaną większość pożarł właśnie Kazimierz – nie mieliśmy ochoty go opuszczać. Wyjątek: krótki wypad na Podgórze i, dla przyzwoitości, na rynek (wtedy też zahaczyliśmy o Kino Pod Baranami). Oraz, istotny kierunek, Nowa Huta.
Znów bezcenny okazał się dla mnie przewodnik z serii Zrób to w..., z którego dowiedziałam się o kolonizatorach Kazimierza, twórcach klubów Singer i Alchemia; bez trudu znalazłam też miejsca, które wcześniej planowałam zobaczyć (np. sklep z meblami po recyklingu, zwany... cóż, Miejsce). Poza tym R. zjadł ekowołowinę, a ja splądrowałam butik IdeaFix, oferujący ubrania, biżuterię i meble tylko polskich projektantów (stąd pochodzą kolczyki ze zdjęcia i stąd nie pochodzi bajeczny, patchworkowy szezlong, którego nie mam w domu, ale nawzdychałam się do niego w sklepie przy Bocheńskiej). Bez Zrób to pewnie przeoczylibyśmy niejedną atrakcję.
Najprzyjemniejsze akcenty wycieczki:
Ulica Józefa (jak można odczytać)
Alchemia przy placu Nowym.
Napis przy klatce schodowej ul. Mostowej.
Szyld przy pl. Nowym.
Księgarnia przy Mostowej. Paweł, tu kupiłam Ci Mausa!
Bardzo filmowe podwórko na Kazimierzu – dwa ujęcia.
R. w Momentum i świąteczne ozdoby na rynku.
Zima w drodze powrotnej i fragment napisu z rynku.
Najprzyjemniejsze akcenty wycieczki:
- Zaułki, zakręty, podwórka... Po Kazimierzu można do woli chodzić i rozglądać się.
- Koncert muzyki żydowskiej i cała ulica Szeroka, przesycona duchem kultury żydowskiej.
- Grzane wino do śniadania. Codziennie.
- Teatr! Kino też, ale po paru tygodniach z gorętszymi emocjami wspominam Lubiewo.
- Szyldy i napisy. Jak słusznie zauważył R., na Kazimierzu nie ma żadnych sklepów czy restauracji sieciowych – dzięki temu w czasie spaceru nie jest się co krok oślepionym znanym neonowym napisem, tylko można spokojnie wyławiać ciekawe przykłady typografii użytkowej.
- Dowód miłości, czyli deklaracja R., że pójdzie ze mną na Festiwal Filmu Niemego. Wybrany seans: Metropolis, w piątek, od 23 do... 2 rano. Ostatecznie nie dotarliśmy, ale liczy się intencja!
- Zimowe spacery kładką Bernatka. Zamierzaliśmy przejść tamtędy raz, ale potem, z niewiadomych przyczyn, nogi wciąż nas tam prowadziły.
- Lokal Momentum przy Małym Rynku. Idealny dla przyjezdnych, czyli tych, którym rytm śniadań i kolacji radośnie się zaburza i o 2 rano mają ochotę na obiad, a w południe – na piwo. Sympatyczna obsługa, świetne, tapicerowane fotele i dużo, dużo zegarów (nazwa Momentum zobowiązuje).
Przyjemnie było pobyć w innym świecie (tym przyjemniej się wspomina, że obecny świat nie rozpieszcza). Nazwy ulic, napisy na tramwajach i drogowskazy co chwilę uruchamiały mi w głowie jakieś muzyczno-literackie skojarzenie, a to, klasycznie, z Bracką Turnaua (no i banał: kiedy tylko poszliśmy na starówkę, na Brackiej zaczął padać śnieg!), a to ze Świetlickim i jego litanią Planty, Szewska, Rynek... Rynek, Borek Fałęcki.
(Swoją drogą, ciekawe, że Świetlicki śpiewał: To miasto nie będzie należeć do mnie, to miasto należy raczej do Grzegorza Turnaua... a w mojej głowie Świetlicki i Turnau występują co chwilę razem, w dwugłosie).
Oprócz Kazimierza zafundowaliśmy sobie wycieczkę do Nowej Huty (Kraków i Nowa Huta. Sodoma z Gomorą... Nie zdawałam sobie sprawy, jak ten Świetlicki, którego słuchał mój brat, wdrukował mi się w pamięć!). Bardzo ciekawa przestrzeń.
A gdy wróciliśmy do Torunia... okazało się, że jest tu całkiem ciepło. I zaczęliśmy, do dziś nie dokończoną, rozmowę o tym, co musiałoby stać, żeby Bydgoskie Przedmieście w Toruniu rozkwitło jak Kazimierz w Krakowie. Idąc w ostatnią niedzielę po toruńskiej starówce – na której knajpek jest parę, butiki znikają jeden po drugim, za to mnożą się banki i parabanki, a z co drugiej witryny świeci ponury napis Lokal do wynajęcia – myślałam, że skoro wokół rynku panuje taki marazm, mroczne (choć piękne architektonicznie) osiedle Bydgoskie nieprędko stanie się sercem miasta czy rajem dla turystów.
(Swoją drogą, ciekawe, że Świetlicki śpiewał: To miasto nie będzie należeć do mnie, to miasto należy raczej do Grzegorza Turnaua... a w mojej głowie Świetlicki i Turnau występują co chwilę razem, w dwugłosie).
Oprócz Kazimierza zafundowaliśmy sobie wycieczkę do Nowej Huty (Kraków i Nowa Huta. Sodoma z Gomorą... Nie zdawałam sobie sprawy, jak ten Świetlicki, którego słuchał mój brat, wdrukował mi się w pamięć!). Bardzo ciekawa przestrzeń.
A gdy wróciliśmy do Torunia... okazało się, że jest tu całkiem ciepło. I zaczęliśmy, do dziś nie dokończoną, rozmowę o tym, co musiałoby stać, żeby Bydgoskie Przedmieście w Toruniu rozkwitło jak Kazimierz w Krakowie. Idąc w ostatnią niedzielę po toruńskiej starówce – na której knajpek jest parę, butiki znikają jeden po drugim, za to mnożą się banki i parabanki, a z co drugiej witryny świeci ponury napis Lokal do wynajęcia – myślałam, że skoro wokół rynku panuje taki marazm, mroczne (choć piękne architektonicznie) osiedle Bydgoskie nieprędko stanie się sercem miasta czy rajem dla turystów.
Etykiety:
fotografia,
kina studyjne,
podróże,
typografia
czwartek, 18 października 2012
Kandinsky type
Był taki czas, że przepadałam za Kandinskim. Potem zaczęłam nagminnie spotykać jego reprodukcje w gabinetach lekarskich, więc mój zapał trochę ostygł. Ale sentyment pozostał – dziś skutecznie podsycony przez tę czcionkę. Nie dość, że pomysłowa, to jeszcze w trójwymiarze!

Etykiety:
plastyka/ design,
pomysł,
typografia
sobota, 26 maja 2012
Balkon w bloku - odcinek 2
Wieści z frontu balkonowego – prace trwają, wkrótce balustrada zyska nową warstwę farby, a płytki na podłodze – nowe spoiny (jednak, po długich wahaniach, zdecydowaliśmy się zostać przy płytkach).
Tymczasem na świat przyszły śliczne donice na trawę (brawa dla stolarza!). Trawa na balkonie jest potrzebna do wylegiwania się i podgryzania – kotom. Aktualnie donice podlegają opisywaniu. Trzymajcie kciuki ;-)
Etykiety:
piszę i wymyślam,
typografia,
wnętrza
środa, 23 maja 2012
Słowa wychodzą z cienia
Niezwykłe druciane kompozycje autorstwa Freda Eerdekensa. Minimum (nomen omen) środków, maksimum pomysłowości.
Kreacje znalezione dzięki 1 Design per Day. A więcej prac Freda Eerdekensa, w których artysta wyławia słowa z cienia również na inne sposoby, znajdziecie na jego stronie.
Tymczasem – miłego środowego wieczoru, a dokładniej – tygodnia with a lot of fiction in the middle!
Tymczasem – miłego środowego wieczoru, a dokładniej – tygodnia with a lot of fiction in the middle!
Etykiety:
plastyka/ design,
pomysł,
typografia
czwartek, 3 maja 2012
Sielsko-trójmiejsko
No i wróciliśmy! W planach był wprawdzie wyjazd do Sandomierza, ale różne okoliczności powstrzymały nas przed oddaleniem się od Torunia dalej, niż na wyciągnięcie autostrady. Ostatecznie celem podróży zostało więc Trójmiasto – Sandomierz musi poczekać.
Niestety, po powrocie dość szybko dosięgnęła nas gorzka zmienność losu, odsuwając radosne chwile w sferę trochę odrealnioną. Z tym większą przyjemnością do nich wrócę i wypunktuję najprzyjemniejsze momenty.
Bilans kieszeniowej majówki: trzy dni nad morzem, garść niezałożonych, zbyt lekkich ubrań (Trójmiasto okazało się znacznie chłodniejsze niż Bydgoszcz, w której w sobotę bawiliśmy na dwóch ślubach – notabene, dwóch Baś – przy upalnej pogodzie) i cały wagon (większy niż wszystkie linie SKM razem wzięte!) wrażeń.
Niezwykłe miejsce noclegowe, w którym naszym współlokatorem był różowy flaming. Spacer z Gdyni Orłowo do Sopotu – nogi, po raz pierwszy w tym roku, zanurzone w morzu, a potem chwila błogiej drzemki na plaży. Drink z białego wina i sprite'a (nie wiem, czy czegoś jeszcze – muszę poeksperymentować w domu) w Gdańsku, z widokiem na Motławę. I to w poniedziałek, ok. 13 – w porze rozkosznie powszedniej. A wieczorem – gorąca „szarlotka” z żubrówki, musu owocowego i jabłek – w sopockim Błękitnym Pudlu.
Ponowne odwiedziny gdańskiego kina Kameralnego (tym razem seans Róży Smarzowskiego). Codzienne przechadzki esem-floresem nad stacją Sopot Wyścigi, by dostać się do serca miasta. Przypomnienie sobie sopockich willi z ich koronkowymi werandami. Spacer po gdańskim Dolnym Mieście, w trakcie którego R. – z tradycyjnym dla siebie zdrowym rozsądkiem – strofował mnie, że znowu włóczymy się po podejrzanych ulicach ;-) Wdrapanie się na wieżę Bazyliki Mariackiej bez liczenia schodów. Za to – liczenie kotów w Sopocie (kto pierwszy zauważy kota, wygrywa piwo) i spostrzeżenie, że w mieście musi istnieć jakiś płodny, czarno-rudo-biały kocur, bo wiele jego ewidentnych dzieci przechadzało się po willowych ogrodach. A właśnie – kot w Błękitnym Pudlu, który wskakiwał na wybrane krzesła i ucinał sobie drzemkę, nie bacząc na gości.
Niestety, po powrocie dość szybko dosięgnęła nas gorzka zmienność losu, odsuwając radosne chwile w sferę trochę odrealnioną. Z tym większą przyjemnością do nich wrócę i wypunktuję najprzyjemniejsze momenty.
L jak lato, którego zwiastuny można było zobaczyć w Polsce w miniony weekend.
Bilans kieszeniowej majówki: trzy dni nad morzem, garść niezałożonych, zbyt lekkich ubrań (Trójmiasto okazało się znacznie chłodniejsze niż Bydgoszcz, w której w sobotę bawiliśmy na dwóch ślubach – notabene, dwóch Baś – przy upalnej pogodzie) i cały wagon (większy niż wszystkie linie SKM razem wzięte!) wrażeń.
Niezwykłe miejsce noclegowe, w którym naszym współlokatorem był różowy flaming. Spacer z Gdyni Orłowo do Sopotu – nogi, po raz pierwszy w tym roku, zanurzone w morzu, a potem chwila błogiej drzemki na plaży. Drink z białego wina i sprite'a (nie wiem, czy czegoś jeszcze – muszę poeksperymentować w domu) w Gdańsku, z widokiem na Motławę. I to w poniedziałek, ok. 13 – w porze rozkosznie powszedniej. A wieczorem – gorąca „szarlotka” z żubrówki, musu owocowego i jabłek – w sopockim Błękitnym Pudlu.
Ponowne odwiedziny gdańskiego kina Kameralnego (tym razem seans Róży Smarzowskiego). Codzienne przechadzki esem-floresem nad stacją Sopot Wyścigi, by dostać się do serca miasta. Przypomnienie sobie sopockich willi z ich koronkowymi werandami. Spacer po gdańskim Dolnym Mieście, w trakcie którego R. – z tradycyjnym dla siebie zdrowym rozsądkiem – strofował mnie, że znowu włóczymy się po podejrzanych ulicach ;-) Wdrapanie się na wieżę Bazyliki Mariackiej bez liczenia schodów. Za to – liczenie kotów w Sopocie (kto pierwszy zauważy kota, wygrywa piwo) i spostrzeżenie, że w mieście musi istnieć jakiś płodny, czarno-rudo-biały kocur, bo wiele jego ewidentnych dzieci przechadzało się po willowych ogrodach. A właśnie – kot w Błękitnym Pudlu, który wskakiwał na wybrane krzesła i ucinał sobie drzemkę, nie bacząc na gości.
Poza tym – nocna przygoda z kwaterą, do której nie mogliśmy się dostać. Klamka w sopockim SPATIF-ie – do pocałowania! Świetne książki. Nasze z R. tradycyjne próby zrobienia sobie wspólnego zdjęcia (samowyzwalacz do lamusa!) i licytacje, kto ma dłuższą rękę i będzie w stanie objąć kadrem kawałek tła, a nie tylko nasze makro-nosy. Odkrycie, że gdańska wystawa kserokopiarek (wspomniana tutaj) nie zawiera już zwierząt, a także – że kawiarnio-księgarnia przy Garbarach już, niestety, nie istnieje. Za to – udane odwiedziny w sopockiej Bookarni. Dużo dobrego jedzenia. Prosta przyjemność doświadczania ciepła po interwencyjnym zakupie kurtki. Zakreślanie na mapie (coraz bardziej zdefasonowanej) ciekawych miejsc, wertowanie dwóch ciekawych przewodników.
Było sielsko-trójmiejsko. Jedyny minus – tłumy przewijające się przez główne deptaki. Ale z tym na szczęście sobie poradziliśmy, zapuszczając się na Dolne Miasto ;-)
Niebieski Mikrus i moje okulary – nad Motławą.
Pozdrawiamy Was z dachówki! R. i ja na wieży Bazyliki Mariackiej w Gdańsku.
Miejsce, gdzie kiedyś znajdowało się gdańskie kino Piast – ul. Angielska Grobla. Smutny widok. A o kinie dowiedziałam się z ciekawego przewodnika Zrób to w Trójmieście – drugiego obok Filmowego spacerownika po Trójmieście, w które zaopatrzyłam się przed wyjazdem.
Krople bursztynu – galeria zewnętrzna, na którą natknęliśmy się przypadkiem. Przy nas wprawdzie bursztyny nie świeciły, jak na tym zdjęciu, ale wypatrzyliśmy ukrytą w nich lotkę.
Bookarnia w Sopocie przy ul. Haffnera – bardzo sympatyczna kawiarnia z antresolą i mnóstwem regałów, pełnych pokus. Tu możecie obejrzeć całe wnętrze.
Krople bursztynu – galeria zewnętrzna, na którą natknęliśmy się przypadkiem. Przy nas wprawdzie bursztyny nie świeciły, jak na tym zdjęciu, ale wypatrzyliśmy ukrytą w nich lotkę.
Bookarnia w Sopocie przy ul. Haffnera – bardzo sympatyczna kawiarnia z antresolą i mnóstwem regałów, pełnych pokus. Tu możecie obejrzeć całe wnętrze.
Posąg rybaka, który przechadza się nad sopockim monciakiem.
Przyłapałam go, gdy próbował ukraść księżyc!
Przyłapałam go, gdy próbował ukraść księżyc!
Apetyczny przystanek w Gdańsku, a w tle jeden ze wspomnianych przewodników.
Gdynia Orłowo z punktu widzenia Antoniego Suchanka,
artysty, który wiele czasu spędza na ławce przy plaży.
artysty, który wiele czasu spędza na ławce przy plaży.
Po Sopocie przechadzają się czasem różowe jelenie.
Za to tamtejsze byki jeżdżą na kółkach!
Mam nadzieję, że i Wy uszczknęliście trochę relaksu z tej majówki (a najlepiej – jeszcze z niej korzystacie). Jeśli nie, głowa do góry – lada dzień weekend! :-)
Mam nadzieję, że i Wy uszczknęliście trochę relaksu z tej majówki (a najlepiej – jeszcze z niej korzystacie). Jeśli nie, głowa do góry – lada dzień weekend! :-)
Etykiety:
3miasto,
kina studyjne,
podróże,
typografia
Subskrybuj:
Posty (Atom)














































