Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plakat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plakat. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 września 2013

Multiplakacja

Lubię plakaty filmowe, z przyjemnością kolekcjonuję te najciekawsze; niektóre nawet w mają Kieszeniach swoją metkę. Z kolei śmieję się na widok wtórnych, spod sztancy, jak plakaty polskich komedii romantycznych z białym tłem, wielkim, różowym tytułem i ordynarnie wyciętymi postaciami. Gdy więc natknęłam się na to zestawienie... aż zaniemówiłam z wrażenia!

Szanowni Państwo, oto krótki kurs tendencji w światowym plakacie. Widziałeś jeden – widziałeś wszystkie. 

Trend 1: Bo w kinie trzeba mieć plecy. Mnie najbardziej kojarzy się z Pretty Woman, ale pozostałe też jakby wyglądają znajomo...
Trend 2: Oczi cziorne, oczi dziwnyje. Tęczówki pulsują krwią, płoną, zdradzają objawy zaawansowanej zaćmy, a spod powiek wyłażą osy lub... dłonie.
Trend 3: Oczi nie wiadomo, czy cziorne, bo zasłonięte. Przynależność gatunkowa filmów różna – od politycznych po horrory - ale wszystkie wydają się równie ętrygujące.


niedziela, 6 stycznia 2013

Szklanka do połowy polska

Zasłuchuję się ostatnio w audiobooku Laska nebeska Mariusza Szczygła (serdecznie Wam polecam, bo choć to zbiór esejów na temat konkretnych czeskich utworów literackich, to nawet nie znając ich - sama wielu nie znam - słucha się z dużą przyjemnością. Laska to pogodna i wywołująca uśmiech gawęda o Czechach, świetne wprowadzenie w kulturę i obyczajowość naszych południowych sąsiadów - z każdym słowem bardziej się w Czechach zakochuję!)
...i dziś (pora skończ zdanie, które rozpoczęło notkę) trafiłam na ciekawy fragment dotyczący plakatów filmowych, a szerzej - cech narodowych Polaków i Czechów. Szczygieł pisze (czyta):
Dostałem od przyjaciela album o czechosłowackim i polskim plakacie filmowym, gdzie film Sklep przy głównej ulicy na polskim plakacie to dramat psychologiczny, na czechosłowackim - tragikomedia. Film Miłość blondynki polski plakat określa jako "słynny dramat psychologiczny", plakat czechosłowacki - jako "komedię filmową". Plakat do filmu Morgiana Juraja Herza w czechosłowackiej wersji ma kobietę roześmianą, w polskiej - przerażoną, z trupią czaszką na głowie.
(z rozdziału O kurczaku a'la Havel)
Więcej czeskich nut w myślach życzę Wam i sobie! A na koniec - stosowna ilustracja.

środa, 23 listopada 2011

La-di-da

Wyszperane w sieci plakaty do Annie Hall – jednego z najlepszych filmów świata. Oczywiście, obiektywnie ;-)
La-di-da po chińsku. Źródło.
Wariacje homarowe (bo przecież nie krabowe!) autorstwa Shawna Feeney.
Nie ukrywam, homar-Allen podoba mi się bardziej niż homar-Keaton.
Ten sam motyw w innym ujęciu. Obrazek stąd.
Piękno w prostocie – grafika z kabrio-garbusem stąd.
Wariacja z deseni – Craig Redman.
Krąg wspomnień – projekt Olly Moss.
Polski plakat wyszperany na zagranicznej stronie :-)

Zabawy cytatem – autor: Mike Onclay.
Proste skojarzenia – allenowski monokl ;-)
Mój faworyt – projekt na bazie pamiętnego filmowego kadru.
Prosty, a ujmujący. Obrazek stąd.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Najbardziej kasowy film Woody'ego Allena

Tak O północy w Paryżu reklamuje dystrybutor, Kino Świat. A ja się zastanawiam: czy dla kogoś, kto nie lubi Allena, fakt, że jego nowy film jest najbardziej kasowy z dotychczasowych, będzie zachętą do obejrzenia? Co ta kasowość nagle zmieni? Nie wspominając, że poza twórczością Allena filmów sto razy bardziej kasowych jest na pęczki :-)

A dla wielbicieli twórcy Annie Hall – czy informacja finansowa będzie miała w ogóle jakieś znaczenie?
I czy kasowość filmu Allena będzie kiedykolwiek zaletą na tyle dużą, że warto jako pierwszą eksponować ją w reklamie? :-) Uruchamiam wszystkie swoje reklamowe instynkty i nie rozumiem, do kogo skierowany jest ten komunikat.

Inna kwestia, że – jak słusznie zauważyła Maryna, która odwiedziła mnie w weekend (pozdrawiam serdecznie :-) – ostatnio każdy film Allena promowany jest jako najbardziej jakiś – w zeszłym roku bodaj najzabawniejszy.

 

Tymczasem – odchodząc od dystrybutorskich zabaw słownych – prezentuję oryginalny plakat filmu Midnight in Paris. Co o nim sądzicie? Mnie bardzo się podoba!
W Polsce, niestety, plakat zmieniono (wiadomo, pierwotnie za mało było zbliżeń na znane twarze z dziwnymi grymasami, a za dużo wdzięku ;-), ale spuśćmy na to zasłonę milczenia. Ja czekam na O północy w Paryżu z niecierpliwością – nie tylko dla reżysera, ale i ze względu na Marion Cotillard, za którą przepadam, oraz Owena Wilsona, którego darzę dużą sympatią od czasu The Royal Tenenbaums. Miłego tygodnia, moi drodzy!

niedziela, 23 stycznia 2011

Bykowi chwała

Leżąc w sobotę pod kołdrą i walcząc z potwornym kaszlem (póki co, styczeń ewidentnie nie sprzyja mojemu zdrowiu), natknęłam się na program Sam na sam z Franciszkiem Starowieyskim w TVP Kultura. Widowisko zrealizowane w 1970 roku miało na celu przybliżenie twórczości plakacisty (wówczas około 40-letniego) poprzez wyjaśnienie wątpliwości, które najczęściej trapią odbiorców jego prac. Wątpliwości przedstawiał prowadzący program, odczytując pytania od widzów (przekazane wcześniej „telefonicznie i listownie”), Starowieyski odpowiadał na nie, a dodatkowy komentarz prezentowali „adwokat” i „prokurator” (znów ta sądowa konwencja;-). Prowadzący był dość bezbarwny, Starowieyski – w swoim stylu – charyzmatyczny i postrzelony, a jeden z komentatorów – Szymon Kobyliński (w roli oskarżyciela) – ujmująco kompetentny i rzeczowy. 
Wszędzie czaszki, gałki oczne, żebra... Kilka elementów układanki, których używasz za każdym razem – zarzucał Starowieyskiemu Kobyliński
Oglądałam to Sam na sam z fascynacją, ale i nie bez poczucia pewnej egzotyki. Z jednej strony bawił mnie widok niedzisiejszych elementów programu (vide: dwa szeregi pań-telefonistek siedzących w studiu – program nie był nadawany na żywo, więc ich rola nie polegała chyba na rejestrowaniu pytań od widzów ;-), z drugiej – nie mogłam wyjść z osłupienia, że przeszło godzinny program poświęcono dyskusji nad twórczością grafika. Niektóre pytania widzów były bardzo krytyczne, ale uderzała w nich nie tyle ostrość opinii, co w ogóle zaangażowanie w temat twórczości plastycznej. Próbowałam wyobrazić sobie współczesny program, w którym przez 70 minut dyskutuje się o źródłach inspiracji i technikach artysty, omawia warstwę ideową (!) jego plakatów, a widzowie z autentyczną pasją i zainteresowaniem włączają się w rozmowę. I to bez możliwości zdobycia nagrody za najszybciej wysłany SMS ;-)
Jeśli uda Wam się natknąć na powtórkę, obejrzyjcie – przyjemnie ożywcze widowisko, nawet jeśli chwilami anachroniczne. A jeśli należycie do fanów Starowieyskiego lub Kobylińskiego – to już absolutnie obowiązkowo.
P.S. Udało mi się wyszperać niewielki fragment na jutubie. Nie widać, niestety, Kobylińskiego, ale załapały się dzielne panie telefonistki ;-)

poniedziałek, 8 listopada 2010

Zamaszysty Tomaszewski

Wiadomość o otwarciu w Sopocie retrospektywy Henryka Tomaszewskiego (1914-2005), świetnego polskiego plakacisty, skłoniła mnie do przypomnienia sobie jego prac. Lubię fantazję Tomaszewskiego, jego pozorną niedbałość, zamaszyste, nieregularne linie i mocne plamy koloru. A nade wszystko – zuchwałe wariacje na temat liternictwa (najbardziej znanym spośród plakatów „typograficznych" Tomaszewskiego jest, zdaje się, Żeby Polska była Polską).
Bez wątpienia niektóre z prac artysty nie przetrwały próby czasu (zainteresowanym polecam przejrzenie tej galerii) – parę z nich można postrzegać głównie jako przykład reklamy sprzed dekad czy dawnej stylistyki afiszów filmowych. Ale spora część niezmiennie urzeka – poniższe przykłady z przyjemnością powiesiłabym u siebie w domu. Oczywiście zaraz po tym, jak wygospodaruje wolną ścianę na instalację z kredek ;-)
Prace artysty – nie tylko plakaty, ale i ilustracje do książek, projekty okładek i fotografie – można oglądać na wystawie Henryk Tomaszewski – legenda polskiego plakatu. Dzieło i postać, w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie od 29 października 2010 do 16 stycznia 2011. Zazdroszczę tym, którzy się wybiorą – nie tylko wystawy, ale i spacerów po Sopocie ;-)

piątek, 27 sierpnia 2010

Kino inspiruje

Ibraheem Youssef i ja zdecydowanie nadajemy na tych samych falach! Nie dość, że artysta tworzy świetne plakaty filmowe (w lutym pisałam Wam o kreacjach inspirowanych Tarantino), to jeszcze wybiera tytuły, obok których nie mogę przejść obojętnie! Oto kolejna porcja pomysłów twórcy z Toronto.
 
A tym, którzy jeszcze nie widzieli The Royal Tenenbaums Wesa Andersona polecam bezwzględnie nadrobić zaległości.

czwartek, 27 maja 2010

Bydlę i suka

Poniżej reklama społeczna przygotowana przez Fundację Viva! z okazji Dnia Praw Zwierząt (22 maja). Podoba mi się pomysł, oparty na użyciu obelżywych słów „odzwierzęcych” wobec ludzi; cenię twórców również za odwagę pokazania w projektach osób starszych, którym – mam wrażenie – często boimy się zwrócić uwagę za bicie czy niedorzeczne szarpanie psa.
Marzy mi się, żeby kampanie tego typu przyczyniły się do wzrostu wrażliwości na krzywdę zwierząt, a przede wszystkim – doprowadziły do zaostrzenia kar za znęcanie się nad zwierzętami... Albo inaczej – by skłoniły opinię publiczną do przekonania, że egzekwowanie tych kar jest niezbędne. Zainteresowanych odsyłam do strony TOZ-u, na której co krok pojawiają się doniesienia o bestialstwie wobec zwierząt – niestety, często karanym tylko symbolicznie.

A więcej o samej kampanii i jej założeniach przeczytacie tutaj.

wtorek, 25 maja 2010

Zagubione inspiracje

Od pierwszego sezonu oglądam serial Lost. Pewnie dawno bym przestała, gdyby nie mój brat (patrz: drugi komentarz pod notką ;), który dzielnie dopinguje mnie do śledzenia kolejnych odcinków. W tej chwili jestem w plecy o kilkanaście – a tymczasem finał lada moment – ale moja opieszałość nie zmienia faktu, że uważam Lost za świetne widowisko telewizyjne.

Nie jestem wielką fanką wątków fantastycznych ani wszelkiej maści zjawisk nadprzyrodzonych w serialach, ale w tym przypadku zostały one bardzo zgrabnie wplecione w fabułę. I choć finał z pewnością nie rozstrzygnie wszystkich tajemnic, nie usatysfakcjonuje wszystkich widzów, to naprawdę cenię scenarzystów LOST za pomysłowość i konsekwencję w prowadzeniu opowieści. Niezależnie od tego, który sezon oglądałam, co krok zaskakiwały mnie nawiązania do motywów z poprzednich serii, do epizodów, które rok wcześniej przewinęły się na dalszym planie, pozornie nie zwracając niczyjej uwagi. Podoba mi się, że twórcy serialu dbają o to, by wątki się zazębiały, szanują uważnych widzów i kreują historię, która wygląda na spójną i przemyślaną*.

Tym, którzy szukają wciągającego serialu z barwną galerią postaci drugoplanowych, polecam więc Lost (z zastrzeżeniem, by nie zniechęcać się po kilku pierwszych odcinkach). A wszystkim pozostałym serwuję oryginalne plakaty inspirowane serialem. Mój faworyt to oczywiście projekt liczbowo-typograficzny! Autorem jest Ty Mattson.- - - - -
* Tu od razu przypomina mi się inny serial – oglądany z R., Prison Break – gdzie odnosiłam wrażenie, że
każdy kolejny odcinek pisany był przez inną osobę. Z wyraźnym zastrzeżeniem, by ta osoba nie oglądała poprzednich.

czwartek, 18 lutego 2010

Quentin według Ibraheema

Nawet się nie obejrzałam, gdy od ostatniego wpisu minął ponad tydzień... A w międzyczasie nazbierało się tyle filmów i książek do odnotowania (nie wspominając już o tych do przemilczenia ;-) Póki co jednak – przyjemność estetyczna!
Ibraheem Youssef to kolejny artysta, na którego stronę natknęłam się przypadkiem, a który z miejsca zachwycił mnie swoją pomysłowością. Youssef zajmuje się różnymi formami twórczości plastycznej, ale dla mnie bezkonkurencyjne okazały się jego plakaty filmowe...
Jeśli znacie fabułę filmów Tarantino, z pewnością docenicie wdzięk Youssefowych nawiązań. Choćby te kredki w różnych kolorach, które przewracają się jak domino, jedna po drugiej... Najmniej podoba mi się chyba Pulp fiction.

Więcej (choć tylko odrobinę ;-) na stronie Ibraheema.

sobota, 30 stycznia 2010

Rewers, lofty i Koralgol

O pobycie w Łodzi wspominałam już m.in. w notce o animacji – a ponieważ w przyszły weekend Łódź przybywa do Torunia z rewizytą – najwyższy czas wynotować październikowe wrażenia! Zdjęć szyldów tym razem przywiozłam niewiele – na szczęście sama nazwa miasta okazała się przyjaźnie krótka ;-)

Nigdy wcześniej nie byłam w Łodzi, ale Ania i Maciek postarali się, abym wywiozła z niej same pozytywne wspomnienia. Pomijając początkowe zamieszanie ze znalezieniem właściwej stacji (i moją próbę opuszczenia pociągu parę minut przed Łodzią Widzew, gdy wagon utknął w chaszczach, a ja dziwiłam się, że „ta stacja taka dzika”...;-)), całe spotkanie przebiegło bez zakłóceń. Oprócz przyjemności typowo towarzyskich – jak rozmowa z Anią przy kawie (po raz pierwszy od bardzo dawna) czy wieczór w klubie Studio 102 – zgromadziłam też parę bardziej uniwersalnych wspomnień, które zamieszczam poniżej.

Jednym z nich był przedpremierowy pokaz filmu Rewers w kinie Charlie. Polecam tym, którzy jeszcze nie widzieli – szczególnie ze względu na świetne aktorstwo (urocza Krystyna Janda jako matrona z nalewką ;-), charyzmatyczna i sprytna Anna Polony, czy zabawny Dorociński, cedzący przez zęby: Nie jem słodkiego. Nie zdążyłem przyzwyczaić się do słodyczy;). Błyskotliwe dialogi czy zaskakujący przebieg samej historii (tu brawa dla scenarzysty, Andrzeja Barta) autentycznie wciągały i bawiły.

Po seansie zastanawiałam się jednak, co tak naprawdę sprawiło, że Rewers zebrał tak wiele ultrapozytywnych opinii. Osobiście gdybym miała wybrać polski film z ostatniego roku czy dwóch lat, który wywarł na mnie największe wrażenie, to wskazałabym raczej na 33 sceny z życia Szumowskiej czy Rysę Rosy... Nie wiem, chyba drzemie we mnie jakieś sztywniackie przekonanie, że naprawdę godne uwagi są filmy (i książki – bo w równej mierze dotyczy to literatury), które mnie poruszają, wywołują silne emocje, pozwalają identyfikować się z bohaterami czy odczytywać w ich zachowaniach własne wątpliwości. A wszelkie lżejsze formy, które zwyczajnie uprzyjemniają czas, cenię mniej – podchodząc do nich z nastawieniem: Można obejrzeć, ale równie dobrze można zobaczyć pięć innych filmów z tej kategorii ;-) [Wyjątek stanowią tu oczywiście rzeczy spektakularnie udane, jak Annie Hall – bo te też na długo pozostają żywe w mojej głowie – ale jest ich jednak niewiele, a tych po prostu niezłych, sympatycznych, wywołujących uśmiech – całkiem sporo.]

A może właśnie nastawienie odwrotne do mojego, czyli obawa, że polskie kino potrafi tylko uderzać w tony patriotyczno-martyrologiczne i nie jest w stanie zaprezentować się z pogodnej strony, powoduje, że Rewers jest przyjmowany tak pozytywnie? Tym bardziej, że film Lankosza dotyczy czasów, które rzadko traktowane są w kinie z przymrużeniem oka. Może przekonanie, że we współczesnym polskim filmie istnieją tylko dwa bieguny – gorycz zaprawiona poczuciem klęski oraz niewyszukany dowcip spod znaku Ciacha, sprawia, że Rewers określa się mianem wyjątkowego? Tak czy owak, dla mnie pozostaje on sprawnie opowiedzianą historią – zabawną, niezobowiązującą, traktującą z dystansem gorzki czas PRL-u, urzekającą autoironią; historią, która dzięki soczystym postaciom (również tym epizodycznym) tworzy wdzięczny materiał na wolne popołudnie. Aha, Poezja, słucham? z pewnością zapisze się z mojej pamięci w kategorii filmowych powitań telefonicznych znacznie silniej niż Miau Pasikowskiego;))

Po seansie w Charliem czekały mnie kolejne atrakcje – uroczy wieczór w Studiu 102 czy przejażdżka po mieście (a przy okazji – marzenia lokalowe z łódzkimi loftami w roli głównej ;-) Następnego dnia za to postanowiliśmy zobaczyć kilka interesujących miejsc w świetle dziennym...


Na pierwszy ogień poszła łódzka filmówka. Po oszałamiającym odkryciu, że legendarna uczelnia to tak naprawdę technikum gazownicze, udało nam się dotrzeć we właściwe miejsce! ;-) Tam powitała nas plenerowo-tekstylna wystawa portretów legend kina zatytułowana Byli, są i będą (z niej pochodzi zdjęcie powyżej). Następnie przeszliśmy się korytarzami budynków... i wyobraźnia ruszyła pełną parą!

Obie z Anią wybrałyśmy na studiach specjalizację filmoznawczą, więc przeglądanie planów zajęć studentów filmówki budziło w nas lekką melancholię ;-) U mnie dodatkowo działał fakt, że nieraz zdarzało mi się montować filmy w pracy (były to oczywiście produkcje typowo korporacyjne), pisać scenariusze, dogrywać lektora czy dobierać muzykę do zmontowanego materiału – i sprawiało mi to ogromną przyjemność. Dlatego kiedy wyobrażę sobie, że mogłabym spędzać w montażowni całe dnie – i w ten sposób jeszcze zdobywać wykształcenie (!;-) – ogarnia mnie lekkie rozrzewnienie – i wpadam w stan pt. Dlaczego nie można prowadzić kilku żywotów równolegle ;-)

Dość jednak tych marzeń – po melancholijnym spacerze, wybraliśmy się wspólnie do Muzeum Kinematografii. Szczerze polecam wszystkim taką wycieczkę – oprócz wystawy plakatów do filmów Polańskiego (swoją drogą, świetne wyczucie czasu ;-), mieliśmy okazję obejrzeć mnóstwo pacynek z dawnych bajek, szkice do animacji Bolka i Lolka, postaci z Misia Koralgola, projekty kostiumów i scenografii (głównie autorstwa Tadeusza Wilkosza, którego nazwisko pewnie jeszcze zagości na łamach Kieszeni). Zabawnie, sentymentalnie i inspirująco.



Żałuję, że wraz z biletem nie wykupiłam możliwości robienia zdjęć – następnym razem to nadrobię; za to później, podczas spaceru ulicą Piotrkowską (gdzie omal nie złapaliśmy rikszy ;-), rzuciła mi się w oczy niezwykła multikulturowa wystawa... Wyobraźcie sobie, że kot dodatkowo machał łapką! ;-)


Po tym symbolicznym pożegnaniu;-), pognałam z Anią i Maćkiem na dworzec, gdzie – w myśl idei dialogu kultur – czekało na nas osobliwe zaproszenie do dyskusji:

I tak minęła moja pierwsza łódzka niedziela... Próba ukradnięcia jednej z liter sprzed Manufaktury (właśnie, byliśmy też w Muzeum Sztuki i w pijalni czekolady nieopodal;-) zakończyła się – niestety – fiaskiem;-) Gdyby jednak ktoś z Was był w okolicy i zechciał zgarnąć dla mnie część napisu, będę wdzięczna! Może być A. Lubię A. :-)

poniedziałek, 30 listopada 2009

Czołówki, czyli chylę czoła

Bardzo lubię, kiedy czołówki filmów stanowią coś więcej, niż tylko plansze informacyjne. Kiedy są starannie skomponowane, zaprojektowane tak, że każdy ich kadr stanowi oddzielny, atrakcyjny obraz – albo kiedy układają się w animacje nawiązujące do fabuły filmu. Zdarza się, że zamiast rozległego wprowadzenia z pełnym tytułem, listą dialogową i muzyką, na chwilę rozbłyskuje tylko tytuł – nawet słabo widoczny, ledwie czytelny – i to też stanowi lepsze rozwiązanie, niż banalna seria nazwisk. Mój sentyment budzą – z oczywistych względów;) – napisy początkowe i końcowe z filmów Woody'ego Allena, w których teksty są zawsze białe, pisane od lat tą samą czcionką, wyświetlane na czarnym tle w akompaniamencie jazzowej muzyki. Nie ma tam fajerwerków kolorów czy zaskakujących animacji – a jednak całość zapada w pamięć i funkcjonuje jako znak rozpoznawczy Allena.

Najkrócej rzecz ujmując – lubię, kiedy czołówka nie jest przypadkowa, lecz stanowi pełnoprawny element filmu. Przecież, w tej czy innej postaci, pojawić się musi – dlaczego więc nie wykorzystać jej w twórczy sposób?
Parę lat temu urzekł mnie początek filmu Dziękujemy za palenie – idealnie odpowiadający tematyce działalności koncernów tytoniowych:




A znacznie wcześniej – lista dialogowa Hydrozagadki;) Jednak szczególną rolę w nowatorskim podejściu do napisów początkowych i końcowych odegrał Saul Bass – amerykański grafik i autor animacji.

Jego kariera rozpoczęła się dzięki czołówce do filmu The Man with the Golden Arm Otto Premingera (Złotoręki, 1955, do zobaczenia tutaj), a tempa nabrała dzięki współpracy z Alfredem Hitchcockiem i Martinem Scorsese. Sekwencje filmowe Bassa – jak i jego plakaty filmowe – niezmiennie budzą mój zachwyt. I mimo, że mają po kilkadziesiąt lat, nie przestają inspirować – np. twórców plakatu do Tajne przez poufne braci Coen.

Tutaj pamiętna czołówka z Zawrotu głowy, obok świetne intro do The Human Factor Otto Presingera, a poniżej – początek hitchockowskiego Północ – północny zachód:





Następnie – czołówka Ocean's eleven (tj. pierwowzoru Lewisa Milestone'a z 1960 r.) przygotowana przez Bassa:





Jako ciekawostka – gwiezdna wariacja na temat stylu Bassa;)

A na zakończenie – ilustracje artysty do książeczki Henri's walk to Paris wydanej w latach 60. Czyż nie urocze?:)


P.S. Tak, wiem – to był długi i pstrokaty post;)