czwartek, 28 lipca 2011

środa, 27 lipca 2011

Loszka z zaburzeniami

Boże, to jest szczyt buractwa mówić psycholożka albo socjolożka. Dla mnie to jest taka niedouczona pani psycholog w takim razie – pisze internauta na forum sjp. I ta arogancka  wypowiedź, przeczytana dziś rano, przypomniała mi o kolejnym (po ulubionym konkubinacie) – dylemacie lingwistycznym.

Psycholożki
, socjolożki, filolożki pojawiają się w mediach coraz częściej – i póki co, rzadko przechodzą niezauważane. Zwykle wywołują albo pozytywny błysk w stylu: O, redakcja starannie dobiera słowa, dba o równouprawnienie albo opinię z przeciwnego bieguna: No tak, wydumany feminizm, niech jeszcze nazywają panią kominiarz "kominiarką"!
Akwarela Stiny Persson

Ja zasadniczo optuję ZA wszelkiej maści –lożkami, bo uważam, że dla funkcjonalności i bogactwa języka, dla precyzji wypowiedzi, ważne jest istnienie żeńskich form różnych profesji. Lubię wyrażać się konkretnie i dokładnie, więc wygodniej mi powiedzieć lekarka niż pani lekarz. Pamiętam zresztą, że tworząc opis swojego blogowego profilu, zawahałam się przy słowach copywriterka czy montażystka filmowa, bo chyba nigdy nie słyszałam na żywo, by ktoś używał copywritera czy montażysty w żeńskich formach. A jednak ich zastosowanie wydało mi się logiczne – ciąg doktorantka, copywriter, lobbystka, montażysta ;-) zgrzytałby mi w uszach. Zwięzła, precyzyjna informacja – a że przy tym służy równouprawnieniu, to tym lepiej.

Zgadzam się jednak, że psycholożka brzmi nieco kanciasto – może dlatego, że akurat taka postać żeńskiej formy kojarzy się również ze zdrobnieniem. Stąd, jak sądzę, głosy krytyków psycholożki, określające ją jako infantylną, pretensjonalną, niepoważną, a nade wszystko – deprecjonującą kompetencje osoby, która wykonuje zawód psychologa. W uszach niektórych psycholożka brzmi pewnie jak kuchareczka. Jakiejś filologini
nie zarzucano by chyba podważania kompetencji, choć niewątpliwie brzmiałaby sztywniacko ;-)

Ciekawe jednak, że przekonanie o lekceważącym wydźwięku psycholożkl bywa tak silne, że niektóre przedstawicielki zawodu ostro się od niego odcinają. Mam w domu archiwalny numer
Wysokich Obcasów (20 marca 2010), gdzie opublikowano sprostowanie:

W wywiadzie („WO” nr 563) przedstawiliśmy psychologa Zofię Milską-Wrzesińską jako psycholożkę. Było to bez wiedzy zainteresowanej, która nie identyfikuje się z takim określeniem jej roli zawodowej. Przepraszamy.

Zaskoczyło mnie to – sama nie miałabym nic przeciwko temu, by nazwano mnie filolożką. I wolę stosować psycholożkę niż panią psycholog, bo ta z kolei – w swobodnym użyciu – wydaje mi się drętwa i wydumana. Łatwiej mi wyobrazić sobie sytuację, gdy przedstawiam koleżankę: To jest Monika, psycholożka niż To jest Monika, pani psycholog. To drugie zaczyna już dla mnie brzmieć trochę jak To jest Paweł, pan stomatolog i nieuchronnie przywodzi na myśl barejowskie Mąż jest z zawodu dyrektorem ;-) I w drugą stronę – powiem: To jest Wojtek, pielęgniarz, a nie To jest Wojtek, pan pielęgniarka.
Słowem – psycholożka jest dla mnie jeszcze pąkiem, zaczątkiem pełnokrwistego słowa – mam nadzieję, że rozkwitnie i wejdzie w nawyk większości. Nie jest doskonała (skojarzenia deminutywne), ale nie mam wątpliwości, że w języku potrzebna, sama więc będę
przykładać rękę (język ;-) do jej popularyzacji. Natomiast pani psycholog wydaje mi się już trochę anachroniczna i spodziewam się, że przekwitnie :-), pozostając tylko w zwrotach oficjalnych, grzecznościowych.

Na zakończenie jeszcze jedna złota myśl zaczerpnięta z forum sjp:

Końcówkę "-lożka" wymawia się zwykle przez "sz". Skojarzenie dla obu części "psycholożki" jest chyba jednoznaczne i nic tego nie zmieni - to zbitka słów: psychol i loszka (mała locha). Czy takie określenie w stosunku do kobiety nie jest obraźliwe?

I wizją loszki z zaburzeniami psychicznymi kończę dzisiejsze rozważania. A Wy, co sądzicie o feminizacji języka? Zabawię się w socjolożkę i zapytam!

wtorek, 26 lipca 2011

Splatający Holender

Oto, co dzieje się z wełną, gdy trafi w ręce holenderskiej projektantki tkanin, Nanny van Blaaderen.
 


Piękne zdjęcia, piękne faktury i... piękny dekolt sukienki z drugiego zdjęcia ;-) Bardzo mi się podoba zabawa splotami wełny i warkoczami modelki. A że od rana boli mnie ząb, podświadomie wyszukuję zdjęć, które kojarzą się z czymś miękkim, przytulnym i kojącym...

Ach, zapomniałabym – więcej o Nannie możecie poczytać na jej stronie.
Spokojnego wieczoru!

środa, 20 lipca 2011

Nie zaglądaj mi w majtki

Czasem ulegam przyjemnemu złudzeniu, że hasło żyj i daj żyć innym to już oczywistość, że ludzie mają rozmaite recepty na szczęście, że dawno już przyzwyczailiśmy się do odmienności.

Potem jednak znajduję takie wypowiedzi dziekanów pedagogiki, a nade wszystko – takie dyskusje światłych, skrytych za forumowymi nickami, Misjonarzy Prokreacji i... ręce mi opadają. A właściwie nie, ręce na oślep szukają klawiatury i układają dla nich piosenkę!

A zatem – w odpowiedzi na wulgaryzmy, na odmieniane przez wszystkie przypadki słowa: dewiacja, zboczenie, wynaturzenie, pedalstwo
(przykłady z cytowanego forum) –  skromna, uprzejma prośba :)

Obrazek via
Nie zaglądaj mi w majtki

Dobry wieczór, czy mogę na słówko?
Wiem, nie jestem tu mile widziany –
Jeszcze sąsiad przyjść może z wiatrówką,
Bo wiadomo, że uszy, że ściany…

Zanim jednak drgawki cię przejmą,
Zanim puls twój raptownie ustanie,
Mam dziś prośbę do ciebie uprzejmą:
Nie zaglądaj mi w majtki, kochanie.

Wiem, że krwi całe litry ci psuję,
Nic nie robiąc – po prostu będąc,
A więc, drogi mój, proponuję:
Poświęć czas tylko własnym popędom.

Przestań tracić już na mnie energię,
Zajmij swoim się życiem, kochany.
Cóż poradzę, że masz już alergię
Na serek homogenizowany.

Nie zaglądaj mi w majtki, kochanie,
Niech sypialnia ma z myśli twych zmiata,
Skoro wciąż – jak na złość, niesłychanie! –
Wyobraźnia figle Ci płata.

Skoro myśl twa cnotliwa i czysta
I trwasz dzielnie pod szyldem normalny,
Czemu tworzysz – jak masochista –
Listę moich pozycji w sypialni?

Wstrzymaj już swych fantazji żonglerkę,
Przestań dzikim oblewać się pąsem –
Ja szanuję, że twoją partnerkę
Kręci taki paradny pan z wąsem.

Nie wyszukuj – no proszę ja ciebie! –
W moim życiu skandalu i grandy;
Cóż poradzę, że w tęczy na niebie
Dopatrujesz się propagandy?

Dodam też (ale głowa do góry!),
Że sam w domu – gdy miasto śpi –
Piór nie noszę, lateksu czy skóry…
Kapcie mam takie same, jak ty.

Jeszcze jedno – choć trudno to mówić
(Zawsze przykro odbierać złudzenia) –
Bądź spokojny, nie zechcę cię uwieść.
Twoja płeć tu niczego nie zmienia.

Teraz wtrącę ostatnie trzy grosze
(Chociaż wiem, że szykują się schody…)
Żeby żyć (ach, nie obraź się proszę!),
Nie potrzeba mi twojej zgody.

Facebook 50 lat temu

Jak wyglądałyby reklamy serwisów społecznościowych w latach 50. czy 60.? ;-)
Kreacja agencji reklamowej Moma z Sao Paolo (znaleziona tutaj). Zwróćcie uwagę nie tylko na retro grafikę (w tym – monitor jak z kreskówki Jetsonowie ;-), ale i na teksty. Np. o Skype czytamy: The healthiest, most economical and secure way to keep vigorous family bonds miles away.

Zgrabnie odzwierciedlony styl dawnych reklam. Aż chciałoby się kliknąć w jakąś vintagową ikonkę
z uniesionym kciukiem – Appreciate it! ;-)
P.S. A przy okazji Share abundantly your experiences and stories, niezmiennie zapraszam do udziału w dyskusji o konkubusiach, partnerach i lepszych połowach. Temat, moim zdaniem, frapujący.

wtorek, 19 lipca 2011

Trzy kolory: Nissiros

Bardzo lubię zestawienie kolorów niebieski + pomarańczowy/ żółty. Szczególnie lubię je we wnętrzach (np. kuchni inspirującej Almodovara ;-), szyldach, w stolarce okiennej... no i w nagłówkach blogów ;-) Jako, że na greckich wyspach tandem: niebo – pomarańcza występuje często, zebrałam całkiem sporą kolekcję fotografii w tych odcieniach – z domieszką bieli. Oto więc garść kadrów z wyspy Nissiros!

P.S. A'propos tandemów – przed publikacją, pokazywałam R. tę notkę, pytając go, czy nie za dużo tu zdjęć. Może któreś wyrzucić... powiedziałam – Byle nie te drzwi z zardzewiałym zamkiem!

Wyrzuć te stare drzwi!
– powiedział R. w tym samym momencie, wskazując na to samo zdjęcie ;-)

Być dziewczyną z kwaśną miną

O tym, że bitchface może kryć w sobie promienną marzycielkę (oraz o tym, jak irytujące są ciągłe pytania Skąd ta mina? i sugestie Rozchmurz się!) mówi nam Kristine z bloga krisatomic. Znam parę osób, które z pewnością zidentyfikują się z tym obrazkiem ;-)

Rainbow font

Rodzaje tęczy, inspirowane standardowymi wariantami czcionek, prezentuje Marc Johns. Sympatyczne.
Ilustracja tęczowej czcionki (czyli tęczcionki ;-) pochodzi ze strony projektanta.

Przeczesujesz miasto rowerem?

Jeśli tak, z pewnością skorzystasz z takiego parkingu. Twój rower będzie bezpieczny... Wprost włos mu z głowy nie spadnie! :-)
 
Źródło

A gdy podczas jazdy spotkasz niesubordynowanych pieszych, daj im o sobie znać... telefonicznie!

Zabawny dzwonek do roweru wyszperany na Etsy.

niedziela, 17 lipca 2011

Siedemnastego 5

Dziś będzie zwięźle i trochę nieczytelnie – ale zdecydowanie treściwie :-)

piątek, 15 lipca 2011

Konkubuś

W Wysoklch Obcasach Extra natknęłam się ostatnio na ciekawe rozważania Jerzego Bralczyka nad słowem konkubinat. W rozmowie z Magdaleną Grzebałkowską językoznawca dociekał, dlaczego nie upowszechniły się w Polsce określenia typu partner, partnerka (skojarzenia z biznesem, programem Partnerstwa dla Pokoju itp.). Najbardziej zaintrygował mnie jednak fragment dotyczący przyszłości określeń związków nieformalnych: Bralczyk zasugerował, że naturalnym i prawdopodobnym rozwiązaniem wydaje mu się rozszerzenie znaczeń słów mąż i żona również na konkubentów – na tej samej zasadzie, na której wujek i ciocia przestały obowiązywać tylko przy ścisłym pokrewieństwie, a objęły również znajomych rodziców. I przyznam, że to rozwiązanie – choć zaskakujące – wydało mi się całkiem dobrym pomysłem.
Ilustracja Agaty Dudek
Sama przez długi czas żyłam w szczęśliwym związku na kocią łapę, bez intencji wzięcia ślubu, więc temat jest mi bliski – i wyraźnie czuję tę lukę terminologiczną. Pamiętam, że w sytuacjach nieformalnych nie miałam problemu z wyszukiwaniem coraz to nowych określeń dla R. – nazywając go żartobliwie niemężem, czasem konkubentem (choć chyba nigdy w kontekście serio), czasem współlokatorem, współkredytobiorcą, a także stosując wszelkie wariacje drugiej połowy, towarzysza życia itp. Najczęściej jednak – i dotyczy to zarówno czasów kociej łapy, jak i obecnych – mówiłam o R. używając po prostu jego imienia (albo nazwiska... tu rzecz charakterystyczna – czasem zdrabnianego ;-) Nawet na blogu jest to ewidentne – piszę o  wakacjach z R., a nie – wakacjach z mężem; przychodzi mi to naturalnie, bo niezależnie od oficjalnego statusu naszego związku, R. pozostaje dla mnie tym samym człowiekiem.

Wszystko to jednak swobodne dywagacje na temat luźnych sytuacji – a te są niekłopotliwe. Problem pojawia się w warunkach formalnych – na poczcie, w szpitalu, w urzędach – we wszystkich tych okolicznościach, które przywoływane są przez zwolenników ustawy o związkach partnerskich (w tym niżej podpisanej). Pamiętam, że odbierając za R. (będącego wtedy za granicą) list polecony, na pytanie Kim dla pani jest adresat? odpowiedziałam bez wahania: Mężem. W szpitalu, gdy potrzebowałam informacji, podałam się za narzeczoną, którą wtedy nie byłam. W obu przypadkach nie zastanawiałam się długo, sięgnęłam po słowo pierwsze z brzegu, które wyjaśnia moje prawo do uzyskania informacji czy odbioru korespondencji. Słowo, ot co. Wytrych, który szybko dopasuje naszą relację do potocznych wyobrażeń pracownika poczty czy szpitala. Nie było czasu (ani chęci), by wyjaśniać: Wie pani, jesteśmy razem osiem lat, mieszkamy sześć, od trzech lat spłacamy kredyt – o, tu proszę, widzi pani, jesteśmy zameldowani w jednym mieszkaniu, i ogólnie
kochamy się, rozumie pani, znamy swoje rodziny... No, naprawdę, on nie miałby nic przeciwko, gdyby mi pani doktor coś powiedziała o jego stanie zdrowia ;-) Parę razy zdarzyło mi się powiedzieć o R., że jest moim partnerem, ale to po chwili namysłu, przy starannym doborze słów. Nigdy natomiast nie przyszło mi do głowy, by nazwać go przyjacielem (bo owszem, jest przyjacielem, ale co komu do tego ;-), ani – tym bardziej – chłopakiem :-)

W Obcasach oprócz wywiadu z Bralczykiem opublikowana została rozmowa z reprezentantami konkubinatów. Padają w niej określenia różne – jeden z bohaterów nazywa swoją partnerkę domownikiem :-) Poza żartobliwymi, nie ma jednak sensownych substytutów konkubiny czy konkubenta.

A Wy, co sądzicie na ten temat? Czy wierzycie, że słowo konkubinat zacznie być stosowane w neutralnym kontekście? C
zyli możliwe będzie np. użycie zdania: Zostawiłem w domu dziecko z konkubiną. bez dopisku Była trzeźwa ;-) Która z wersji wydaje Wam się najbardziej prawdopodobna? Która najbardziej by Wam odpowiadała? Zagłosujcie! 


A może macie jeszcze jakieś pomysły? Zapiszcie w komentarzach!

P.S. To moja pierwsza sonda na blogu (fanfary ;-), więc wybaczcie ewentualne niedociągnięcia.

środa, 13 lipca 2011

Mona Krojona

Only the exceptional last – głosi hasło reklamowe robotów kuchennych Magimix. Przetrwają tylko rzeczy wyjątkowe, czyli sprzęt marki Magimix oraz klasyczne dzieła sztuki Leonarda da Vinci, Pabla Picasso i Rene Magritte'a. Oraz, być może, konsumenci, odżywiający się tak zdrowo, jak na obrazku :-) Przepraszam, obrazie.
Projekt znaleziony tutaj.

Kto puścił farbę, czyli pędzle w dłonie na peronie!

Pomysłową akcję reklamową zorganizowała marka Dulux, malując dworzec Warszawa Powiśle (z życzliwą pomocą warszawiaków, jak sądzę). Popatrzcie sami.

Proste a sympatyczne. Spośród namalowanych obiektów najbardziej podoba mi się, rzecz jasna, syrenka ;-) I choć nie przepadam za hasłem reklamowym Duluxa – Let's Color (generalnie na polskim rynku wolę polskie slogany; w pracy rzadko sama proponuję obcojęzyczne hasła – a i wybaczam nielicznym, np. Volkswagen. Das Auto), to dziś przymykam na to oko i uśmiecham się do Duluxa ;-)

No i fajny motyw z kosmatym psem (KOSmatym, a jakże ;-) – zupełnie zapomniałam, że kiedyś występował w duluxowych spotach, a tu proszę – leitmotiv błyskawicznie odświeżył mi znajomość marki ;-)

Na marginesie – jestem ciekawa, czy od 28 maja, kiedy akcja miała miejsce, wygląd Warszawy-Powiśle się zmienił. Może jakieś syrenki z Warszawy miały okazję sprawdzić? ;-)

Zdeptać nałóg

Reklama zachęcająca do rzucenia palenia z marką Adidas.

Ktoś chętny? No to biegiem! :-)
Kreacja wyszperana tutaj. Dziś będzie jeszcze parę reklamowych ciekawostek.

wtorek, 12 lipca 2011

Płomienne wspomnienia

R. znów wyfrunął na krótko do Barcelony (i – dając upust telepatii – zadzwonił do mnie minutę temu, gdy tylko napisałam to zdanie). Znów jest zachwycony – powtarza, że jest przepięknie! A musicie wiedzieć, że R. nie należy do ludzi, którzy często używają tego określenia. W zasadzie użył go może drugi raz w życiu. Uwzględniając powtórzenie.

Ja tymczasem wspominam pamiątki, które dotarły do mnie w styczniu... Ciastka w płomiennie czerwonej puszce (z moją wierpodobizną, a jakże!), przewodnik po Barcelonie z pięknymi zdjęciami oraz trzy porcje trunku do wspólnej konsumpcji.
Aaach, chciałoby się tam być... Dla odstraszenia samotności wybiorę się chyba do toruńskiej wersji stolicy Hiszpanii – tuż przy dworcu PKS!

poniedziałek, 11 lipca 2011

KOSmate myśli

No cóż ja na to poradzę, że po tygodniu spędzonym na Kos, moje myśli wciąż tam wracają? :-) Sześć dni w rzeczywistości niezależnej od upływu czasu, absolutnie bezchmurnej i... bezinternetowej.

Co najbardziej zapadnie mi w pamięć? Jazda rowerem wzdłuż wybrzeża, z lazurowym Morzem Śródziemnym po prawej stronie, a górzystym pejzażem po lewej (polecam wypożyczenie roweru na Kos – sama byłam sceptyczna, a okazało się, że jazda to znakomite remedium na upał). Spacer po dnie wulkanu na wyspie Nissiros – dnie gorącym i złowrogo pomrukującym. Obiad w restauracji w miasteczku Zia – z absolutnie zachwycającym widokiem na wyspę, pysznymi bakłażanami, ciepłymi uśmiechami Greków i lodowatym ouzo. Wszystkie zapachy i smaki greckiej kuchni – warzywa faszerowane fetą, okazałe oliwki, kotlety z cukinii, panierowany ser saganaki... (to moje wegetariańskie zachwyty, bo np. R. w tym czasie wsuwał souvlaki ;-) Malowane okiennice i drzwi, kwitnące parapety...
Jazdy serpentynami (chyba nigdy się na to nie uodpornię – przy każdym zakręcie z równym zapałem pożeram oczyma piękny krajobraz, co snuję katastroficzne wizje). Wieczory pod hasłem first kiss w lokalu Greka, który przypominał nam pewną toruńską osobowość ;-)

Wreszcie – morze i jego rozmaite błogosławieństwa (ale i tajemnice, jak pływające przy dnie stworzenia w piaskowym kolorze przypominające ożywione ziemniaki ;-) Dalej – wspomniane już nadmorskie lektury (nigdy i nigdzie powieści nie czyta się tak beztrosko – i tak wielkimi kęsami – jak na urlopie :-). Oraz najprzyjemniejsze na świecie uczucie, gdy człowiek – wyczerpany pływaniem i zziębnięty – kładzie się na plaży i pozwala wysuszyć słońcu skórę... Wrażenie tak samo rozkoszne nad Morzem Śródziemnym, jak nad Bałtykiem.
Miasteczko Pyli na wyspie Kos
Tego nie mogło zabraknąć. Pozdrowienia dla bohaterów drugiego planu!
 Okno restauracji na wyspie Nissiros – sąsiadującej z Kos
Grecka piekarnia, czyli sprzedaż gąbek :-)
 Kos i słone jezioro – jak widać, zamieszkałe
Dno wulkanu na wyspie Nissiros

A gdy wylądowaliśmy w Poznaniu, zapraszająco spojrzała na nas ta wystawa... ;-) Do usłyszenia!

Z dalekich stron (powieści)

Uwielbiam urlopowe poczucie obowiązku. Któregoś dnia, wylegując się na plaży na wyspie Kos (tak, tak, to tam byliśmy!), rozmawiałyśmy z Magdą o urokach Grecji – gdy nagle stwierdziłyśmy trzeźwo: Dobra, my tu gadu gadu, a książki same się nie przeczytają.

Dziś więc będzie o wakacyjnych lekturach. Lato zaniosło mnie w różne strony – a konkretnie: strony powieści Morton, Miłoszewskiego i MacDonald (aliteracja niezamierzona).


1. Dom w Riverton Kate Morton, przeł. Anna Gralak

Lektura tuż-przed-urlopowa, bo skończyłam ją w dniu wyjazdu. Druga po Zapomnianym ogrodzie powieść Morton – niezmiennie wciągająca, również podszyta tajemnicą sprzed lat, oparta na zapętlonych relacjach międzyludzkich. Przyznaję, nie wszystkie wątki intrygowały mnie równie mocno (np. na sekret ojcostwa głównej bohaterki autorka naprowadza, moim zdaniem, zbyt łopatologicznie), ale całość dostarczyła mi sporo czytelniczej satysfakcji. I doceniam finałowy pomysł fabularny dotyczący roli Grace w centrum wydarzeń!

Punktem wyjścia akcji jest realizacja filmu osnutego na samobójstwie sprzed lat. Oto w 1924 roku w brytyjskiej rezydencji w Riverton zginął młody, obiecujący poeta. Świadkami jego śmierci były dwie siostry –
Hannah i Emmeline Hartford – oraz ich służąca, Grace. Reżyserka filmu zwraca się do niemal stuletniej Grace z prośbą o konsultacje w sprawie scenariusza... i w tym momencie u kobiety ożywają płomienne wspomnienia.


Czytałam tę książkę częściowo w oryginale, a częściowo po polsku (gdy miałam mniej czasu i ambicji, a za to więcej apetytu na ciąg dalszy) – ku mojemu zaskoczeniu, przeskoki między jednym a drugim tomem przychodziły mi całkiem płynnie. Polecam Dom w Riverton na urlop – to frapująca historia, którą dobrze się czyta i przed snem, i w hałaśliwym autobusie. Przyjemna jest też narracja Grace, np. gdy bohaterka stwierdza autoironicznie: Tego ranka uśmiechnął się zza okularów i powiedział, że świetnie wyglądam. Kiedy byłam młodsza i miałam osiemdziesiąt lat, próżność kazałaby mi w to uwierzyć. Teraz uznaję tego typu komentarze za uprzejmy sposób wyrażenia zdziwienia faktem, że jeszcze żyję (s. 108).

2. Domofon Zygmunta Miłoszewskiego

W kilku recenzjach powieści Żulczyka natknęłam się na porównania do Miłoszewskiego – wypadające zmiennie, czasem na korzyść Instytutu, a czasem Domofonu. Postanowiłam przekonać się, czym zachwycają się zwolennicy Miłoszewskiego – tym bardziej, że po seansie Uwikłania (na motywach powieści Z.M.) byłam ciekawa jego prozy.

I cóż, zasadniczo się nie zawiodłam. Po pierwszym zgrzycie związanym z obecnością w powieści zjawisk nie z tej ziemi (rozmawialiśmy o tym z Magdą i R. – i każde z nas przyjęło ten fakt z pewnym zawodem), oddałam się mrocznej historii bez reszty i łykałam kolejne fakty z całym dobrodziejstwem inwentarza. Powieść, rozgrywająca się w zamkniętym środowisku mieszkańców bloku na warszawskim Bródnie, absorbuje uwagę, budzi ciekawość i niepokój. Przyznaję, miejscami też irytuje, bo nie sposób nie dostrzec dziur w fabule czy niekonsekwencji w zachowaniach bohaterów (wraz z Magdą stwierdziłyśmy, że Domofonowi przydałoby się jakieś 100 stron więcej – dla uwiarygodnienia historii postaci, pogłębienia ich rysów, większego zróżnicowania charakterów itp.). Niemniej – nie żałuję, że przeczytałam i serdecznie polecam Domofon jako wciągającą lekturę na wakacje.

Wracając do początkowego porównania – Żulczyk bardziej odpowiada mi literacko, pamiętam, że niektóre fragmenty Instytutu urzekły mnie zgrabnymi sformułowaniami czy celną metaforą (np. opis rozstania bohaterki z mężem, gdy Agnieszka porównuje próby rozdzielenia przedmiotów swoich i męża do wyodrębniania kolorów z zamazanej farbami palety). Domofon nie dostarczył mi takich wrażeń – przeciwnie, dialogi niekiedy raziły topornością i stylem bliskim telenoweli. Niemniej, książka spełniła swoje zadanie – skutecznie wypełniła mi podróż samolotem i jedną zarwaną noc na Kos.

3. Co widziały wrony Ann-Marie MacDonald, przeł. S. Studniarz

Zdecydowanie najlepsza z urlopowych powieści. Spora objętościowo, bo licząca 850 stron – ale na tyle wciągająca, że jej lektura była czystą przyjemnością.

Errata, początek mnie nużył – a w tym przypadku początek obejmuje jakieś 150-200 stron (lojalnie uprzedzam). Gdy jednak przebrniemy przez zawiązanie akcji (czyli żmudną podróż bohaterów do Centralii oraz zarys historii kanadyjskiego lotnictwa) zaczyna się pełnokrwista akcja. MacDonald serwuje nam niebanalną opowieść o rodzinie z początku
lat 60. XX wieku – oficerze lotnictwa, Jacku, jego pięknej żonie Mimi oraz dwojgu dzieci: energicznej Madelaine i zapatrzonym w ojca Michaelu.

Powodów, dla których doceniam tę powieść, jest wiele:

  • rozmach fabularny, dający możliwość obserwowania losów bohaterów na przestrzeni wielu lat, 
  • wiarygodnie nakreślone postaci (zróżnicowane relacje zarówno wśród dorosłych – tkwiących w oficjalnym szablonie kontaktów towarzyskich – jak i dzieci, realizujących konkretne role społeczne w szkole),  
  • ciekawe tło obyczajowe (model rodziny McCarthych obrazuje nie tylko patriarchat lat 60. i głębokie przekonanie o powinnościach Madelaine jako kobiety, ale i specyficzne wymagania ojca rodziny wobec syna – z którym, choć ma 12 lat, rozmawia się jak z mężczyzną, któremu odmawia się ojcowskiej czułości i wyrozumiałości),  
  • niektóre dygresje historyczne (udział hitlerowskich naukowców w anglosaskim postępie technologicznym), 
  • barwna narracja (dowcipna, błyskotliwa, autentyczna i przejmująca; zachwycił mnie obraz świata opisywany z dziecięcej perspektywy Madelaine),
  • problemy etyczne pojawiające się w tle (powracające pytanie o sens mówienia prawdy); niepokojący temat traumy, która determinuje kolejne etapy życia, 
  •  wreszcie – główna tajemnica, czyli wyjaśnienie co widziały wrony – rzecz, która trzyma w napięciu przez znaczną część powieści. Doprawdy, MacDonald udało się znakomicie zagospodarować te 850 stron. No dobra, 650, bo rozwiązania domyśliłam się dość wcześnie ;-)
Serdecznie polecam – i STANOWCZO ZNIECHĘCAM DO CZYTANIA JAKICHKOLWIEK STRESZCZEŃ. Warto otworzyć tę powieść bez uprzedzeń czy domysłów, i poznawać kolejne fakty wraz z główną bohaterką, 8-letnią Madelaine. Dopiero gdy wnikamy w społeczność Centralii stopniowo, postrzegając ją oczami nowo przybyłej dziewczynki, wydarzenia są w stanie przejąć nas, rozbawić – lub uderzyć w nas – z całą mocą.

Tomiszcze MacDonald pochłonęło moją uwagę na tyle, że naprawdę mam wrażenie, jakbym ostatni tydzień spędziła częściowo na Kos, a częściowo w Kanadzie. W niewielkiej społeczności żon oficerów, pomiędzy piątkowym balem w mesie a dziecięcymi zabawami, wśród łąk i pól kukurydzy...

P.S. Wkrótce będzie coś więcej – nie o książkach, ale o samej KOStalgii.