W Wysoklch Obcasach Extra natknęłam się ostatnio na ciekawe rozważania Jerzego Bralczyka nad słowem konkubinat. W rozmowie z Magdaleną Grzebałkowską językoznawca dociekał, dlaczego nie upowszechniły się w Polsce określenia typu partner, partnerka (skojarzenia z biznesem, programem Partnerstwa dla Pokoju itp.). Najbardziej zaintrygował mnie jednak fragment dotyczący przyszłości określeń związków nieformalnych: Bralczyk zasugerował, że naturalnym i prawdopodobnym rozwiązaniem wydaje mu się rozszerzenie znaczeń słów mąż i żona również na konkubentów – na tej samej zasadzie, na której wujek i ciocia przestały obowiązywać tylko przy ścisłym pokrewieństwie, a objęły również znajomych rodziców. I przyznam, że to rozwiązanie – choć zaskakujące – wydało mi się całkiem dobrym pomysłem.
Wszystko to jednak swobodne dywagacje na temat luźnych sytuacji – a te są niekłopotliwe. Problem pojawia się w warunkach formalnych – na poczcie, w szpitalu, w urzędach – we wszystkich tych okolicznościach, które przywoływane są przez zwolenników ustawy o związkach partnerskich (w tym niżej podpisanej). Pamiętam, że odbierając za R. (będącego wtedy za granicą) list polecony, na pytanie Kim dla pani jest adresat? odpowiedziałam bez wahania: Mężem. W szpitalu, gdy potrzebowałam informacji, podałam się za narzeczoną, którą wtedy nie byłam. W obu przypadkach nie zastanawiałam się długo, sięgnęłam po słowo pierwsze z brzegu, które wyjaśnia moje prawo do uzyskania informacji czy odbioru korespondencji. Słowo, ot co. Wytrych, który szybko dopasuje naszą relację do potocznych wyobrażeń pracownika poczty czy szpitala. Nie było czasu (ani chęci), by wyjaśniać: Wie pani, jesteśmy razem osiem lat, mieszkamy sześć, od trzech lat spłacamy kredyt – o, tu proszę, widzi pani, jesteśmy zameldowani w jednym mieszkaniu, i ogólnie kochamy się, rozumie pani, znamy swoje rodziny... No, naprawdę, on nie miałby nic przeciwko, gdyby mi pani doktor coś powiedziała o jego stanie zdrowia ;-) Parę razy zdarzyło mi się powiedzieć o R., że jest moim partnerem, ale to po chwili namysłu, przy starannym doborze słów. Nigdy natomiast nie przyszło mi do głowy, by nazwać go przyjacielem (bo owszem, jest przyjacielem, ale co komu do tego ;-), ani – tym bardziej – chłopakiem :-)
W Obcasach oprócz wywiadu z Bralczykiem opublikowana została rozmowa z reprezentantami konkubinatów. Padają w niej określenia różne – jeden z bohaterów nazywa swoją partnerkę domownikiem :-) Poza żartobliwymi, nie ma jednak sensownych substytutów konkubiny czy konkubenta.
A Wy, co sądzicie na ten temat? Czy wierzycie, że słowo konkubinat zacznie być stosowane w neutralnym kontekście? Czyli możliwe będzie np. użycie zdania: Zostawiłem w domu dziecko z konkubiną. bez dopisku Była trzeźwa ;-) Która z wersji wydaje Wam się najbardziej prawdopodobna? Która najbardziej by Wam odpowiadała? Zagłosujcie!
Ilustracja Agaty Dudek
Sama przez długi czas żyłam w szczęśliwym związku na kocią łapę, bez intencji wzięcia ślubu, więc temat jest mi bliski – i wyraźnie czuję tę lukę terminologiczną. Pamiętam, że w sytuacjach nieformalnych nie miałam problemu z wyszukiwaniem coraz to nowych określeń dla R. – nazywając go żartobliwie niemężem, czasem konkubentem (choć chyba nigdy w kontekście serio), czasem współlokatorem, współkredytobiorcą, a także stosując wszelkie wariacje drugiej połowy, towarzysza życia itp. Najczęściej jednak – i dotyczy to zarówno czasów kociej łapy, jak i obecnych – mówiłam o R. używając po prostu jego imienia (albo nazwiska... tu rzecz charakterystyczna – czasem zdrabnianego ;-) Nawet na blogu jest to ewidentne – piszę o wakacjach z R., a nie – wakacjach z mężem; przychodzi mi to naturalnie, bo niezależnie od oficjalnego statusu naszego związku, R. pozostaje dla mnie tym samym człowiekiem.Wszystko to jednak swobodne dywagacje na temat luźnych sytuacji – a te są niekłopotliwe. Problem pojawia się w warunkach formalnych – na poczcie, w szpitalu, w urzędach – we wszystkich tych okolicznościach, które przywoływane są przez zwolenników ustawy o związkach partnerskich (w tym niżej podpisanej). Pamiętam, że odbierając za R. (będącego wtedy za granicą) list polecony, na pytanie Kim dla pani jest adresat? odpowiedziałam bez wahania: Mężem. W szpitalu, gdy potrzebowałam informacji, podałam się za narzeczoną, którą wtedy nie byłam. W obu przypadkach nie zastanawiałam się długo, sięgnęłam po słowo pierwsze z brzegu, które wyjaśnia moje prawo do uzyskania informacji czy odbioru korespondencji. Słowo, ot co. Wytrych, który szybko dopasuje naszą relację do potocznych wyobrażeń pracownika poczty czy szpitala. Nie było czasu (ani chęci), by wyjaśniać: Wie pani, jesteśmy razem osiem lat, mieszkamy sześć, od trzech lat spłacamy kredyt – o, tu proszę, widzi pani, jesteśmy zameldowani w jednym mieszkaniu, i ogólnie kochamy się, rozumie pani, znamy swoje rodziny... No, naprawdę, on nie miałby nic przeciwko, gdyby mi pani doktor coś powiedziała o jego stanie zdrowia ;-) Parę razy zdarzyło mi się powiedzieć o R., że jest moim partnerem, ale to po chwili namysłu, przy starannym doborze słów. Nigdy natomiast nie przyszło mi do głowy, by nazwać go przyjacielem (bo owszem, jest przyjacielem, ale co komu do tego ;-), ani – tym bardziej – chłopakiem :-)
W Obcasach oprócz wywiadu z Bralczykiem opublikowana została rozmowa z reprezentantami konkubinatów. Padają w niej określenia różne – jeden z bohaterów nazywa swoją partnerkę domownikiem :-) Poza żartobliwymi, nie ma jednak sensownych substytutów konkubiny czy konkubenta.
A Wy, co sądzicie na ten temat? Czy wierzycie, że słowo konkubinat zacznie być stosowane w neutralnym kontekście? Czyli możliwe będzie np. użycie zdania: Zostawiłem w domu dziecko z konkubiną. bez dopisku Była trzeźwa ;-) Która z wersji wydaje Wam się najbardziej prawdopodobna? Która najbardziej by Wam odpowiadała? Zagłosujcie!
A może macie jeszcze jakieś pomysły? Zapiszcie w komentarzach!
P.S. To moja pierwsza sonda na blogu (fanfary ;-), więc wybaczcie ewentualne niedociągnięcia.
P.S. To moja pierwsza sonda na blogu (fanfary ;-), więc wybaczcie ewentualne niedociągnięcia.



























