Często piszę tu o filmach, które premierę mają już dawno za sobą, a jedynie ja natknęłam się na nie ostatnio. Tym razem jednak do Kieszeni trafia tytuł prosto z afisza – Essential Killing Jerzego Skolimowskiego. O reżyserze zrobiło się bardzo głośno we wrześniu, gdy został nagrodzony na tegorocznym festiwalu w Wenecji.
Opowieść koncentruje się na postaci tajemniczego Afgańczyka, który zostaje schwytany przez wojska amerykańskie, a następnie przetransportowany do Polski (nawiązanie do doniesień o tajnych więzieniach CIA na Mazurach – zresztą, położonych podobno nieopodal domu Skolimowskiego). Przypadek sprawia, że bohaterowi udaje się uciec z konwoju, a następnie schronić w okolicznym lesie. Od tego momentu obserwujemy jego rozpaczliwe próby przetrwania w obcym środowisku, nieustanną ucieczkę przed stąpającymi mu po piętach służbami i zmagania z zimnem, strachem i dotkliwymi ranami.
Jeśli jednak spodziewacie się trzymającej w napięciu akcji czy zdecydowanego głosu w dyskusji nad problemem wojny, będziecie zawiedzeni. Mimo podjęcia tu takich tematów, jak interwencje zbrojne (w początkowych scenach mamy kilka całkiem wyrazistych postaci amerykańskich żołnierzy), walka z terroryzmem, metody torturowania więźniów czy wychowanie w gotowości do walki (mgliste retrospekcje głównego bohatera, tłumaczące w jakiś sposób jego odruch essential killing) – film Skolimowskiego nie jest obrazem stricte politycznym. Przypomina raczej mroczną, melancholijną przypowieść. Dodatkowo uogólnioną (w założeniu twórców pewnie – uniwersalną w wydźwięku) dzięki zdawkowym informacjom na temat głównego bohatera. Bo obserwując poczynania mężczyzny, nie dysponujemy żadną realną wiedzą o jego przeszłości czy pochodzeniu, nie znamy jego motywacji, więc trudno nam oceniać jego zachowania. Taka konstrukcja bohatera to zresztą, moim zdaniem, jeden z największych atutów filmu.

Kolorystyka ograniczona jest głównie do czerni i bieli (lasy pokryte śniegiem, blada skóra uciekiniera, lodowate niebo o zmierzchu...) – a barwą, która urozmaica kadr, jest najczęściej czerwień. Rana głównego bohatera sącząca się przez jego jasną odzież, dłonie unurzane we krwi ofiar na tle krystalicznie czystego strumienia – tego typu kontrastów jest w filmie wiele*. Oszczędność w doborze środków wyrazu współgra z ascetycznym charakterem samej opowieści.
Moim zdaniem warto wybrać się na Essential killing i dać się poprowadzić tej cierpkiej, metaforycznej opowieści, w której podstawowym środkiem wyrazu jest milczenie. Do mnie koncepcja Skolimowskiego trafiła, ale i – przyznaję otwarcie – nie dostarczyła mi zbyt silnych emocji. Ot, oceniam Essential Killing jako przyzwoity film.

Skorzystam jednak z faktu, że w kinie towarzyszyły mi trzy osoby i spróbuję nakreślić Wam bardziej reprezentatywną opinię :-) Po seansie byłam jedyną osobą, która nie żałowała zakupu biletu. Moi przyjaciele nie kryli rozczarowania, a ich reakcje sięgały od całkowitego znużenia i poczucia straty czasu – po przekonanie, że film był niewiarygodny i groteskowy. Mnie jego konwencja nie odstraszyła – nawet scena w opustoszałym domu młodej Polki (Emmanuelle Seigner), choć z racjonalnego punktu widzenia nieprawdopodobna, bardziej mnie ujęła niż zirytowała. Niemniej, skrajnie krytyczne głosy usłyszane nad dwiema kolejkami grzanego wina ;-) utwierdziły mnie w przekonaniu, że Essential killing to zdecydowanie nie film dla każdego.
Dlatego nie dajcie się zwieść perswazjom i jeśli marzycie o seansie, który urzecze Was zawiłościami scenariusza albo zachwyci soczystymi postaciami, lepiej odpuśćcie sobie Skolimowskiego. Bo Essential killing to film dla tych, którym nie przeszkadza, że jego fabułę można streścić w jednym zdaniu ;-)
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
* Choć przyznam, że ostatnia scena – z udziałem białego konia – była już dla mnie przesadą (i w formie, i w treści).