sobota, 14 stycznia 2012

"W ciemności" Agnieszki Holland

Przepiękny film. Opowieść o Polaku, który w okupowanym Lwowie pomaga Żydom przetrwać  wojnę – czyli motyw, wydaje się, wielokrotnie już przerabiany przez kino czy literaturę – lecz tu ukazany świeżo, niesztampowo i przejmująco. Holland snuje historię Leopolda Sochy – postaci wzorowanej na rzeczywistej – bez patosu, hollywoodzkiej ckliwości czy uciekania w banał; prosto i powściągliwie. A jednak W ciemności trzyma w napięciu i porusza.

Genialny jest tu Robert Więckiewicz  – niejednoznaczny, a dzięki temu wiarygodny (
jak w Wymyku), daleki od czarno-białych filmowych metamorfoz (znanych np. z Komornika Feliksa Falka). Świetni są towarzyszący mu aktorzy – ujęła mnie Agnieszka Grochowska, za którą do tej pory nie przepadałam (postrzegając ją chyba przez pryzmat lukrowanych postaci, które grała); niezmiennie zachwyca mnie Kinga Preis. Przede wszystkim jednak – W ciemności to znakomicie opowiedziana, przejmująca historia. Obejrzyjcie koniecznie.
Film Holland zapadnie mi też w pamięć jako celne, porażające przypomnienie świata, w którym określona grupa ludzi jest uznawana za godną pogardy z powodu arbitralnych, stworzonych przez człowieka zasad. Jako bezkompromisowy obraz słynnego Ludzie ludziom zgotowali ten los Nałkowskiej; wspomnienie (bo niestety nie hipoteza), jak niewiele trzeba, by od cywilizowanych zachowań i wzajemnego poszanowania przejść do barbarzyństwa.

czwartek, 12 stycznia 2012

Na jesienne przedwiośnie

...serwuję Wam zadziwiające kompozycje Waltera Masona. Pomysłowa i precyzyjna ingerencja w przyrodę.
 
 
 
Zdjęcia zaczerpnięte stąd, polecam obejrzeć więcej. Tymczasem – kreatywnego czwartku! :-)

wtorek, 10 stycznia 2012

Byliśmy kiedyś młodzi w najmłodszym mieście Łodzi

Co tam dzisiejsze trailery – spójrzcie na ten teledysk promujący Ziemię obiecaną! Bardzo mi się podoba – aż nabrałam ochoty, żeby obejrzeć film Wajdy.

A klip ze specjalną dedykacją dla Ani i Maćka, którzy aktualnie są młodzi w najmłodszym mieście Łodzi! :-)
   
P.S. Tak, wiem – taki stary film, a Olbrychski ma telefon w kieszeni!

Wróżby ze statystyk

Jako że rok 2012 jeszcze się tak całkowicie nie rozpanoszył, postanowiłam wysnuć sobie noworoczną wróżbę. Jednak zamiast kart Tarota czy konstelacji gwiazd – frazy, które doprowadziły internautów do Kieszeni!

Co tu dużo mówić, główny przekaz jest raczej pesymistyczny:
Co z tego że na Titanicu wszyscy byli zdrowi

bardzo brzydkie kwiaty we włosach

chochlą po łbie


Ale
pozytywną nutę przynoszą:
buddynizm dobra karma

złote myśli o oceanie

Jest i trochę rozrywki, bo wygląda na to, że czekają mnie:
majtki w balonach


Rok zapowiada się towarzysko – swoją obecność zaanonsowali:
mężczyzna widmo

prostytutka z dwoma głowami

figa że fest

żuk vs. chrabąszcz


A Wam dedykuję przepowiednię:
zielono w głowie i chodaki holenderskie

Radosnego roku! :-)

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Styczniowy przegląd filmowy

Styczeń obdarzył nas szczęśliwą ręką do filmów – niemal wszystkie, które obejrzeliśmy z R., były ciekawe. Postanowiłam szybko się nimi z Wami podzielić, bo a) niektóre tytuły jeszcze są w kinach, więc warto się na nie załapać, b) kuszą mnie już najbliższe premiery (Rzeź, W ciemności, Róża...) i zależało mi, żeby przed nimi zrobić sobie porządek w głowie :-)

A zatem – oto ostatnie odkrycia filmowe, różne, ale wszystkie moim zdaniem godne uwagi.

Musimy porozmawiać o Kevinie, We need to talk about Kevin, reż. Lynne Ramsay
Niepokojąca opowieść o Evie (Tilda Swinton), która zmaga się z wychowaniem syna – najpierw absorbującego niemowlęcia, potem krnąbrnego kilkulatka, wreszcie – licealisty-manipulatora. Historia opowiedziana zostaje przy pomocy krótkich, sugestywnych scen, w których przeszłość przeplata się z teraźniejszością – odsłaniając przed nami kolejne fakty na temat relacji Evy i syna...

Prawie dwugodzinny seans angażuje bez reszty, daje do myślenia, głównie w temacie rodzicielstwa (ten motyw ewidentnie do mnie powraca ;-), niejednokrotnie – przeraża lub irytuje. Wiele w tym filmie wymownych, przemyślanych ujęć; atut stanowi też  ciekawa, nieoczywista muzyka.

Nie przekonuje mnie właściwie jeden wątek – który na początku filmu wydawał mi się wiarygodny – wykluczenie i napiętnowanie Evy. Im bardziej rozwijała się fabuła, tym mocniej  go kwestionowałam...
Obejrzyjcie – jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.

Wszystko w porządku, The Kids Are All Right, reż. Lisa Cholodenko
Opowieść o tradycyjnej amerykańskiej rodzinie – dwoje dorosłych, w tym jedno utrzymuje dom, drugie próbuje rozkręcić własny biznes, dwoje dorastających dzieci, córka właśnie wybiera się na studia... Schemat komedii familijnej zostaje jednak przełamany faktem, że parę rodziców tworzą dwie kobiety: Nic (Annete Benning) i Jules (Julianne Moore).

Rodzina wiedzie spokojne, ustabilizowane życie – do momentu, gdy dzieci nie postanawiają odnaleźć swojego biologicznego ojca, dawcę z banku spermy sprzed lat. Jego pojawienie się w życiu Nic i Jules wprowadza nieuchronny ferment – z jednej strony wywołuje konflikty, z drugiej – budzi pozytywne emocje u nastolatków, mimochodem zaś prowokuje bohaterów do zastanowienia się nad ich codziennością i wzajemnymi relacjami.

Bezpretensjonalna historia, utrzymana w pogodnej tonacji, ale i dająca do myślenia. Trochę zawiodło mnie zakończenie, bo wydało mi się zbyt czarno-białe – jednak ogólnie film świeży, wciągający i bardzo dobrze zagrany – wart obejrzenia.

Do szpiku kości, Winter's Bone, reż. Debra Granik

Szorstka, ponura opowieść o społeczności wykluczonych, zamieszkujących lasy w środkowych Stanach Zjednoczonych. Główna bohaterka, 17-letnia Ree, wraz z dwojgiem młodszego rodzeństwa i chorą umysłowo matką, mieszka w ubogim domu, pożywienie czy drewno na opał czerpiąc z samodzielnych polowań albo sporadycznej z pomocy sąsiadów. Warunki, w jakich żyje rodzina, są bardzo skromne, jednak Ree stara się zapewnić dzieciom bezpieczeństwo i spokój.

Pewnego dnia okazuje się, że ojciec dziewczyny – skazany za produkcję narkotyków (co na tym terenie jest powszechnym sposobem zarobkowania) – jako kaucję za przepustkę z więzienia pozostawił... dom. Jeśli mężczyzna nie stawi się na wyznaczonej rozprawie sądowej, Ree wraz z rodziną wyląduje na bruku. Dziewczyna postanawia więc odszukać ojca – i staje twarzą w twarz z ludźmi, których wolałaby nigdy nie spotkać (choć z większością, jak się dowiadujemy, jest w pewnym stopniu spokrewniona). Poznajemy społeczność, w której zastraszenie jest chlebem powszednim, w której rządzą okrucieństwo i przemoc – a jednak funkcjonuje również pewien kodeks etyczny... Przejmująca historia.

Do szpiku kości
to oryginalny, niespiesznie prowadzony thriller – odległy od stereotypowych obrazów Ameryki. Co szczególnie zapadnie mi w pamięć? Znakomite aktorstwo Jennifer Lawrence (Ree) i wstrząsająca scena na łódce... Dodam, że Do szpiku kości to film, który – ze wszystkich styczniowych – najbardziej podobał się R.

Dziennik zakrapiany rumem, The Rum Diary, reż. Bruce Robinson

Film, w którym fabuła jest znacznie mniej ważna niż ogólny klimat i w którym – o dziwo – niespecjalnie mi to przeszkadzało ;-) Niezobowiązująca opowieść o dziennikarzu (Johnny Depp), który przybywa do Puerto Rico w celu ratowania podupadającej gazety. Historia oparta na autobiograficznej powieści Huntera S. Thompsona, autora Fear and Loathing in Las Vegas, jeśli więc znacie ten tytuł, wiecie mniej więcej czego się spodziewać.

Wiele tu scen bardzo zabawnych, postaci są ujmujące (w niezwykłym wcieleniu pojawił się np. Giovanni Ribisi, ostatnio widziany przeze mnie jako sztywny karierowicz w Avatarze ;-), a zdjęcia – budzące głód wakacji. Sama intryga specjalnie nie wciąga, ale film ogląda się z przyjemnością.

Plus Johnny Depp w świetnej roli i Najpiękniejszy Samochód Świata! To tyle z kieszeniowego afisza – życzę udanych seansów :-)

Nowa konfiguracja codzienności

Z początkiem nowego roku sporo zmieniło się w moim trybie pracy. Być może pamiętacie, że jesienią wspominałam o decyzji, która otworzy nowy rozdział w moim zawodowym życiu. Rzecz już się dzieje – w roku 2012 postanowiłam skoncentrować się bardziej na zajęciach, zobowiązaniach i pasjach, które – z powodu mojego zaangażowania w reklamę – były nieco zaniedbane (m.in. na doktoracie). Poczułam, że jeśli nie wprowadzę w swoim życiu jakiejś zmiany, kurz pokryje je całkowicie.

No i zmiana jest. Najbliższe tygodnie będą więc okresem dostrajania – muszę nauczyć się funkcjonować w nowym grafiku, rozgraniczyć różne aktywności tak, żeby np. czas spędzany poza firmą nie oznaczał w praktyce dalszej pracy nad sprawami agencyjnymi, tyle że w innej scenerii. Z pewnością Kieszenie nieco ucierpią na tej rewolucji – ale wierzę, że w przyszłości zyskają: większą rozpiętość tematów i większą swobodę myśli autorki ;-)


A żeby przypieczętować rozpoczęcie nowego etapu, pod koniec 2011 roku wpadłam na kolejny pomysł, do którego przygotowania zakończyłam... parę minut przed północą. Dosłownie – gorączkowo spisane myśli, zostały zaanonsowane noworocznymi fajerwerkami ;-) Trzymajcie, proszę, za mnie kciuki – na wszystkich frontach. A Wam serdecznie życzę odwagi w dążeniu do zmian – jeśli czujecie, że takie zmiany wprowadziłyby powiew pozytywnej energii do Waszej codzienności :-)
Wjazd na nową drogę życia ilustruje Matte Stephens ;-)


sobota, 7 stycznia 2012

I'm Sherlocked!

Sherlock to serial czarujący – choć główny bohater czarujący nie jest. To legendarna fabuła Conan Doyle'a, przeniesiona na grunt XXI-wiecznego Londynu z pomysłem, werwą i dowcipem. To błyskotliwy serial BBC według scenariusza Stevena Moffata i Marka Gatissa, któremu zdecydowanie warto poświęcić zimowy wieczór.

W najświeższym wcieleniu
Holmes i Watson – ikony powieści detektywistycznych –  występują jako pełnokrwiste, zadziorne postaci. Szorstki i aspołeczny Holmes (w tej roli Benedict Cumberbatch), obdarzony nieprawdopodobnym intelektem, intryguje i bawi; dobroduszny dr Watson (Martin Freeman), początkowo zdezorientowany arogancją Holmesa, równoważy jego wybryki skromnością i spokojem. Śledzenie relacji między nimi, przedstawionych barwnie i z humorem, dostarcza nie mniej rozrywki, niż rozwiązywanie zagadki kryminalnej.

To właśnie bohaterowie (nie tylko pierwszoplanowi) utrzymują tę produkcję z dala czarno-białego podziału na dobro i zło czy banałem filmów akcji, który pogrzebał
adaptację Guya Ritchie.
Sherlock urzeka nie tylko fabularnie, ale i wizualnie. Cała opowieść jest mocno osadzona we współczesności (Watson prowadzi bloga, dokumentującego współpracę z Holmesem; swoją drogą, marketingowcy zadbali o to, by tego bloga można było poczytać), ale też z wdziękiem flirtuje z przeszłością. W kadrach serialu próżno szukać efekciarstwa, nowoczesnych biurowców czy neonów znanych firm, kolorystyka jest stonowana, akcja toczy się wśród ponadczasowych ulic, na tle kostki brukowej, w sceneriach stylowych kamienic itp. Holmes i Watson podróżują głównie tradycyjnymi londyńskimi taksówkami (wprawdzie w ostatnim, czwartym odcinku, ten smaczek w stylu retro zniknął, zastąpiony przez nowoczesne auta, pewnie lokowane – ale mam nadzieję, że to nie szersza tendencja). Sherlock nosi współczesne ubrania, lecz jego płaszcz czy nakrycie głowy (tu przedstawione jako jedna z nieszkodliwych fanaberii ekscentryka), zgrabnie nawiązują do obiegowych wyobrażeń na temat detektywa. Słowem – ślicznie to wszystko skomponowane.

Polecam
wielbicielom prozy Conan Doyle'a (takiej wariacji na temat jego bohatera nie można przegapić), miłośnikom intrygujących, zapętlonych historii (nie zawężałabym tego grona tylko do fanów kryminałów), wreszcie – wszystkim, którzy mają ochotę na inteligentną rozrywkę, pełną dowcipu i zbudowaną wokół charakternych postaci. Wprawdzie najnowszy odcinek podobał mi się najmniej z dotychczasowych, ale kolejnych z pewnością nie przegapię.

piątek, 6 stycznia 2012

Wprowadź trochę światła

...do dzisiejszego wieczora. Ujmująca ilustracja Tang Yau Hoonga.
Więcej prac artysty znajdziecie na jego stronie oraz w sklepie. Mnie szczególnie urzekła ta kategoria – a w niej samochody porywane przez łapczywą przestrzeń, miasto, które wyrasta z lasu, czy... rzeczywistość skomponowana z wąsów :-)

P.S. Chociaż nie, ta też!

Dług

Pierwszy film 2012 roku – bo obejrzany 1 stycznia, między 3 a 5 rano – i od razu trafiony wybór.

Sporo już widziałam historii o agentach amerykańskiego i brytyjskiego wywiadu
– i choć niejedna z nich okazała się emocjonująca (choćby ostatni Szpieg Tomasa Alfredsona), to odczuwałam już pewien przesyt tą tematyką. Dlatego gdy kątem oka zobaczyłam w opisie Długu Johna Maddena hasło "agenci", mój entuzjazm, wcześniej wrzący, raczej ostygł. Usiadłam na kanapie, pogryzając pizzę, którą upiekliśmy w nocy z R., i nastawiałam się na niezbyt odkrywcze widowisko.

Tymczasem Dług okazał się znakomity. Historia, owszem, osnuta jest wokół trojga agentów, ale tym razem zleceniodawcą jest Mosad, wywiad izraelski, a intryga sięga lat 60. i bazuje na próbie zdemaskowania zbrodni hitlerowskich.

Troje głównych bohaterów, 24-letnia Rachel, 27-letni David i nieco starszy Stephan, wyrusza do Berlina Zachodniego, gdzie podobno ukrywa się zbrodniarz wojenny, Dieter Vogel
– zwany Chirurgiem z Birkenau. Znakomicie wyszkoleni, dysponujący wiedzą o bestialskich eksperymentach Niemca, a także – dotknięci osobistymi dramatami po śmierci bliskich w obozach koncentracyjnych, zaczynają realizować misterny plan porwania Vogla i postawienia go przed sądem...

Równolegle poznajemy historię Sary, córki Racheli, która
– współcześnie, bo w późnych latach 90. XX wieku – publikuje książkę dokumentującą akcję berlińską. Widzimy, że dzieło Sary spotyka się z dużym zainteresowaniem, a jej matka – uczestniczka pamiętnych wydarzeń – przyjmowana jest z honorami na konferencjach prasowych. Właśnie od jednego z bankietów, towarzyszących premierze książki, rozpoczyna się rekonstrukcja wydarzeń sprzed lat...

Tytułowy Dług nasuwa różne interpretacje – zobowiązanie bohaterów, którzy chcą ujawnić światu winy zbrodniarza, wobec boleśnie doświadczonego narodu izraelskiego; dług córki Rachel, Sary względem poprzednich pokoleń – nakazujący upamiętnić w książce przełomowy moment historii; wreszcie – osobisty dług głównej bohaterki – przejmujący i intrygujący...

Świetnie splecione są tu wątki historycznej odpowiedzialności i osobistego zaangażowania; wciągająca, obserwowana "na gorąco" intryga szpiegowska rozgrywa się na tle ciekawego kontekstu politycznego. A całości dzieła dopełnia aktorstwo 
– zachwyciła mnie zarówno Helen Mirren, odgrywająca Rachelę współcześnie, jak i Jessica Chastain – ta sama bohaterka w latach 60. Chastain widziałam dotąd tylko w niechlubnym Drzewie życia – obserwowanie jej w pełnokrwistej fabule było przyjemną odmianą ;-)

Pewnie Dług Maddena nie wstrząsnął mną tak, jak swojego czasu jego polski imiennik w reżyserii Krauzego
– ale z pewnością zafrapował i przejął. Gorąco polecam.