Styczeń
obdarzył nas szczęśliwą ręką do filmów – niemal wszystkie, które
obejrzeliśmy z R., były ciekawe. Postanowiłam szybko się nimi z Wami podzielić, bo a) niektóre tytuły jeszcze są w kinach, więc warto się na nie załapać, b) kuszą mnie już najbliższe premiery (Rzeź, W ciemności, Róża...) i zależało mi, żeby przed nimi zrobić sobie porządek w głowie :-)
A zatem – oto ostatnie odkrycia filmowe, różne, ale wszystkie moim zdaniem godne uwagi.
Musimy porozmawiać o Kevinie, We need to talk about Kevin, reż. Lynne Ramsay

Niepokojąca
opowieść o Evie (Tilda Swinton), która zmaga się z wychowaniem syna –
najpierw absorbującego niemowlęcia, potem krnąbrnego kilkulatka,
wreszcie – licealisty-manipulatora. Historia opowiedziana zostaje przy
pomocy krótkich, sugestywnych scen, w których przeszłość przeplata się z
teraźniejszością – odsłaniając przed nami kolejne fakty na temat
relacji Evy i syna...
Prawie dwugodzinny seans angażuje bez reszty, daje do myślenia, głównie w temacie rodzicielstwa (ten motyw ewidentnie do mnie powraca
;-), niejednokrotnie – przeraża lub irytuje. Wiele w tym filmie
wymownych, przemyślanych ujęć; atut stanowi też ciekawa, nieoczywista
muzyka.
Nie przekonuje mnie właściwie jeden wątek – który na
początku filmu wydawał mi się wiarygodny – wykluczenie i napiętnowanie
Evy. Im bardziej rozwijała się fabuła, tym mocniej go kwestionowałam...
Obejrzyjcie – jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.
Wszystko w porządku, The Kids Are All Right, reż. Lisa Cholodenko

Opowieść
o tradycyjnej amerykańskiej rodzinie – dwoje dorosłych, w tym jedno
utrzymuje dom, drugie próbuje rozkręcić własny biznes, dwoje
dorastających dzieci, córka właśnie wybiera się na studia... Schemat
komedii familijnej zostaje jednak przełamany faktem, że parę rodziców
tworzą dwie kobiety: Nic (Annete Benning) i Jules (Julianne Moore).
Rodzina
wiedzie spokojne, ustabilizowane życie – do momentu, gdy dzieci nie
postanawiają odnaleźć swojego biologicznego ojca, dawcę z banku spermy
sprzed lat. Jego pojawienie się w życiu Nic i Jules wprowadza
nieuchronny ferment – z jednej strony wywołuje konflikty, z drugiej –
budzi pozytywne emocje u nastolatków, mimochodem zaś prowokuje bohaterów
do zastanowienia się nad ich codziennością i wzajemnymi relacjami.
Bezpretensjonalna
historia, utrzymana w pogodnej tonacji, ale i dająca do myślenia.
Trochę zawiodło mnie zakończenie, bo wydało mi się zbyt czarno-białe –
jednak ogólnie film świeży, wciągający i bardzo dobrze zagrany – wart
obejrzenia.
Do szpiku kości, Winter's Bone, reż. Debra Granik

Szorstka,
ponura opowieść o społeczności wykluczonych, zamieszkujących lasy w
środkowych Stanach Zjednoczonych. Główna bohaterka, 17-letnia Ree, wraz z
dwojgiem młodszego rodzeństwa i chorą umysłowo matką, mieszka w ubogim
domu, pożywienie czy drewno na opał czerpiąc z samodzielnych polowań
albo sporadycznej z pomocy sąsiadów. Warunki, w jakich żyje rodzina, są
bardzo skromne, jednak Ree stara się zapewnić dzieciom bezpieczeństwo i
spokój.
Pewnego dnia okazuje się, że ojciec dziewczyny – skazany
za produkcję narkotyków (co na tym terenie jest powszechnym sposobem
zarobkowania) – jako kaucję za przepustkę z więzienia pozostawił... dom.
Jeśli mężczyzna nie stawi się na wyznaczonej rozprawie sądowej, Ree
wraz z rodziną wyląduje na bruku. Dziewczyna postanawia więc odszukać
ojca – i staje twarzą w twarz z ludźmi, których wolałaby nigdy nie
spotkać (choć z większością, jak się dowiadujemy, jest w pewnym stopniu
spokrewniona). Poznajemy społeczność, w której zastraszenie jest chlebem
powszednim, w której rządzą okrucieństwo i przemoc – a jednak
funkcjonuje również pewien kodeks etyczny... Przejmująca historia.
Do szpiku kości to
oryginalny, niespiesznie prowadzony thriller – odległy od
stereotypowych obrazów Ameryki. Co szczególnie zapadnie mi w pamięć?
Znakomite aktorstwo Jennifer Lawrence (Ree) i wstrząsająca scena na
łódce... Dodam, że Do szpiku kości to film, który – ze wszystkich styczniowych – najbardziej podobał się R.
Dziennik zakrapiany rumem, The Rum Diary, reż. Bruce Robinson

Film,
w którym fabuła jest znacznie mniej ważna niż ogólny klimat i w którym –
o dziwo – niespecjalnie mi to przeszkadzało ;-) Niezobowiązująca
opowieść o dziennikarzu (Johnny Depp), który przybywa do Puerto Rico w
celu ratowania podupadającej gazety. Historia oparta na
autobiograficznej powieści Huntera S. Thompsona, autora Fear and Loathing in Las Vegas, jeśli więc znacie ten tytuł, wiecie mniej więcej czego się spodziewać.
Wiele
tu scen bardzo zabawnych, postaci są ujmujące (w niezwykłym wcieleniu
pojawił się np. Giovanni Ribisi, ostatnio widziany przeze mnie jako
sztywny karierowicz w Avatarze ;-), a zdjęcia – budzące głód wakacji. Sama intryga specjalnie nie wciąga, ale film ogląda się z przyjemnością.
Plus Johnny Depp w świetnej roli i Najpiękniejszy Samochód Świata! To tyle z kieszeniowego afisza – życzę udanych seansów :-)