Akcja Fingersmith toczy się w XIX-wiecznej Anglii. Susan Trinder, córka złodziejki i morderczyni, mieszka przy Lant Street w Londynie – pod opieką dość sympatycznej pani Sucksby. Sue jest bardzo przywiązana do swojej piastunki, bo to jedyna osoba, która kiedykolwiek okazała dziewczynie serdeczność i ciepło; poza tym tylko ona zna szczegóły z życia matki Sue...
Bohaterka wychowuje się wśród drobnych oszustów i złodziei, nabywając ich umiejętności i przyswajając sobie spojrzenie na świat londyńskich rzezimieszków. Któregoś dnia jednak u progu domu pani Sucksby zjawia się młodzieniec o nazwisku Rivers (przez mieszkańców domu przy Lant Street zwany „Dżentelmenem”). Mężczyzna namawia Sue do udziału w okrutnej intrydze – bohaterka ma podjąć pracę pokojówki u Maud Lilly, młodej arystokratki mieszkającej z wujem w Briar, a w ten sposób pomóc Riversowi nawiązać romans z posażną panną. W zamian za pomoc w realizacji planu, Sue ma otrzymać od Dżentelmena 3000 funtów z posagu Maud – a sama dziedziczka, tuż po zawarciu małżeństwa z nieuczciwym uwodzicielem, zostanie zamknięta w zakładzie dla obłąkanych...

– Skupi się na intrydze, którą jej przedstawię. Podobnie jak wszyscy, zobaczy to, czego się spodziewa.
I ja uległam temu planowi, i ja skupiłam się początkowo tylko na tym, co nakreśliła przede mną Waters w pierwszej części książki. W rezultacie zwyczajnie, bez większej koncentracji, śledziłam postępy intrygi Riversa, zastanawiając się jedynie, czy zakończy się ona powodzeniem (choć „powodzenie” w świetle planów bohatera brzmi dość gorzko)...
Co jeszcze zapada w pamięć, to rozległa wiedza pisarki o opisywanej epoce. W Złodziejce Waters powołuje do życia barwny i pełen detali obraz wiktoriańskiej obyczajowości; wplata w swoją opowieść wiele szczegółów z życia ówczesnej Anglii, a perypetie głównych bohaterek ubarwia mnóstwem niuansów scenograficznych i kostiumowych (niemal słyszy się szelest tafty sukien Maud i Sue!). Cenniejsza jednak niż rozmach i precyzja w odwzorowaniu epoki jest, moim zdaniem, wiarygodność w opisywaniu relacji głównych bohaterek. Z całym bogactwem ich niejednoznaczności i subtelności...
Dosyć jednak tych podpowiedzi – zakończę elementem z dalszego planu. Otóż w Fingersmith pojawia się – tak rozbudowany w poprzedniej recenzowanej przeze mnie książce – motyw domu, który wydaje się niemal żywym organizmem. Posiadłość w Briar kryje szereg tajemnic, niepokoi mnogością korytarzy i zakrętów, zdaje się „oddychać” i „obserwować swoich mieszkańców”. Są to jedynie drobne wzmianki, rozbłyskujące gdzieniegdzie w narracji Sue, sygnalizują jednak zamiłowanie pisarki do kreowania architektury tchnącej życiem.
Polecam tę powieść jako bardzo dobre czytadło – dopracowane w szczegółach, przemyślane i wciągające. A dla zaostrzenia apetytu – fragment Złodziejki, który stanowi też próbkę stylu autorki (nie wszystkim musi odpowiadać ta klasyczna narracja przypominająca wielowątkowe dzieła Dickensa;). Ja tymczasem zaczynam wypatrywać w bibliotekach książki Muskając aksamit...
- - - - - - - - - - -
PS. Ponieważ okładka książki, którą czytałam, była kiepska, a inne polskie wydania posługują się po prostu kadrem z filmu (brytyjskiej ekranizacji Fingersmith), wyszperałam z sieci smaczek japoński;)