(Uprzedzam – notka będzie pełna wrażeń i zdjęć, nie zawsze uporządkowanych)
A zatem weekend spędziliśmy w Poznaniu. Zaczęło się barwnie – gdy tylko dotarliśmy na ulicę św. Marcin, gdzie mieliśmy stacjonować, okazało się, że właśnie tędy przejdzie za chwilę Marsz Równości. A skoro już byliśmy w pobliżu, grzechem byłoby nie dołączyć... ;-)
Wrażenia z Marszu? Po pierwsze, uznanie dla poznańskiej policji. Serio, w kilku momentach naprawdę byliśmy z R. pod wrażeniem ich organizacji, zimnej krwi i czujności. Nie ulega wątpliwości, bez takiego wsparcia marsz w ogóle by się nie odbył – raczej ograniczyłby do zorganizowanej bójki (czy właśnie – chaotycznej) w alei Niepodległości. Po drugie, zapamiętam sympatyczną atmosferę samego marszu – to było naprawdę spokojne, pozytywne przedsięwzięcie, z udziałem ludzi w różnym wieku, różnej sytuacji rodzinnej itp. – łatwo było się w tym gronie odnaleźć. Po trzecie, długo nie zapomnę krasomówczych okrzyków przeciwników Marszu.
Przemierzając kolejne ulice, śmialiśmy się też z R., że taki marsz to idealna okazja dla przyjezdnych, takich jak my – człowiek w eskorcie służb porządkowych przespaceruje się głównymi ulicami miasta, bez obaw, że zabłądzi ;-)
Po Marszu, przechadzaliśmy się jeszcze chwilę po Poznaniu, po czym ruszyliśmy na obiad do Pyra Baru. To knajpka, w której wszystkie dania stworzone są z ziemniaków, czyli poznańskich pyr. Smakowicie i przyjemnie dla oka – a w menu jeszcze zabawne nazwy, jak rdzennie poznański peTEJto czy rybne danie PYRAnia. Bardzo sympatyczny lokal – polecam!
Z Pyry, wciąż jeszcze zziębnięci po Marszu (po drodze nawet nie czułam, jak kostniały mi nogi), wpadliśmy do Starego Browaru. Ktoś powiedział, że w przypadku tego miejsca nie warto się zżymać, że słowo galeria odnosi się do centrów handlowych – i rzeczywiście, Browar jest ciekawie zaaranżowany, a pasiaste słupy Leona Tarasewicza stanowczo dodają mu wdzięku. W galerii odwiedziliśmy Eco Fashion Design Day (nie będzie przesadą, jeśli powiem, że na tym odcinku wycieczki R. najbardziej słaniał się na nogach ze znudzenia ;-), gdzie prawie kupiliśmy fotel Melki. Śliczny.
A zatem weekend spędziliśmy w Poznaniu. Zaczęło się barwnie – gdy tylko dotarliśmy na ulicę św. Marcin, gdzie mieliśmy stacjonować, okazało się, że właśnie tędy przejdzie za chwilę Marsz Równości. A skoro już byliśmy w pobliżu, grzechem byłoby nie dołączyć... ;-)
Mickiewicz zdaje się nieco onieśmielony całą sytuacją ;-)
Wrażenia z Marszu? Po pierwsze, uznanie dla poznańskiej policji. Serio, w kilku momentach naprawdę byliśmy z R. pod wrażeniem ich organizacji, zimnej krwi i czujności. Nie ulega wątpliwości, bez takiego wsparcia marsz w ogóle by się nie odbył – raczej ograniczyłby do zorganizowanej bójki (czy właśnie – chaotycznej) w alei Niepodległości. Po drugie, zapamiętam sympatyczną atmosferę samego marszu – to było naprawdę spokojne, pozytywne przedsięwzięcie, z udziałem ludzi w różnym wieku, różnej sytuacji rodzinnej itp. – łatwo było się w tym gronie odnaleźć. Po trzecie, długo nie zapomnę krasomówczych okrzyków przeciwników Marszu.
Przemierzając kolejne ulice, śmialiśmy się też z R., że taki marsz to idealna okazja dla przyjezdnych, takich jak my – człowiek w eskorcie służb porządkowych przespaceruje się głównymi ulicami miasta, bez obaw, że zabłądzi ;-)
Po Marszu, przechadzaliśmy się jeszcze chwilę po Poznaniu, po czym ruszyliśmy na obiad do Pyra Baru. To knajpka, w której wszystkie dania stworzone są z ziemniaków, czyli poznańskich pyr. Smakowicie i przyjemnie dla oka – a w menu jeszcze zabawne nazwy, jak rdzennie poznański peTEJto czy rybne danie PYRAnia. Bardzo sympatyczny lokal – polecam!
Z Pyry, wciąż jeszcze zziębnięci po Marszu (po drodze nawet nie czułam, jak kostniały mi nogi), wpadliśmy do Starego Browaru. Ktoś powiedział, że w przypadku tego miejsca nie warto się zżymać, że słowo galeria odnosi się do centrów handlowych – i rzeczywiście, Browar jest ciekawie zaaranżowany, a pasiaste słupy Leona Tarasewicza stanowczo dodają mu wdzięku. W galerii odwiedziliśmy Eco Fashion Design Day (nie będzie przesadą, jeśli powiem, że na tym odcinku wycieczki R. najbardziej słaniał się na nogach ze znudzenia ;-), gdzie prawie kupiliśmy fotel Melki. Śliczny.
Bookarest – ciekawa księgarnia; miejsce z kategorii tych: Nie
masz pomysłu na prezent dla znajomego? Wchodzisz, wybierasz spośród
książek, z których istnienia nawet nie zdawałeś sobie sprawy – a jeszcze
przy okazji złowisz prezent dla siebie ;-)
Z Browaru popędziliśmy do Kina Muza. Wspominałam już kiedyś, że w każdym odwiedzanym mieście wypatruję kin studyjnych (mamy z R. swoje koniki – on z kolei zawsze czujnie rozgląda się za boiskami i stadionami). W Muzie obejrzeliśmy Wymyk Grega Zglińskiego (patrz: recenzja obok :-). A samo kino? Urocze. Nawiązując do dyskusji o przyszłości kin studyjnych, która odbyła się pod tą notką, dodam – nie wiem, jak wygląda sytuacja finansowa Muzy, ale zdecydowanie jest to miejsce z pomysłem. Pod względem organizacji – bez zarzutu; strona internetowa przejrzysta i bogata w treści (co wcale nie jest oczywiste w przypadku małych kin), możliwe są rezerwacje biletów, w planach wiele przeglądów filmowych itp. Bardzo spodobało mi się też, że miejsca są numerowane. Różowa sala kinowa – przytulna i dobrze nagłośniona, a obok – barek, w którym można kupić kawę lub czekoladę oraz kameralna kafejka Muza Art Cafe. Miejsce bardzo w moim guście – polecam serdecznie.
Z Muzy pomaszerowaliśmy na ulicę Mielżyńskiego, do klubu U przyjaciół... i z tego miejsca bardzo dziękuję koleżance, która poleciła mi ten lokal :-) Delektując się grzańcem i gorącą czekoladą z chilli (tak ostrą, że płynęły mi łzy ;-), zachwycaliśmy się charakterem Przyjaciół. Klub, założony przez twórców poznańskiego teatru, jest bardzo kameralny i nastrojowy, obfituje w literackie, filmowe i teatralne inspiracje, zachęca do gry w bierki lub szachy, a także – kusi naprawdę świetnymi trunkami.
Następny dzień dla R. oznaczał pracę, dla mnie – spacery... i tu nasyciłam swoje zamiłowanie do wydeptywania szlaków. W wielu obszarach wokół starówki Poznań przypominał mi Bydgoszcz, z której pochodzę – w podobny sposób zderzały się tu różne etapy historii architektury. Szacowne kamienice sąsiadowały z paździerzowymi domami handlowymi z czasów PRL ;-)
Przyznam, że byłam nieco zawiedziona stopniem zaniedbania niektórych miejsc – co jest, oczywiście, bolączką wielu polskich miast (w Toruniu np. serce mi pęka z powodu stanu Bydgoskiego Przedmieścia). Urzekł mnie np. masywny Dom Kultury Kolejarza – piękny, rozłożysty, skryty za murem (spokojnie mógłby stać się scenerią jakiejś mrocznej powieści lub filmu o sierocińcu-widmo ;-) Tymczasem całość jest mocno zniszczona, a przeznaczenie budynku – rozcieńczone na dziesiątki mikrofiremek, od kursów prawa jazdy po punkt ksero. Szkoda. Drugie przykre wrażenie, które zapadnie mi w pamięć: potencjał wielu budynków był zmarnowany masą kiepskich szyldów czy napisów na plandece. Przykład:
Oczywiście wiem, że mam lekkiego świra na punkcie szyldów ;-), ale po tym, jak w paru miastach widziałam, że mogą one stanowić mocną stronę nawet drobnych sklepików czy punktów usługowych, moje oczekiwania są wysokie. Koronny przykład pozytywny: Gdańsk, gdzie nawet oddalając się od starówki, natykałam się na stylowe, drewniane lub metalowe, albo prościutkie i skromne – bo naprawdę nie chodzi tu o przepych – ale zaprojektowane ze smakiem, napisy. Śmiałam się trochę, że w Poznaniu legendarna przedsiębiorczość wygrywa z estetyką – patrząc w górę, widziałam piękne fasady kamienic, opuszczając wzrok – przytłaczającą feerię foliowych liter i plastiku :-)
Ogólnie jednak – z przyjemnością będę wracać myślami do tego miasta. Uwielbiam takie dni, gdzie trochę czasu spędzam na ulubionych zajęciach (kino, wino i R.;-), a trochę – na samotnych spacerach. Na zakończenie jeszcze garść kadrów z miejsc i chwil, które mnie ujęły.
...i akcent spajający motyw Marszu Równości z tematem szyldów ;-) Do usłyszenia!































