środa, 16 lutego 2011

Kapitalne kapitaliki

...i inne literowe formaty:-) Nieraz zdradzałam w Kieszeniach swoje zamiłowanie do typografii – w różnych postaciach: od ściennych kolaży czy stylizowanych plakatów, poprzez szyldy, stare neony aż po przedmioty użytkowe, które można przeczytać. 
Dziś – powrót do źródeł, czyli wariacje na temat abecadła. Spróbujcie z tak fantazyjnych zestawień odczytać swoje imię :-)
Alfabet miasta. Czcionka skomponowana z kadrów rzeczywistości przez Abbę Richman. Szczególnie podoba mi się fikuśne H i rowerowe Q.
 ABC zdrowej diety! Litery wymyślone (i obrane) przez Julię Hicks.
Oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba... No, może jeszcze paru budynków ;-) Autorka zdjęć: Lisa Reinermann.
Czcionka idealna do uskrzydlających listów! :-) Wykreowana przez Andreę Kalfas.
Projekt wielkiego formatu? Dokładnie – formatu A4 ;-) Złożony i utrwalony przez Vladimira Tomina.
Nieco wymięta propozycja Stuarta Whittona – alfabet skomponowany z ubrań i dodatków. Co ciekawe, wszystkie elementy są narysowane ręcznie, ołówkiem.

Do pisania dowcipów z brodą;-) Alfabet twórcy o oryginalnym nazwisku Tim Yarzhombek (aż chciałoby się zakrzyknąć Łubudubu, łubudubu..;-) Pomysł przypomina mi nieco ten notes.
Najpierw abecadło, które zaczyna od końca – czyli od ż jak żonkile. Tuż za nim – równie świeże propozycje, jak cyfry i litery z listków, ziemi czy kaktusów. Autorem jest Vladimir Koncar, który tworzy alfabety z rozmaitych surowców, a następnie układa z nich krótkie hasła. Niektóre pomysły Koncara są dość kontrowersyjne – np. litery ze zgniłych jabłek, prezerwatyw, kawałków mięsa, papierosów czy... włosów. Możecie je obejrzeć tutaj, tutaj i tutaj – polecam.
Dla przeciwwagi wobec kolczastego napisu – przytulne litery z bloga rękodzieła.
Kolaż z liter zbieranych na ulicy – twórca: Jen Quinn. Bardzo w moim stylu, bo  lubię łowić litery z szyldów i murów, po czym zestawiać je na nowo :-)
Posadź swoje cztery litery na literze B! ;-) Alfabet z designerskich mebli – autorstwa agencji reklamowej The Butler Bros.

A w na deser – foremki do ciastek Helvetica. Czyż nie wyglądają... przepisznie? :-)

Ciasteczka Helvetica stąd

P.S. Jeśli śledzicie Kieszenie na facebooku, ucieszy Was wiadomość, że mamy tam prostszy, niż dotąd, adres: facebook.com/kieszenie :-)

poniedziałek, 14 lutego 2011

Co to jest poliraksa?

Na pewno pamiętacie piosenki, które przez wiele lat śpiewaliście niezgodnie z ich oryginalnym tekstem – dodatkowo zastanawiając się, „kto taką bzdurę napisał". W moim przypadku  szlagierem była Biała Armia Bajmu, której refren zawsze zaczynałam od słów Jesteś zerem, białym żołnierzem. Równie zawzięcie nuciłam piosenkę Mr Zooba – śpiewając przez całe liceum Uuu, jestem kawałek podłogi (dla ścisłości – zamiast Mój jest ten kawałek podłogi – wymądrzałam się przy tym w myślach, że przecież powinno być Uuu, jestem kawałkiem podłogi.

Sporo przekrętów zaliczyłam przy kolędach, śpiewając np. Pan niebiosów obrażony. Wahałam się też przy fragmencie We żłobie mu położyła siana pod główeczki, z pewną trwogą zadając sobie pytanie, ile tych główeczek było. Pamiętam zresztą wątek z jakiegoś forum, gdzie pojawiały się dziecięce teksty typu: Bo uboga była, rondel z głowy zdjęła albo Gdy śliczna panda syna kołysała...

Wracając do szlagierów świeckich – już w czasach „dorosłych" podczas któregoś wyjazdu integracyjnego śpiewałam z kolegą Arturem Autobiografię Perfectu. Po fragmencie: Poróżniła nas – za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał... kolega spytał: „Ty, słuchaj, a co to jest ta poliraksa"? Mistrzem pozostaje jednak dla mnie R., który przez długi czas gimnastykował język, śpiewając w piosence T.LOVE zamiast Czwarte liceum ogólnokształcące – granatowy sen frazę:
(uwaga, uwaga)

Czwarte liceum ogólnokształcące – gra na trąbceee :-)

A Wy, jakie przekręty zaliczyliście?

Pozdrawiam, kawałek podłogi.

niedziela, 13 lutego 2011

Weź udział w warsztatach NOWY ROMANTYZM! ;-)

Ponieważ oboje z R. przechodzimy ostatnio bardzo pracowity okres (on z początkiem roku zaczął nową pracę, która bardzo go absorbuje, ja – nowy rozdział w swojej oraz parę przedsięwzięć poza nią), mamy niewiele czasu dla siebie. Tydzień temu postanowiliśmy więc, że wykorzystamy na relaks we dwoje przedwalentynkową niedzielę!
Dziś po śniadaniu wyjęliśmy z szuflady kilka zdjęć, flamastry, nożyczki i stos kolorowych gazet... i zabraliśmy się do rękodzieła!:-)
Zabawa polegała na tym: wybieramy jedno z ulubionych wspomnień i przelewamy je na papier, posługując się wycinkami z gazet, które pomogą nam oddać atmosferę danego miejsca czy danej chwili. Wycinamy, wyklejamy, rysujemy, dopisujemy coś na marginesie... Robimy wszystko, co potrzebne, by przywołać wybrany moment lub szczególne wrażenie.
Ostatecznie ja zrobiłam jeden kolaż – bardzo zatłoczony, R. – trzy, bardziej luźne. Fragment mojego ulubionego poniżej (warto, byście wiedzieli, że R. nie znosi pomidorów ;-)
Bardzo polecam ten sposób spędzania czasu. Relaksuje, bawi i naprawdę nie wymaga szczególnych umiejętności. Jeśli obawiacie się braku pomysłów – dajcie się poprowadzić zdjęciom, własnym wspomnieniom czy tekstom z gazet :-) 
A po zakończeniu wycinanek i uprzątnięciu stołu... truskawki! Pierwsze w tym roku. Oczywiście, że pachną i smakują inaczej, niż te latem – ale i tak fantastycznie jest delektować się nimi w lutym. Jak mawia jeden pan z mojego szkolenia, czasem lepiej być pierwszym niż lepszym ;-) Do usłyszenia!

sobota, 12 lutego 2011

Pożegnanie z lampą

Reklama, którą przypomniałam sobie podczas dzisiejszego szkolenia – a która niezmiennie mnie bawi. To tak w ramach rozrywkowego akcentu przed bardzo pracowitym popołudniem, które mnie dziś czeka...

Marka: Ikea, reżyser spotu: Spike Jonze. Polecam obejrzeć wraz z ulubionym domowym sprzętem ;-)

piątek, 11 lutego 2011

Król na kozetce

Niewiele jest filmów, które poleciłabym każdemu. Zwykle recenzując coś w Kieszeniach, staram się podejść do tematu z dystansem – i wziąć pod uwagę np. swój wyjątkowo rzewny nastrój  albo zaznaczyć, że do euforycznych głosów krytyków warto podejść z rezerwą. Jednak po obejrzeniu Jak zostać królem Toma Hoopera, właśnie taka myśl przyszła mi do głowy – że to film, którego seans sprawiłby przyjemność każdemu.
Jak pewnie słyszeliście (film dostał 12 nominacji do Oscara, więc dużo ostatnio wokół niego szumu), historia opowiada o królu Jerzym VI (wcześniej – Albercie, księciu Yorku), który zmagał się z uporczywym problemem jąkania. Dolegliwość nasilająca się przy wystąpieniach publicznych (w przypadku monarchy – nieodzownych) kazała Albertowi testować różne formy leczenia zaburzeń mowy. W potyczkach z lekarzami oparciem dla niego była żona, której charyzmę, wyrozumiałość i determinację uroczo zobrazowała Helena Bonham Carter.
Po serii bezowocnych prób, Albert trafia wreszcie do gabinetu Lionela Logue, skromnego logopedy z angielskich przedmieść. Początkowo sceptyczny, książę ostatecznie decyduje się poddać eksperymentalnej terapii – i regularnie bywa w obskurnym gabinecie Logue'a. Ten zaś, jak się szybko orientujemy, zaczyna pełnić rolę nie tylko logopedy Alberta, ale i jego terapeuty i przyjaciela.
Całość, rozpisana na kilka lat, przedstawia nam różne etapy znajomości mężczyzn – i w ujmujący sposób obrazuje rodzącą się między nimi więź. Wiele w tej opowieści humoru – Albert to urzeka dystansem do siebie, to znów – śmieszy przywiązaniem do nadętych królewskich konwenansów; Lionel zachwyca otwartością, gdy pomimo sprzeciwów, nazywa księcia Bertiem; uśmiech wywołuje epizodyczna postać Churchilla (w tej roli Timothy Spall) itp. Jednocześnie jednak problem króla – podszyty jego brakiem pewności siebie, spotęgowany skonwencjonalizowanym królewskim wychowaniem – odmalowany zostaje wiarygodnie i przejmująco (nie sposób w trakcie seansu nie odetchnąć z ulgą, że podejście do wad wymowy zmieniło się od lat 30. XX wieku...).

I choć tłem całości pozostaje bolesna historia (świat staje u progu II wojny światowej), to film Hoopera jest przede wszystkim kameralną, pełną wdzięku opowieścią o przyjaźni. Do tego – fantastycznie zagraną – Firth jest przekonujący, a od nonszalanckiego Geoffrey'a Rusha wprost nie sposób oderwać wzroku :-)

The King's Speech dołącza więc do mojej kolekcji filmów uroczych – jako że ma wszystkie atrybuty tej kategorii: jest troszkę naiwny, troszkę przewidywalny, a jednak czarujący i niebanalny :-)

P.S. Niezmiennie też zachęcam Was do obejrzenia Single Mana Toma Forda – z równie udaną, jak w filmie Hoopera, kreacją Firtha.

środa, 9 lutego 2011

O egzekucji

Do więzienia najczęściej trafiają ci sprawcy, którzy jednocześnie znęcają się nad rodziną i nad zwierzętami – czytamy w artykule To boli dotyczącym niskich kar za przemoc wobec zwierząt. Bo choć prawo przewiduje do dwóch lat pozbawienia wolności za znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem, maksymalny wyrok nie zapada chyba nigdy (Na palcach jednej ręki można zliczyć sytuacje, gdy sprawca rzeczywiście ląduje za kratkami – pisze Agnieszka Sowa). Oby wymierzono go w głośnej sprawie trzech mężczyzn, którzy dla kaprysu przywiązali suczkę husky do zderzaka, odpalili samochód i wlekli za sobą uwięzione zwierzę tak długo, aż na lince została sama psia głowa... Spróbujcie to sobie wyobrazić – z pędzącego samochodu obserwować, jak pies desperacko próbuje się uwolnić, bezwładnie miota na lince przy przyspieszeniach samochodu i zakrętach, zdziera sobie łapy o drogę... Wreszcie – spostrzeżenie, że z linki zwisają już tylko krwawe strzępy – znak zakończenia zabawy. Oby za taką egzekucją poszła przemyślana egzekucja prawa.
Polecam lekturę całego artykułu na łamach Polityki. Tymczasem, pozostając w temacie, prezentuję reklamę włoskiej organizacji ENPA, która od lat zajmuje się ochroną praw zwierząt. Plakat – pod hasłem Pomóż nam wyleczyć ofiary testów kosmetycznych – promuje zbiórkę pieniędzy na rzecz centrum rehabilitacyjnego dla zwierząt, które ucierpiały w eksperymentach kosmetycznych. 

Zainteresowanym polecam listy marek, które testują swoje produkty lub ich komponenty na zwierzętach – taki spis możecie znaleźć tutaj (uwaga – drastyczne zdjęcie) lub tutaj (lista sporządzona na bazie nadań organizacji PETA – dokładniejszą wyszukiwarkę znajdziecie na ich stronie). A osobiście polecam markę Ziaja :-) Do usłyszenia!
- - - - - - - - - - - - -
Dopisane w czwartek, 10 lutego:

Niejako w ramach suplementu – wiadomość sprzed godziny z tvn24: mężczyzna, który w zeszłym roku wyrzucił swojego psa przez okno (!), przez kaliski sąd nie został uznany za winnego znęcania się nad zwierzęciem. Pies przeżył, po upadku z 1. piętra i leczeniu trafił do tymczasowych opiekunów. Natomiast sąd orzekł, że w działaniu oskarżonego zabrakło takich elementów znęcania się, jak celowe, kierunkowe działanie, zmierzające do zadania zwierzęciu cierpień.

Powiedzcie mi, proszę, z jaką intencją, jeśli nie zadanie cierpienia, wyrzuca się psa przez okno?! Albo inaczej – w jaki sposób można zwierzę przez okno wyrzucić przypadkiem, niecelowo? Żeby sprowadzić sytuację na jeszcze wyższy poziom absurdu, prokurator stwierdził, że czyn kwalifikuje się raczej jako porzucenie zwierzęcia.

Nie jestem prawnikiem, z pewnością nie orientuję się we wszystkich niuansach ustawy o ochronie praw zwierząt – ale jak ograniczonym i pozbawionym wyobraźni kretynem trzeba być, by wypchnięcie przez okno uznać za porzucenie? Równie dobrze można by stwierdzić, że to wykroczenie zbliżone do otwarcia sowie klatki w zoo – bo być może kaliszanin po prostu wierzył, że przywraca psu wolność...

Naprawdę, szlag mnie jasny trafia, kiedy słyszę o takich orzeczeniach. W reportażu powiedziano, że oskarżony wrócił do domu pijany, udał się na drzemkę (nieopodal spało jego kilkunastomiesięczne dziecko), po czym obudził się i zastał psa w łóżeczku dziecka. Przerażony, chwycił zwierzę i... ciąg dalszy już znacie. Wracam do pytania – gdzie tu  działanie niecelowe? Skrót reportażu znajdziecie tutaj.

poniedziałek, 7 lutego 2011

Sto lat! :-)

Specjalnie dla Magdy – życzenia wyrażone grafikami Helen Dardik! :-) Spełnienia tylu marzeń, ile kolorów jest na tych obrazkach!
P.S. A w najbliższej perspektywie – skrócenia niektórych służbowych wyjazdów...

czwartek, 3 lutego 2011

Rainbow tours

Z myślą o tęczowych wiosennych spacerach (oraz pod wpływem faktu, że ostatnio spektakularnie złamałam obcas) – zamieszczam całą gamę kaloszy i pantofelków  Mam nadzieję, że poprawią Wam humor w to popielate popołudnie!

A że tęcza jest symbolem przymierza... to nic, tylko przymierzać! ;-)
Bajeczny szereg marki Hunter
Japoński szyk – stąd
Tęczowe baletki stąd

P.S. Pamiętacie, jak kiedyś polecałam film Miłość Larsa w reż. Craiga Gillespie? Dla nocnych marków wiadomość, że dziś o 0:10 emituje go Polsat – pod tytułem Lars i prawdziwa dziewczyna.

wtorek, 1 lutego 2011

Nad kukułczym gniazdem

Po raz pierwszy zdarzyło mi się czytać książkę osoby, której styl i zacięcie twórcze znam z blogów – pierwszego, Pamiętnika młodej pisarki, poświęconego codzienności (w myślach zawsze nazywałam te notki felietonami), i drugiego – recenzenckiego. Wiedziałam wprawdzie, że młoda pisarka ma w dorobku trzy powieści, ale dopiero teraz zetknęłam się z jedną z nich – w moje ręce trafiła Kukułka.
Od razu zastrzegam – bynajmniej nie chodzi tu o publikację zapisków bloga w typie Abby Lee, Kukułka to powieść z prawdziwego zdarzenia, a skojarzenie blogowe to tylko wynik moich internetowych doświadczeń.
Historia dotyczy dwóch kobiet – Marty, dobrze sytuowanej, wydaje się – szczęśliwie zamężnej, ogarniętej rozpaczliwym pragnieniem posiadania dziecka, oraz Iwony, którą los sprowadził pod dach matki-dewotki, gdzie dzieli pokój z dwojgiem dzieci. Drogi obu bohaterek przecinają się, a przyczyną ich spotkania staje się motyw płodności i macierzyństwa...
Z pewnością trafnie udało się autorce odmalować różnorodność kobiecych pragnień i gorycz utraconych złudzeń. Opisy emocji Iwony i Marty brzmią wiarygodnie, przejmują i angażują uwagę, a autentyzmu dodaje historii fakt, że z żadną z bohaterek czytelnik jednoznacznie nie sympatyzuje (Kozłowska zadbała o to, by motywacje obu kobiet – choć skrajnie odmienne – były zaznaczone równie wyraźnie). 
Niestety, całość nie poruszyła mnie zbyt mocno – troszkę za wiele tu uproszczeń, niektóre postaci odmalowane są zbyt grubą kreską (jeśli matka-dewotka, to ocierająca się o groteskę, jeśli znajomi zachłyśnięci blichtrem warszawki, to w rozmowie posługują się samymi frazesami i nazywają patologią dzieci spoza prywatnych szkół) – co odbiera im siłę wyrazu. Przeszkadzały mi też pewne, dość tendencyjne, kontrasty – np. zestawienie wielkomiejskiego życia (rozpiętego między sterylnym mieszkaniem a zdehumanizowaną korporacją) z sielską, oczyszczającą i autentyczną egzystencją na wsi. Albo porównanie wrażliwej, rozedrganej emocjonalnie Marty z kobietami w poczekalni ginekologicznej – zaślepionymi ciążą, obojętnymi na kogokolwiek innego, nie zainteresowanymi niczym więcej niż fizjologia, rozmaite plumknięcia, burknięcia i kopniaki wewnątrz rozdętych brzuchów (s. 54).
Co jednak zdecydowanie uprzyjemniało mi lekturę, to błyskotliwość Kozłowskiej – ta sama, którą lubię w jej recenzjach literackich. Autorka jest bez wątpienia uważną obserwatorką rzeczywistości i formułuje celne, ironiczne diagnozy współczesnych zjawisk – wizerunku macierzyństwa promowanego przez media, społecznego odbioru bezdzietnych kobiet, horroru tandetnych programów telewizyjnych czy potęgi internetowych grup dyskusyjnych. Urzekły mnie niektóre zabawy słowne, jak opis babci, która nosiła workowate spódnice nigdy nie wychodzące z mody, bo nigdy do niej nie weszły albo sam tytuł książki – prosty, a trafiony.
Złapałam się na tym, że opowieść Kozłowskiej przypominała mi chwilami pisarstwo Jodi Picoult – w obu przypadkach mamy nośny, współczesny temat, z problemem etycznym w tle; w obu – frapujące historie, które skupiają uwagę i zmuszają do energicznego wertowania stron, obie jednak – niestety – niewolne są od słabości i pewnej przewidywalności. Dlatego, mimo kilku momentów autentycznego zaangażowania, nie sądzę, by Kukułka na długo pozostała mi w pamięci. 
Polecam ją jednak jako wciągające, napisane żywym językiem czytadło – doskonałe, gdy chcemy błyskawicznie oderwać się od codzienności. Dla mnie, nie mającej ostatnio wiele czasu na książki, taka wartka opowieść, w którą można się szybko i bez zastanowienia zanurzyć, była przyjemną odskocznią od pracy. Myślę też, że planując długą podróż, sięgnę zdecydowanie po Czerwony rower Kozłowskiej niż kolejny tom Picoult :-) Pewne jest też, że pozostanę zwolenniczką recenzji młodej pisarki, bo jej gust czytelniczy zdecydowanie mi odpowiada.