Niektóre informacje o czyjejś śmierci dotykają nas na tyle mocno, że po latach jesteśmy w stanie odtworzyć, co dokładnie robiliśmy w chwili, gdy do nas dotarły. Dla mnie takim przypadkiem był Grzegorz Ciechowski. Pamiętam, że dziewięć lat temu, o godzinie 14:00, krzątaliśmy się z bratem po domu, kończąc bodajże przedświąteczne porządki. Nasza mama na dole słuchała płyt ze swoimi ulubionymi angielskimi kolędami – co chwilę więc dobiegało do nas Silent Night albo White Christmas – a my, na piętrze, łaziliśmy między pokojami, gdy w tle pobrzmiewała radiowa Trójka. Punktualnie o czternastej rozległ się serwis informacyjny z wiadomością: Zmarł Grzegorz Ciechowski, wokalista legendarnego zespołu Republika...

Nie wiem, co najbardziej mną wstrząsnęło – czy fakt, że uważałam Ciechowskiego za jedną z najbardziej twórczych osób na polskim rynku myzycznym i wydawało mi się oczywiste, że skoro ktoś ma taki potencjał, to nie wchodzi w grę, by cokolwiek mogło przerwać jego realizację; czy też mój osobisty stosunek do artysty (idąc na studia do Torunia, cieszyłam się na myśl o tym, że będę studiować na tym samym wydziale, co Ciechowski); być może przywiązanie do jego tekstów – tak przemyślanych w porównaniu z utworami wielu polskich wokalistów, czy wreszcie – frustracja spowodowana wspomnieniem, że tego samego roku umknął mi jubileuszowy koncert Republiki na starówce w Toruniu. Pamiętam, że w dniu koncertu z okazji 20-lecia zespołu przyjeżdżali do mnie znajomi – na parapetówkę w mieszkaniu studenckim. I przez chwilę nawet chciałam namówić ich na pójście na koncert... ale ostatecznie pomyślałam, że Będzie jeszcze tyle okazji! W końcu mieszkamy w Toruniu – tam, gdzie muzycy Republiki...

Rok po śmierci Ciechowskiego zorganizowano pierwszy koncert poświęcony jego pamięci – zainicjowany przez menadżera Republiki, Jakuba Tolaka, i muzyków zespołu. Od tego czasu, choć w zmiennej formule, koncert odbywa się co roku – gromadząc za każdym razem rozmaitych artystów z polskiej sceny muzycznej. Miejsce jest stałe – toruński klub Od Nowa. Wykonania bywają różne – zdarzają się niewypały, ale kilka aranżacji z minionych lat naprawdę zapadło w pamięć – jak Tak, tak Mariusza Lubomskiego, Piejo kury, piejo Marii Peszek czy Śmierć na pięć Grzegorza Turnaua, przy której – przyznaję – ryczałam jak bóbr.

W tym roku na scenie pojawił się m.in. zespół Tres.b, No! No! No! z wokalistą Tomkiem Makowieckim (w obu przypadkach wykonania przyzwoite, choć jestem pewna, że za rok nie będę o nich pamiętać), Szum z Robertem Brylewskim – legendarnym wokalistą Brygady Kryzys (iście szumnie zapowiadamy, a jednak nie wnoszący do koncertu niczego poza aurą ikony rocka), a w roli głównej gwiazdy – Kasia Kowalska, która wydała właśnie płytę z piosenkami Republiki. Choć do występu Kowalskiej podchodziłam bardzo sceptycznie, jej występ pozytywnie mnie zaskoczył – najwyraźniej byłam uprzedzona do artystki z powodu jej rzewnie masochistycznych przebojów sprzed lat... Płyty jednak nadal nie zamierzam kupić, to po prostu poprawne wykonania.

Prawdziwymi gwiazdami okazali się dla mnie jednak Czesław Mozil, który wykonał przejmująco liryczne Nieustanne tango i Odchodząc w akompaniamencie akordeonu i... harfy, oraz Gaba Kulka. Nie jestem jej wielką fanką, dotąd darzyłam ją umiarkowaną sympatią – jednak z koncertu wyszłam w przeświadczeniu, że warto było tam być tylko ze względu na nią! Kulka była bezapelacyjnie najlepiej przygotowana do koncertu – zaprezentowała naprawdę świetne, pełnokrwiste aranżacje Bikini śmierć czy Sexy doll. Odległe od oryginału, a jednak porywające – czyli takie, jakie, moim zdaniem, powinny być wykonania piosenek na koncercie ku pamięci. Poza tym charakterystyczny styl Gaby Kulki – teatralny, nieco przerysowany, ocierający się o groteskę, kapitalnie pasował do Białej flagi i fraz typu Ach, co za pan w tych kulturalnych okularach... jak się stara ładnie siedzieć i wysławiać...
Mam nadzieję, że Kulka będzie wracać do repertuaru Ciechowskiego na swoich koncertach – z przyjemnością wysłuchałabym tego jeszcze raz. W razie czego – nie przeoczcie! (Nie przeuszcie?)