Zaczęło się dość zabawnie – siedzieliśmy w czwartym rzędzie, zadzierając głowy, by cokolwiek zobaczyć, i śmialiśmy się, że dyskusja po filmie będzie wyglądała tak: – Podobała ci się rola Carli Bruni? – A która to? – Ta w wysokich butach, albo – Owen Wilson wyglądał świetnie, te modne nogawki!
Ostatecznie jednak udało się zobaczyć film (tak, ten kasowy film). I nie ukrywam, seans był bardzo przyjemny.
Ostatecznie jednak udało się zobaczyć film (tak, ten kasowy film). I nie ukrywam, seans był bardzo przyjemny.

Cała ta, oczywiście prosta, treść ujęta jest w autentycznie uroczą i zabawną formę. Główny bohater Gil (Owen Wilson) porusza się na przemian po współczesnym i dawnym Paryżu, to planując przyszłość z piękną acz pretensjonalną narzeczoną, to szalejąc na parkiecie w towarzystwie sław surrealizmu. Nie ukrywam, perypetie Gila w przeszłości są bardziej porywające – wśród nowych znajomych bohatera są m.in.: charyzmatyczna Gertruda Stein (Kathy Bates, jak zwykle niezawodna), nonszalancki Ernest „truly brave” Hemingway, ekscentryczny Salvador Dali (i jego nosorożce), nieśmiały Scott Fidgerald z postrzeloną Zeldą u boku... A w tle przygrywa na pianinie Cole Porter, a nogami wywija sama Josephine Baker!
Wyraziste portrety tych postaci, świetne aktorstwo (m.in. Adrien Brody jako Dali) i niebanalne pomysły na epizody z udziałem Gila i artystów lat 20. (bohater podsuwa np. Bunuelowi pomysł na film – Anioła zagłady – na co Bunuel reaguje sceptycznie; gdzie indziej Gil opowiada snobistycznym znajomym o muzie Picassa, którą poznał osobiście itp.) decydują o uroku tego filmu. O północy ogląda się naprawdę z dużą przyjemnością – tym bardziej, że zdjęcia Paryża są zachwycające.
Pewne motywy, rzecz jasna, dobrze znamy – od co najmniej paru filmów, oglądając premiery Allena, widzę i słyszę odblaski dawnych dialogów, dowcipów, typów postaci, relacji między nimi itp. Jednak jako allenowski inżynier Mamoń, wciąż śledzę je bez znużenia ;-)
Z pewnością O północy w Paryżu podobało mi się bardziej niż Poznasz przystojnego bruneta, o którym – istotnie – szybko zapomniałam. Nowy film będę wspominać z uśmiechem – tak, jak sądzę, realizował go sam Allen, bo Midnight wygląda trochę jak filmowa fantazja o baśniowym Paryżu.
Gorąco polecam – nie tylko fanom Allena. A na zakończenie piosenka Cole'a Portera Let's fall in love (tu w wykonaniu Elli Fidgerald). W Paryżu o północy – obowiązkowa!